Certyfikowani seryjni stawiacze przecinków i inne bajki, które o nas opowiadają
Żyjemy w świecie, w którym każdy z nas nosi na ramionach niewidzialną, ale cholernie ciężką teczkę z napisem „Dorosły, Kompetentny, Ogarnięty”. Chodzisz z tą teczką na spotkania, wernisaże i rodzinne obiady, modląc się w duchu, żeby nikt nie usłyszał, iż w środku zamiast biznesplanu grzechoczą klocki Lego i niezapłacone rachunki.
Najlepsze jest to, iż inni ludzie patrzą na tę Twoją teczkę i natychmiast dopisują do niej całą mitologię. Tworzą w swoich głowach nasze komiksowe wersje, awatary ostateczne, postacie z gier, którymi nigdy nie byliśmy i być nie chcieliśmy.
Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego tak rozpaczliwie potrzebujemy szufladkować innych i tworzyć sobie w głowach ich przejaskrawione wersje, zamiast po prostu zaryzykować spotkanie z żywym, skomplikowanym człowiekiem?
Czy to nie dlatego, iż łatwiej jest obsługiwać jednowymiarowy schemat niż zmierzyć się z faktem, iż pod maską „autora”, „profesjonalisty” czy „człowieka sukcesu” kryje się dokładnie taki sam twórczy nieład, jaki sam nosisz w sobie?
📌 Krwawa Polonistka i Wampir Optymizmu
Ostatnio usłyszałam, iż ktoś potwornie bał się do mnie napisać. Powód? Jest dyslektykiem. W jego wyobraźni nie byłam po prostu kobietą, która pisze książki. Byłam sadystką z czerwonym długopisem w zębach, która tylko czeka za rogiem, by z błędu interpunkcyjnego uczynić powód do publicznej egzekucji. Klasyka. jeżeli piszesz, na pewno masz w piwnicy salę tortur dla ludzi stawiających błędne przecinki.
Innym razem koleżanka wyznała mi, iż bała się mojego „pozytywnego nastawienia”. Czuła, iż nie jestem dla niej bezpiecznym towarzystwem, bo – uwaga – ukradnę jej wewnętrzną neurotyczność, która stanowiła esencję jej egzystencji. Wizja, w której biegam po mieście jako Wampir Optymizmu i wysysam z ludzi ich ukochany, życiodajny mrok, do dziś bawi mnie do łez.
Spoiler: ona przez cały czas pielęgnuje swój czarny humor, ja swój entuzjazm, i szczerze uwielbiam jej myśli o bezsensie życia. Uzupełniamy się wyśmienicie.
Ukoronowaniem tej trylogii była recenzja mojej postawy od znajomego, któremu mignęłam w Panoramie, podczas wystawy w Gdańskiej Galerii Fotografii. Wyrok: „Jesteś zbyt poważna”.
W tym momencie każdy, kto zna mnie dłużej niż 5 minut oplułby się ze śmiechu. Bo jeżeli sytuacja wymaga śmiertelnej powagi, możesz mieć pewność, iż to właśnie wtedy moja wewnętrzna powaga pakuje walizki i wyjeżdża w Bieszczady. Tak mam, odkąd żyję.
Dlaczego tak chętnie produkujemy w głowach te potwory i pomniki? Bo współczesny świat wmówił nam, iż wszystko musi być produktem o stałych adekwatnościach. Masz być albo mroczny, albo radosny. Albo śmiertelnie poważny, albo permanentnie wyszczerzony w tanim, coachingowym uśmiechu. Płynność i wielowymiarowość nas przerażają.
✏️ Certyfikowany chaos z prawem do nauczania
Szczytem możliwości projekcyjnych otoczenia była opinia koleżanki ze studiów, która po miesiącach wspólnej nauki wykrztusiła: „Boże, byłam pewna, iż Ty tak wszystko ogarniasz... a to jest jakiś kompletny chaos!”.
I miała stuprocentową rację. To był chaos. Wielopoziomowy, tętniący życiem, przypominający skrzyżowanie w Delhi w godzinach szczytu. Ale w tym chaosie własnych myśli byłam w stanie się odnaleźć i jeszcze skutecznie nauczyć kolegów do egzaminu. Zresztą, człowiek jak ma się czegoś nauczyć, najlepiej uczy się, ucząc innych. A iż podczas tego przedsięwzięcia zdarzyło mi się palnąć takie głupoty, iż wszyscy zwijaliśmy się ze śmiechu? To tylko urok osobisty procesu.
Skąd w nas to przekonanie, iż warunkiem koniecznym do robienia rzeczy mądrych lub pożytecznych jest posiadanie idealnie rozpisanego planu i stuprocentowej kontroli? Kto podpisał dekret mówiący, iż z chaosu nie może powstać nic dobrego?
Prawda jest taka, iż perfekcyjnie poukładane struktury rzadko rodzą coś prawdziwego. Rodzą co najwyżej nudne tabele w Excelu.
📎 Zbiorowa halucynacja, czyli dorośli w akcji
Jeśli przez cały czas uważasz, iż dorośli ludzie różnią się czymś od dzieci z podstawówki, poza stanem konta i możliwością legalnego kupna alkoholu, przypomnij sobie historię z dowolnej szkoły lub pracy, kiedy zbiorowy entuzjazm całkowicie wyłączył u wszystkich instynkt samozachowawczy.
Pewnego razu, w szkole fotografii, jako dorośli ludzie doznaliśmy czegoś w rodzaju zbiorowej halucynacji. Mieliśmy do zrobienia zdjęcie, do którego trzeba było rozbić lustro. Wizja artystyczna była potężna. Nagle wpadłam na genialny w swojej prostocie pomysł: „A rozbijmy to lustro statywem!”.
W tamtym ułamku sekundy to miało wielki, wręcz mistyczny sens. Co najciekawsze – nikt mnie nie powstrzymał. Zbiorowy amok zadziałał bezbłędnie. Kolega, który dzisiaj jest trenerem crossfitu i buduje mięśnie, nosząc na plecach wielkie metalowe szyny, przyłożył do tego zadania zbyt wiele siły i widowiskowo rozwalił statyw.
Chwilę później rozmyślaliśmy nad tym, jak potwornie głupi to był pomysł. Wykładowca był poważnie załamany naszą bezmyślnością, a my zrzucaliśmy się solidarnie na nowy statyw do pracowni. Ale zbiorowej pasji nie można było nam odmówić – zdjęcia faktycznie wyszły świetne.
📌 Wolność do bycia idiotą
Kiedy patrzę wstecz na te wszystkie historie, czuję przede wszystkim czysty, absurdalny śmiech. Każdy kiedyś zrobił coś głupiego. I całe szczęście.
Przez całe życie próbujemy dopasować się do ról, które napisało dla nas przerażone chaosem otoczenie. Chcesz być bezbłędnym profesjonalistą, ostoją spokoju, człowiekiem, który nigdy nie potyka się na prostej drodze. A prawda jest taka, iż najpiękniejsze, najbardziej twórcze momenty rodzą się wtedy, kiedy pozwalasz sobie na błąd, na śmieszność, na pójście za intuicją, która rzadko prowadzi przez sterylne, idealnie proste korytarze. Częściej wrzuca nas w sam środek burzy, z której wychodzimy poturbowani, ze zniszczonym sprzętem, ale z genialnymi efektami w ręku.
Nie musimy być pomnikami ani jednowymiarowymi postaciami z cudzych opowieści. Możemy być jednocześnie poważni i skrajnie niepoważni, poukładani i chaotyczni.
Wszyscy jesteśmy tylko bandą dzieciaków przebranych za dorosłych, próbujących przetrwać kolejny dzień i liczących na to, iż nikt nie zauważy, jak bardzo improwizujemy. I dopóki ta improwizacja przynosi dobre owoce, nie ma sensu przejmować się tym, co o nas mówią.
Zaintrygowały Cię te rozważania o maskach, które nosimy, i o naturze naszej egzystencji?
Zajrzyj głębiej do mojej biblioteczki i sprawdź książkę:
✏️ „Czy moje plecy istnieją?”
Zobacz moje książki




