Carrie – recenzja serialu. Każdy ma w sobie odrobinę Lśnienia

popkulturowcy.pl 2 godzin temu

Przygotowując się do seansu nowej, serialowej Carrie, nie miałem zbyt dużych oczekiwań. Ot, kolejny reboot znanej historii, w którym tych samych bohaterów oglądamy w nowych odsłonach.

Co więcej, na podstawie wcześniejszych adaptacji prozy Stephena Kinga spodziewałem się, iż i tym razem ekranizacja tylko w niewielkim stopniu odda to, co autor potrafi tak dobrze przedstawić na kartach powieści. Jak bardzo się myliłem…

Carrie Mike’a Flanagana opowiada o dorastającej dziewczynie odizolowanej od świata przez apodyktyczną matkę. W wyniku tragedii ginie mąż Margaret, ojciec Carrie. To wydarzenie zmusza obie kobiety do wyjścia z dotychczasowego zamkniętego świata i zmierzenia się z obowiązującymi regułami. Margaret musi podjąć pracę zarobkową, a Carrie rozpocząć naukę w szkole. Początkowo dziewczynka cieszy się na myśl o nowych przyjaźniach i odkrywaniu nieznanego jej dotąd świata. gwałtownie jednak przekonuje się, iż rzeczywistość jest znacznie brutalniejsza, niż mogła przypuszczać. Na domiar złego odkrywa w sobie paranormalne zdolności, które mogą jej pomóc, ale też sprowadzić na nią jeszcze większe kłopoty.

Nowy serial Prime Video to nie tyle wierna ekranizacja powieści Stephena Kinga, ile bardzo dobra adaptacja. Mike Flanagan pokazuje, iż doskonale rozumie fenomen twórczości autora. King, budując swoje światy, dba nie tylko o głównych bohaterów, ale także o otoczenie, w którym funkcjonują. Czytelnik, trafiając do miasteczka Chamberlain, gwałtownie poznaje jego mieszkańców, wie, gdzie pracują, jak spędzają czas i jakie są ich codzienne przyzwyczajenia. Na tym polega magia Kinga – potrafi sprawić, iż obcy czytelnik zaczyna czuć się jak sąsiad mieszkający tuż obok głównego bohatera.

Flanagan wykorzystuje podobny zabieg w swoim najnowszym serialu. Poznajemy nie tylko Carrie, ale również postaci drugoplanowe, ich historie, rozterki i chwile namiętności. Nie są to jednak wątki dodane bez powodu. Wszystkie stopniowo się ze sobą łączą i napędzają fabułę, a widz odkrywa te zależności z każdym kolejnym odcinkiem.

fot. kadr z serialu

Nie sposób przy tym pominąć znakomitej gry aktorskiej Summer Howell, wcielającej się w tytułową bohaterkę. Jej interpretacja obdarzonej parapsychicznymi mocami dziewczynki wzbudziła we mnie ogromną sympatię. Bez trudu mogłem uwierzyć, iż ta młoda, niepozorna osoba spędziła lata, żyjąc w świecie wyidealizowanym przez książki. Nie znała niesprawiedliwości ani zawiści. Zamiast tego z dziecięcą ciekawością odkrywała rzeczy, które dla nas są dziś codziennością. gwałtownie przywiązujemy się do bohaterki granej przez Howell. Kiedy cierpi na ekranie, cierpimy i my. Niestety, jedyne co możemy, to patrzeć i bezradnie czekać na rozwój wydarzeń.

Równie dobrze wypada Samantha Sloyan jako Margaret White, matka Carrie. Jej bohaterka emanuje matczyną energią. Widz potrafi zrozumieć jej postępowanie i choć nie musi zgadzać się z podejmowanymi przez nią decyzjami, trudno odmówić jej miłości do jedynej córki. Na uznanie zasługuje także Alison Thornton, wcielająca się w szkolną dręczycielkę, Chris. To postać zarówno świetnie napisana, jak i przekonująco zagrana. Mimo narastającej niechęci do niej widz może zrozumieć motywacje stojące za jej zachowaniem. Serial dobrze pokazuje lęki i troski dziecka, którego świat zaczyna się rozpadać. Samotność, obojętność otoczenia i poczucie straty potrafią doprowadzić do czynów, na które w innych okolicznościach trudno byłoby się zdobyć.

Kolejnym atutem produkcji jest sposób prowadzenia postaci. Nie podążają one prostą ścieżką od punktu A do punktu B. Zamiast tego obserwujemy ich stopniowe przemiany, decyzje i błędy. Bywają równie chaotyczne i nieprzewidywalne jak samo życie, co nadaje opowieści dodatkowego realizmu. Bohaterowie mają własne cele i motywacje, a ich działania wynikają z konkretnych potrzeb. Nie znajdziemy tu bezmyślnych postaci, których jedynym zadaniem jest zginąć. Każda z nich ma coś do zaoferowania, dzięki czemu choćby pozornie drugoplanowe historie potrafią przykuć uwagę.

fot. kadr z serialu

Warto również wspomnieć o wątkach pobocznych, w tym romansach, które mogą wprawić niejednego widza w osłupienie. Pojawiają się też tajemnicze postaci, które, jak się okazuje, posiadają moce podobne do tych, jakimi dysponuje Carrie. To jeden z największych atutów tej adaptacji. Flanagan nie boi się zmieniać zakończenia ani wprowadzać nowych bohaterów. I bardzo dobrze. Świat stworzony przez Kinga w 1974 roku pozostawiał przestrzeń na historie o znacznie większym potencjale. Reżyser postanowił ją wykorzystać, tworząc opowieść nie tylko o samej Carrie, ale też o świecie, w którym każdy z nas może mieć w sobie odrobinę Lśnienia.

Do świata Carrie jeszcze nieraz powrócę. To miejsce, które przyjęło mnie z ogromną serdecznością i zrozumieniem, a właśnie tego jako fan Stephena Kinga szukam w jego historiach. To serial o ludziach, ich słabościach i problemach, które okazują się zaskakująco bliskie naszej codzienności.


fot. główna: materiały promocyjne

Idź do oryginalnego materiału