Nowa Carrie na nowe czasy – można by rzec na widok adaptacji książki Stephena Kinga od Prime Video i Mike’a Flanagana. Ale co to adekwatnie znaczy? Sprawdzamy, jak zmieniono kultową historię i czy warto oglądać serial.
Minęło już ponad 50 lat od debiutu Stephena Kinga – a była nim wydana w 1974 roku powieść „Carrie”. Króciutka, ale robiąca piorunujące wrażenie – i wtedy, i teraz. Bo czasy mogą się zmieniać, możemy iść do przodu i, przyklejeni do telefonów, być dumni z tego, jakie poczyniliśmy postępy cywilizacyjne, ale problemu dręczenia w szkole jakoś rozwiązać nie potrafimy. Można wręcz powiedzieć, iż przybiera on coraz bardziej niewyobrażalne rozmiary i wymiary. I właśnie o tym jest serialowa „Carrie” od Prime Video, która w ośmiu odcinkach (widziałam przedpremierowo całość) łączy horror z komentarzem społecznym, nie raz, nie dwa uderzając w tony jak z „Dojrzewania„.
Carrie – o czym jest serialowy horror Prime Video?
Mike Flanagan („Nawiedzony dom na wzgórzu”), który opuścił Netfliksa na rzecz Amazona, gdzie wręczono mu klucze do prawdziwego królestwa horroru – z możliwością zreinterpretowania „Mrocznej Wieży” Kinga jako wisienką na torcie – robi dokładnie to, czego wszyscy po nim oczekiwaliśmy, czyli prezentuje autorską wersję kultowej książki. Jej częścią jest przeniesienie akcji do współczesności i osadzenie jej pośród ostatecznego koszmaru, jakim są social media. Ale na tym zmiany w tej odważnej – choć nie tak rewolucyjnej jak, ekhem, „Lalka” – adaptacji się nie kończą.
W nowej wersji Carrie White (Summer H. Howell, „Przeciąć czas”) to dziewczyna dorastająca w domu, w zamknięciu, praktycznie więziona przez ultrareligijnych, ultraprawicowych, kompletnie oszołomskich rodziców. W przeciwieństwie do swojej poprzedniczki z książki i filmu Briana De Palmy, po raz pierwszy do szkoły idzie ona dopiero jako nastolatka, po śmierci ojca i interwencji opieki społecznej. Trafia od razu do piekielnej rzeczywistości amerykańskiego liceum, z wykrywaczem metalu, ćwiczeniami na wypadek strzelaniny, specyficzną hierarchią itp. A iż wygląda jak mała amiszka i niczego nie ogarnia, gwałtownie staje się celem grupki nastolatek z Chris (Alison Thornton, „Dare Me”) na czele, które nie mają pojęcia o jej telekinetycznych mocach.
„Carrie” (Fot. Prime Video)Słynna scena prysznicowa i „Zatkaj to!” w tej wersji staje się zaledwie początkiem koszmaru Carietty, który przez fejkowe konto na Instagramie zaprowadzi ją na dobrze nam znany bal maturalny, a po drodze czeka ją wojna nie tylko z dziewczynami rządzącymi szkołą, ale też z własną matką (Samantha Sloyan, „Zagłada domu Usherów”) i jej przeżartym religijną indoktrynacją mózgiem. Jako iż Flanagan ma jakieś siedem godzin na przekazanie nam tego, co się dzieje w tej dziewczynie, w pewnych sytuacjach idzie znacznie dalej lub/i głębiej, niż zrobił to de Palma.
A jednocześnie wszystko, co robi, wszystko, co zmienia, wszystko, co dopisuje, pozostaje wręcz zaskakująco w duchu Stephena Kinga. Przynajmniej do finału, który posuwa się w przepisywaniu książki tak daleko, iż wielu fanów może doprowadzić do ataku furii. Te duże zmiany mają związek z faktem, iż „Carrie” planowana jest na trzy sezony.
Carrie – Mike Flanagan bierze się za Stephena Kinga
Serial Mike’a Flanagana to w ogóle interesujący przypadek adaptacji, która ma potencjał, by jednocześnie zachwycić fanów i ich wkurzyć. Tych samych. W krótkim odstępie czasu. To, co w niej uderza, to iż udało się przenieść tę historię w czasie o pięć dekad i pozostać wiernym przede wszystkim jej duchowi, ale często też literze. Sceny, których zabrakło w filmie, tutaj dostają szansę, żeby wybrzmieć na nowo z całą swoją mocą. Szczegóły, na które de Palma nie miał czasu, jego sukcesor podkreśla, bawi się nimi, remiksuje je po swojemu, puszczając oczko do widzów i dodając sporo niuansów.
Matka Carrie, w oryginale będąca jednoznacznie czarnym charakterem, w serialu nabiera nowych kolorów i do pewnego stopnia daje się nie tyle może lubić, co rozumieć. Podobnie jest z Chris, Tiną (Josie Totah, „Łowczynie”), Sue (Siena Agudong, „Resident Evil”) czy Tommym (Joel Oulette, „Kaskada zbrodni”) zyskującym w tej wersji coś na kształt osobowości. W przeciwieństwie do Billy’ego (Arthur Conti, „Beetlejuice Beetlejuice”), który bez aktorskiej charyzmy Johna Travolty nie miał prawa nic zyskać.
„Carrie” (Fot. Prime Video)Więcej miejsca dostają też, w tym przypadku z różnym skutkiem nauczyciele – dyrektor Grayle (Matthew Lillard, „Życie Chucka”), panna Desjardin (Amber Midthunder, „Predator: Prey”), a także nowe postacie, w które wcielają się Rahul Kohli („Zagłada domu Usherów”) i Tim Bagley („Ktoś, gdzieś”). Jedna z tych historii wydaje się jednak niepotrzebnie kontrowersyjna przy braku głębszego wyjaśnienia kulisów całej sytuacji. Bohaterów, których fani książki i filmu nie rozpoznają, jest więcej, na czele z enigmatyczną Emaline (Thalia Dudek, „Doktor Who”), Judith (Katee Sackhoff, „Battlestar Galactica”) i dziennikarką/narratorką (Kate Siegel, „Nocna msza”).
I tutaj dochodzimy do sedna sprawy: serialowa „Carrie” rozszerza świat stworzony przez Stephena Kinga, z początku dość nieśmiało, krok po kroku budując niby tę samą, ale kompletnie inną wersję tej historii. Produkcja Mike’a Flanagana łączy w sobie klasyczny horror Kinga z teen dramą w stylu supernatural, która nie raz, nie dwa nasunęła mi skojarzenie ze „Stranger Things”. A dokładniej z najgorszym, co Dufferowie wymyślili, czyli „The Lost Sister”. Kiedy zobaczycie te sceny, od razu załapiecie, o co chodzi. I nie, nie jest to komplement – choć jestem niezmiernie ciekawa, co dalej Flanagan chce zrobić z Carrie i tym specyficznym feministycznym manifestem, jaki nam serwuje, po tym jak całkowicie już „uwolni” historię nastoletniej mścicielki od oryginału.
Carrie – czy warto oglądać serial Prime Video?
To, czy „Carrie” powinna mieć taki, a nie inny finał, i czy powinna być kontynuowana, stanowi przynajmniej dla mnie największą zagwozdkę amazonowej adaptacji. Chcę powiedzieć, iż tak, ale jednak nie wszystko mi w tym gra. Muszę jednak przyznać, iż gdybym nie znała oryginału, pewnie bym to kupiła bez większych zastrzeżeń i poprosiła o więcej. Mike Flanagan zrobił bowiem to, co zrobić należało, aby przedstawić tę historię współczesnej młodzieży. Jego „Carrie”, owszem, bezbłędnie mówi Kingiem, ale równie świetnie wie, kiedy zwrócić się do pokolenia alpha. Potrafi przerażać jak „Dojrzewanie” i „Black Mirror” w jednym, pozostając tą samą opowieścią, którą napisał King, zainspirowany historiami dręczonych dziewczyn z własnej szkoły z lat 60.
„Carrie” (Fot. Prime Video)To bardzo ambitna, mająca wiele do powiedzenia „Carrie”. A przy tym wciągająca, emocjonująca, ślicznie opakowana niczym popkulturowa bombonierka i przewiązana wstążką. Świetnie zagrana, zwłaszcza przez Howell i Sloyan, tworzących znacznie bardziej zniuansowaną relację od swoich poprzedniczek. To zdecydowanie nowa „Carrie” na nowe czasy – której może nie kupuję w stu procentach, ale w ogromnej większości doceniam zamysł, odwagę i szanuję to, co chciano mi powiedzieć.
To właśnie młodzieżowym horrorem, który podzieli krytyków, ale prawdopodobnie też przyniesie Amazonowi ogromną oglądalność, Mike Flanagan rozpoczyna oficjalnie panowanie na Prime Video. Pamiętając jego wybitne netfliksowe seriale, na czele z „Nawiedzonym domem na wzgórzu” i „Nocna mszą”, życzę jemu i nam wszystkim, aby dostał przestrzeń, żeby rozwinąć skrzydła. „Carrie” to interesujący początek, zwłaszcza jeżeli potraktujemy ją jak przystawkę przed „Mroczną Wieżą” i potencjalnie innymi hitami Kinga. Oglądajcie, najlepiej z otwartą głową i bez zakładania czegokolwiek z góry.
















