„Cannes jest dla nas ogromnym otwarciem” – wywiad z Żanetą Homą, współscenarzystką filmu „Kanaan”

moviesroom.pl 7 godzin temu

Żaneta Homa to aktorka i scenarzystka młodego pokolenia, która coraz mocniej zaznacza swoją obecność w świecie filmu. Uwagę branży zwróciła już podczas Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi, gdzie zdobyła trzy indywidualne nagrody. Na dużym ekranie zadebiutowała u boku Leszka Lichoty w filmie Znachor. Współtworzony przez nią film Syn Szczęścia zdobywał nagrody na międzynarodowych festiwalach. Jej najnowszy projekt Kanaan został zakwalifikowany do sekcji Short Corner Industry na Festiwalu Filmowym w Cannes. To właśnie o nim udało mi się z Żanetą Homą porozmawiać. Zapraszam do lektury!

Hanna Kroczek: Co pomyślałaś, kiedy dowiedziałaś się, iż Kanaan jedzie do Cannes?

Żaneta Homa: Byłam w szoku. Nie spodziewałam się pozytywnej decyzji. Festiwal w Cannes był dla nas bardzo odległym marzeniem, więc ta wiadomość naprawdę nas zaskoczyła. I chyba do dziś trochę nie dowierzamy. Jesteśmy pod wrażeniem tego jacy reżyserzy czy gwiazdy i jak wielkie nazwiska są częścią tego festiwalu w tym roku. To niesamowite, iż będę mogła ich tam spotkać i uczestniczyć w pokazach premierowych.

Czy obecność w sekcji Short Film Corner traktujecie bardziej jako motywację czy jednak pojawia się też presja związana z uczestnictwem w tak dużym festiwalu?

Myślę, iż przede wszystkim jest to dla nas ogromna motywacja. Już teraz dostajemy wiadomości i maile dotyczące warsztatów, spotkań branżowych czy śniadań networkingowych. Dowiadujemy się, jakie nazwiska się pojawią, z kim będzie można porozmawiać i od kogo usłyszeć opinię o naszych filmach.
Sama możliwość udziału w Short Film Corner sprawia, iż stajemy się częścią światowego środowiska filmowego. Cannes to przecież festiwal, o którym marzą filmowcy z całego świata. Dlatego sama obecność tam i możliwość czerpania wiedzy oraz doświadczeń jest czymś niezwykle cennym.
Oczywiście to nie sekcja konkursowa, ale przez cały czas możemy uczestniczyć w całym festiwalu — chodzić na premiery, spotykać twórców i selekcjonerów. To bardzo ważne również z perspektywy przyszłości.

W trzynastu minutach udało wam się zmieścić ogrom emocji. Już na początku pojawia się cytat: „Nie wszystko, co złe, rodzi się ze zła”. Czy to właśnie główna myśl filmu?

Tak, zdecydowanie. Dominik, reżyser filmu, kiedyś usłyszał to zdanie i zostało w nim na długo. Kiedy zaczęliśmy pisać scenariusz i myśleć o historii dotyczącej imigrantów, ta myśl naturalnie do nas wróciła.
Mieliśmy też osobiste doświadczenia związane z migrantami — choćby podczas remontu mieszkania, kiedy pracowały u nas osoby z Ukrainy. Do dziś utrzymujemy kontakt i to jest bardzo piękne. Nasz native speaker, z którym uczyliśmy się dialektu palestyńskiego i języka arabskiego, pochodził z kolei z Gazy.
W czasie naszych prób trwały tam bardzo trudne wydarzenia. Pamiętam moment, kiedy siedzieliśmy w domu, piliśmy kawę i herbatę, a on nagle powiedział, iż jego rodzina jest w Gazie i próbuje sprowadzić ją do Polski. To było dla mnie bardzo mocne doświadczenie, bo nagle uświadomiłam sobie, jak blisko nas dzieją się takie historie.
Myślę, iż właśnie stąd wzięła się główna idea filmu — iż każdy z nas chce po prostu żyć i przetrwać.

Czyli pomysł na film wyrósł w dużej mierze z obserwacji tego, co dzieje się wokół was i na świecie?

Trochę tak. Od początku jednak nie chcieliśmy iść w stronę polityczną, dlatego w filmie nie pada konkretnie, z jakiego kraju pochodzą bohaterowie — wiemy tylko, iż są z Bliskiego Wschodu.
Po prostu coraz częściej spotykaliśmy wokół siebie ludzi z innych krajów. W Warszawie widzieliśmy ich codziennie — pracujących przy remontach, dowożących jedzenie czy jeżdżących Uberami. To stało się częścią naszej codzienności.
Dlatego zdecydowaliśmy się też na młodych bohaterów, bo sami jesteśmy młodzi i również chcemy po prostu żyć, mieć marzenia i się rozwijać.

Ciekawe jest też to, iż bohaterowie nie są tu czarno-biali. Każda decyzja wynika z konkretnych motywacji, a widz sam musi zdecydować, jak ich ocenia.

Dokładnie tak. Oglądaliśmy sporo kina Asghara Farhadiego i bardzo nas ono inspirowało. To właśnie z jego filmów zaczerpnęliśmy tę bezstronność wobec bohaterów i sposób pokazywania ich motywacji.
Każdy odbiera taki film inaczej. Kiedy pokazywałam Kanaan rodzinie i znajomym, reakcje były naprawdę bardzo różne. Wiele zależy od tego, czym dana osoba żyje na co dzień i jak postrzega współczesny świat. Każdy układa sobie tę historię po swojemu.
I właśnie to było dla nas najciekawsze — żeby zostawić widzowi przestrzeń do własnej interpretacji i własnych emocji.

Bardzo podoba mi się też klamrowa konstrukcja filmu — pierwsza i ostatnia scena są do siebie podobne, ale niosą już zupełnie inne emocje.

Tak, to była dla nas bardzo ważna klamra. Nie chcieliśmy kończyć filmu mocnym szokiem czy gwałtownym zwrotem. Bardziej zależało nam na poczuciu, iż historia zatacza koło i iż bohaterowie, mimo wszystkiego, co się wydarzyło, muszą dalej żyć.
To jest chyba w tym wszystkim najbardziej bolesne — iż życie po takich doświadczeniach po prostu trwa dalej.

Wspomniałaś już o pracy z native speakerem. Jak wyglądało budowanie postaci Liny?

Scenariusz napisaliśmy wspólnie z Dominikiem i moim bratem. Mój brat jest dla nas dużym wsparciem merytorycznym, bo studiował prawo i historię.
Jeśli chodzi o Linę, początkowo wcale nie było pewne, iż to ja ją zagram. Najpierw powstał scenariusz, a dopiero później uznaliśmy, iż może to być dobry pomysł.
Znaleźliśmy native speakera z Gazy, który posługuje się dialektem palestyńskim, i właśnie tego dialektu zaczęliśmy się uczyć. To był bardzo trudny proces. Zaczęło się od zwykłych spotkań przy kawie i wspólnego czytania kwestii, później przyszła nauka wymowy i akcentu, a dopiero później zaczęliśmy pracować nad samym graniem scen.
Mam nadzieję, iż ten ogrom pracy widać później na ekranie. Dla mnie jako aktorki największym komplementem jest to, iż widzowie często są przekonani, iż naprawdę pochodzę z tamtego regionu.

Oglądając Kanaan, nie sposób nie pomyśleć o inspiracji Kieślowskim. Czy rzeczywiście był dla was ważnym punktem odniesienia?

Krzysztof Kieślowski stał się dla nas istotny nie tylko przez samo kino, ale też przez sposób myślenia o nim. Bardzo zostało ze mną jego zdanie, iż filmem adekwatnie nie da się zmienić świata — można jedynie rozpocząć rozmowę o ważnym temacie.
I ja też bardzo tak czuję. Nie chcieliśmy mówić widzowi, co ma myśleć. Chcieliśmy zostawić mu przestrzeń do własnych refleksji i emocji.
Wpływ Kieślowskiego pojawił się też przy muzyce. Zaczęliśmy słuchać utworów Zbigniewa Preisnera i trafiliśmy na kompozycję, która idealnie domykała emocjonalnie nasz film. Wydawało nam się nierealne, iż uda się zdobyć prawa do tej muzyki, ale napisaliśmy do pana Preisnera przez Facebooka i ku naszemu zaskoczeniu dostaliśmy zgodę.

Gdybyś miała wskazać największe wyzwanie przy pracy nad krótkim metrażem, to co było nim w waszym przypadku?

Myślę, iż największym wyzwaniem jest to, iż masz bardzo mało czasu, żeby widz naprawdę poczuł twoich bohaterów. W kilkanaście minut musisz przedstawić postaci, zarysować relacje i poprowadzić historię do mocnego punktu zwrotnego.
Przy krótkim metrażu wszystko musi być bardziej skondensowane i precyzyjne. Musieliśmy zrezygnować z wielu rzeczy, które bardzo lubiliśmy, żeby zostawić tylko to, co najważniejsze dla historii.
Drugim dużym wyzwaniem jest oczywiście sama produkcja. Takie filmy bardzo często powstają dzięki ogromnemu zaangażowaniu ludzi i prywatnym środkom.

Macie już plany na to, co dalej po Cannes?

Na pewno chcemy teraz skupić się na międzynarodowej drodze festiwalowej filmu. Cannes jest dla nas ogromnym otwarciem i możliwością poznania branży od środka.
Naszym wcześniejszym filmem Syn Szczęścia byliśmy między innymi w Karlowych Warach i na festiwalach w Stanach Zjednoczonych. Odbiór był na tyle dobry, iż dostaliśmy propozycje rozwinięcia tej historii do pełnego metrażu.
Dlatego w tej chwili pracujemy nad scenariuszem pełnometrażowej wersji Syn Szczęścia, a jednocześnie cały czas rozwijamy festiwalową drogę Kanaan.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Dziękuję bardzo.

Idź do oryginalnego materiału