Byłam Planem B

polregion.pl 3 godzin temu

„Była tylko zapasowym wyborem”

— Halina! Co ty wyprawiasz?! — krzyknęła kobieta, a jej głos zdradzał drżenie z gniewu. — Przecież to moje wesele! Moje! Czekam na ten dzień od półtora roku!

— Krysieńko, kochanie, zrozum! — odpowiedział spokojny głos przyjaciółki. — Marek sam do mnie zadzwonił wczoraj wieczorem. Sam! Czy powinnam mu odmówić? Spotykaliśmy się jeszcze na studiach, wiesz przecież!

Krysia osunęła się na kanapę, telefon drżał w jej dłoni.

— Ale ślub jest w sobotę! Suknia kupiona, goście zaproszeni, restauracja zamówiona! Halina, jak mogłaś?

— A co miałam zrobić? Powiedział, iż zrozumiał swój błąd. Że kocha mnie, nie ciebie. Krysiu, wybacz, ale serce nie sługa…

Krysia cisnęła słuchawkę na kanapę i wybuchnęła płaczem. Za oknem mżył październikowy deszcz, na stole leżała teczka z dokumentami do USC, a w szafie wisiała biała suknia, którą kupiła ze łzami szczęścia w oczach.

Mama, usłyszawszy szloch, weszła do pokoju, usiadła obok i objęła córkę.

— Co się stało, córeczko?

— Marek… Marek żeni się z Haliną — wykrztusiła Krysia przez łzy. — Jutro idą do USC złożyć papiery. A nasz ślub miał być za tydzień!

Wanda Stanisławowa pokręciła głową i przytuliła ją mocniej.

— Znaczy, nie było wam pisane, Krysiu. Znaczy, nie ten człowiek. Lepiej teraz, niż całe życie mękę znosić.

— Ale dlaczego, mamo? Dlaczego zawsze jestem tylko zapasowym wyborem? — szlochała Krysia. — W podstawówce Tomek chodził ze mną, dopóki nie przyszła ta nowa. W technikum Grześ przez trzy miesiące się umizgiwał, a potem uciekł do koleżanki z roku. A teraz Marek…

Mama w milczeniu płakała, gładząc córkę po włosach. Pamiętała, jak Krysia przygotowywała się do ślubu, jak promieniała, przymierzając płócienny welon. Marka nigdy specjalnie nie lubiła — coś w tym chłopaku nie dawało jej spokoju. Zbyt gładki, przystojny, umiał mówić, co powiedzieć trzeba. Ale oczy… oczy miał puste.

— Mamo, co ja teraz zrobię? Jak ludziom w oczy spojrzę? Wszyscy wiedzą o weselu! Ciocia Basia już bilety kupiła z Poznania, wujek Stefan urlop wziął…

— A co robić? Żyć dalej. Jesteś młoda, ładna, rozumna. Znajdzie się ktoś prawdziwy.

Krysia podniosła na matkę zalane łzami oczy.

— A jeżeli nie? Mam już dwadzieścia siedem lat, mamo. Wszystkie koleżanki zamężne, dzieci mają. A ja jak głupia chodzę na randki i ciągle mam nadzieję…

— Znajdzie się — stanowczo powiedziała matka. — Na pewno się znajdzie.

Tylko nie dodała, iż sama przeżyła podobną historię. Że też była dla kogoś zapasowym wyborem, dopóki nie spotkała ojca Krysi. A on był zwykłym robotnikiem, nie przystojniakiem, nie bogaczem, ale kochał ją prawdziwie, aż do ostatniego dnia.

Dzwonek do drzwi przerwał jej myśli. Krysia drgnęła — może to Marek? Może się rozmyślił?

W progu stała sąsiadka ciocia Irena z słoikiem konfitur.

— Krysiu, córeczko! Słyszałam, co się stało… Nie przejmuj się tak! Facet z niego żaden, ten twój Marek. Od razu wiedziałam, gdy po raz pierwszy go zobaczyłam. Oczy niespokojne, dłonie spocone. To nie mężczyzna, tylko taki…

— Ciociu, proszę — zmęczonym głosem przerwała Krysia.

— Ależ trzeba mówić prawdę! Jesteś piękną, pracowitą dziewczyną. Rzadko dziś takie spotkać. A on głupi, iż tego nie widzi. Słuchaj, wnuczko — sąsiadka przysiadła na brzegu kanapy. — Mam siostrzeńca, Wojtka. Po rozwodzie wprawdzie, ale dobry człowiek. Pracuje w fabryce, nie pije, dzieci kocha. Przedstawić was?

Krysia pokręciła głową.

— Nie teraz, ciociu. Nie mam ochoty na nowe znajomości.

— No to pomyśl, a ja i tak mu o tobie opowiem. Może sam kiedyś zajrzy.

Po wyjściu sąsiadki Krysia długo siedziała przy oknie, wpatrując się w deszcz. W głowie wirowały myśli — dlaczego zawsze tak jest? Dlaczego mężczyźni traktują ją jak przystanek, zanim znajdą coś lepszego?

W podstawówce zakochała się w Tomku Nowaku. Był kapitanem szkolnej drużyny piłkarskiej, wszystkie dziewczyny za nim szalały. A wybrał właśnie ją — cichą, skromną Krysię z równoległej klasy. Chodzili ze sobą pół roku, myślała, iż to prawdziwa miłość. Tomek dawał jej własnoręcznie robione laurki, odprowadzał po lekcjach, choćby poznał ją z rodzicami.

Aż do ich szkoły przeniosła się Ola z Warszawy — przebojowa, modna, umalowana, w dżinsach. Tomek stracił dla niej głowę i po tygodniu oznajmił Krysi, iż się rozstają.

— Nie gniewaj się — mówił, patrząc w bok. — Po prostu jesteśmy jeszcze młodzi, to za wcześnie na poważne rzeczy. Jesteś fajna, na pewno znajdziesz kogoś lepszego.

Płakała wtedy dwa tygodnie i przysięgła sobie nigdy więcej nie kochać. Ale przysięgi, jak wiadomo, łatwo łamać.

W technikum pojawił się Grześ Kowalski — przystojny, inteligentny, z dobrego domu. Uczył się na piątki, szykował się na studia. Krysia pracowała w bibliotece i często widywała, jak zostaje po godzinach. Pewnego dnia poprosił o pomoc w znalezieniu książki, zagadali się.

Grześ okazał się ciekawym rozmówcą, oczytanym, marzył o medycynie. Krysia słuchała jego opowieści i myślała, iż może i dla niej znajdzie się miejsce w tych planach. Spotykali się trzy miesiące, on mówił o miłości, ale gdy przyszło do poważnych rozmów, okazało się, iż od roku pisze z dziewczyną z innego miasta.

— Rozumiesz, Krysiu — tłumaczył, unikając jej wzroku. — Z Anią znamy się od podstawówki. Rodzice nas niemal zaręczyli. A z tobą to była tylko dobra znajomość, nic więcej.

„Nic więcej” — te słowa wbiły się w pamięć i wracały za każdym razem, gdy poznawała nowego mężczyznę.

Marek wkroczył w jej życie półtora roku temu, na urodzinach wspólnej znajomej. WKrysia spojrzała przez okno na ulewę, w której właśnie przemknął znajomy cień Marka, i uśmiechnęła się szeroko do własnego odbicia w szybie, bo właśnie zrozumiała, iż prawdziwa miłość nigdy nie traktuje nikogo jak zapasowy wybór.

Idź do oryginalnego materiału