**20 września**
Dzisiaj znów dostałem tę nieznośną wiadomość. Agnieszka, moja dziewczyna, powiedziała mi przez telefon, iż wychodzi za tamtego. Karolina, jej przyjaciółka, odebrała moje ostatnie nadzieje jednym zdaniem: „Wojtek zadzwonił do mnie wczoraj. Sam! Co miałam zrobić, odmówić?”
A ja? Siedziałem na kanapie, trzymając w dłoniach folder z dokumentami do urzędu stanu cywilnego. Suknia ślubna wisiała w szafie, a za oknem mżył jesienny deszcz.
„To koniec” – pomyślałem.
Mama weszła do pokoju, usiadła obok i objęła mnie mocno. Nie pytała, bo wiedziała. Każdy w domu wiedział.
— Nie twój człowiek, synku – szepnęła. – Lepiej teraz niż później.
— Dlaczego zawsze jestem tym drugim? – wybuchnąłem. – W liceum Ola zerwała ze mną, gdy poznała tego swojego z akademika. Na studiach Kasia uciekła z moim kolegą z roku. A teraz Agnieszka…
Mama tylko głaskała mnie po ramieniu. Nie powiedziała wprost, ale wiedziałem – nigdy nie lubiła Agnieszki. Miała rację. Ta dziewczyna miała pusty wzrok, choć mówiła piękne słowa.
— Co teraz, mamo? Wszyscy wiedzą! Wujek Marek już kupił bilety z Poznania, ciocia Basia wzięła urlop…
— Życie toczy się dalej – odparła stanowczo. – Jesteś młody, dobry, pracowity. Prawdziwa miłość przyjdzie.
Nie wierzyłem. Miałem już dwadzieścia osiem lat, a każdy kolejny związek kończył się tak samo – zostawałem w tyle, gdy oni znajdowali coś „lepszego”.
Przypomniałem sobie Olę. Spotykaliśmy się przez pół roku. Byłem pewien, iż to miłość, dopóki nie pojawiła się ta nowa, z Warszawy – wysoka, modna, z tymi swoimi zagranicznymi perfumami.
„Jesteś fajny, ale to nie to” – powiedziała mi wtedy.
Później była Kasia. Trzy miesiące romansu, a potem nagle: „Mamy inne plany, rozumiesz? Ja i Paweł, no wiesz…”
Agnieszka wydawała się inna. Poznaliśmy się na imprezie u znajomych. Była ciepła, uważna, mówiła o wspólnej przyszłości. Planowaliśmy ślub, mieszkanie, dzieci. Aż do dnia, gdy pojawiła się Karolina.
„To nie twoja wina – tłumaczyła. – Po prostu poczuliśmy coś starego, coś prawdziwego.”
Zostałem sam. Znów.
Ale życie potrafi zaskoczyć. W pracy, w szpitalu, gdzie pracuję jako pielęgniarz, podszedł do mnie kolega, Robert. Zwykły facet, niezbyt wysoki, ale z poczuciem humoru.
— Słuchaj, wiem, co się stało – powiedział. – Też przez to przeszedłem. Może kawa? Rozmowa czasem pomaga.
Poszliśmy. Nie było tam romantycznych uniesień, żadnych obietnic. Tylko szczerość. Opowiedział mi o swoim rozwodzie, o synu, który mieszka z matką, ale często go odwiedza.
— Wiesz, co jest najważniejsze? – zapytał w pewnym momencie. – Nie to, jak dużo ktoś mówi, ale to, jak słucha.
Zaczęliśmy się spotykać. Kino, spacer, kawa. Proste rzeczy. Bez presji. Pewnego dnia jego syn, Kacper, zapytał wprost: „Tato, a pan Bartek będzie teraz z nami mieszkał?”
Robert się zaczerwienił. Ja roześmiałem się, ale coś we mnie zabiło mocniej.
Minął rok. Robert nie klękał z pierścionkiem, nie mówił wierszy. Pewnego wieczoru po prostu wziął mnie za rękę i powiedział: „Chcę, żebyś został. Na zawsze.”
Nasz ślub był skromny. Rodzina, kilku przyjaciół, ciasto upieczone przez mamę. Nie było wystawnych przyjęć, drogich sukni. Ale było szczęście. Prawdziwe.
A niedawno Agnieszka zadzwoniła.
— Bartek, słuchaj… my z Wojtkiem się rozstaliśmy. Może spotkamy się, pogadamy?
Spojrzałem na obrączkę na swoim palcu, na zdjęcie Roberta i Kacpra na półce.
— Nie, Agnieszka. Nie spotkamy się.
I wtedy zrozumiałI wtedy zrozumiałem, iż czasem trzeba zostać porzuconym, by w końcu znaleźć kogoś, kto pokocha cię takiego, jaki jesteś.