Na świat przyszedł 19 lipca 1977 roku w Gdyni jako trzecie i jednocześnie najmłodsze dziecko Józefa i Heleny Kaczkowskich. Był wcześniakiem urodzonym w siódmym miesiącu ciąży, przez co zmagał się z różnymi problemami zdrowotnymi. Miał m.in. niedowład lewej strony ciała i słaby wzrok, co rówieśnicy, a nierzadko także dorośli, często mu wytykali. Mimo to korzystał z życia garściami i jak sam mówił, "żył na pełnej petardzie". – Pływał, jeździł na nartach, wszystko normalnie się odbywało. Nie miał wrażenia, iż czegoś nie może – opowiadała jego mama w reportażu zrealizowanym dla "Dzień Dobry TVN". To właśnie te trudne doświadczenia z dzieciństwa ukształtowały go na człowieka silnego, który z determinacją dążył do wyznaczonych sobie celów.
REKLAMA
Zobacz wideo Przyjaciel ks. Kaczkowskiego: Nigdy nie pogodziłem się, iż Jana z nami nie ma
Został duchownym i założył hospicjum. Ksiądz Jan Kaczkowski całe swoje życie poświęcił ludziom
Uczniem był piątkowym, choć nigdy szczególnie nie przykładał się do nauki. Był także głęboko wierzący i już jako nastolatek pragnął związać swoją przyszłość z kapłaństwem. Po pomyślnym zdaniu matury poszedł więc do Seminarium Duchownego w Gdańsku, które ukończył w 2002 roku, zdobywając tytuł magistra teologii. Niedługo potem przyjął święcenia kapłańskie, ale posługę łączył z dalszą nauką. – Wybrał tę swoją drogę i konsekwentnie ją później realizował – wspominał jego ojciec. W 2007 roku uzyskał tytuł doktora na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, a rok później ukończył studia podyplomowe z bioetyki na Uniwersytecie Papieskim.
Już wtedy znany był ze swojej działalności na rzecz chorych oraz potrzebujących. Poza tym, iż pracował jako katecheta, a potem też wykładowca, współtworzył hospicjum domowe w Pucku, które następnie przekształcił w stacjonarne. Nie bał się mówić o śmierci, czy to w wywiadach, czy to swoim podopiecznym, ale przy tym zarażał ludzi optymizmem i pomagał im z nadzieją patrzeć w przyszłość.
To, iż chodzę do moich umierających, to nie jest żadna moja zasługa, a po prostu psi, księżowski obowiązek
– mówił w audycji "Godzina prawdy" Michała Olszańskiego. – Gdybym przestał schodzić, to byłbym draniem – dodawał. Swoim spojrzeniem na świat dzielił się również na łamach książek, których był autorem lub współautorem. Podkreślał w nich, jak ważne jest, by prawdziwie żyć i cieszyć się każdą chwilą. Spod jego pióra wyszły takie dzieła jak "Sztuka życia bez ściemy", "Grunt pod nogami", "Życie na pełnej petardzie, czyli wiara, polędwica i miłość" oraz "Szału nie ma, jest rak". Ostatnia publikacja, "Ekskluzywny żebrak, czyli ks. Kaczkowski o tym, co najważniejsze", została natomiast wydana już po jego śmierci.
Grunt to twardo stąpać po ziemi, nie przestając patrzeć w niebo. Zamiast ciągle na coś czekać - zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później, niż ci się wydaje
– pisał w jednej z nich.
Na co chorował ksiądz Jan Kaczkowski? Po diagnozie żył około 2,5 roku, choć dawano mu tylko kilka miesięcy
Kaczkowski doskonale wiedział, jak czują się ludzie, zmagający się ze śmiertelnymi chorobami, bo sam do nich należał. W 2012 roku zdiagnozowano u niego glejaka wielopostaciowego, czyli złośliwy nowotwór mózgu. Informację o tym przyjął ze spokojem i pokorą, mimo iż lekarze dawali mu najpierw jedynie sześć miesięcy życia, a później ten okres wydłużył się do czternastu miesięcy. O leczeniu opowiadał z dystansem i typowym dla siebie humorem, a w wywiadach nazywał się "onkocelebrytą". – Był taki moment, kiedy chciał mnie przygotować na swoje odejście. Opowiadał, iż w tej chorobie jest tak, iż zapomni najpierw widzieć, potem oddychać, a potem zapomni o wszystkim i to będzie łagodne odejście – relacjonowała jego mama w "Dzień Dobry TVN".
Stosował się do zaleceń specjalistów, poddał się operacji, potem intensywnej radioterapii oraz chemioterapii, ale przy tym miał świadomość nieuchronnie zbliżającej się śmierci. – Robię wszystko, by żyć jak najdłużej. Leczę się, nie tracę nadziei, proszę Boga o cud całkowitego wyzdrowienia, ale też całkowicie poddaję się Jego woli – podkreślał w Radiu Gdańsk i dodawał, iż jest pogodzony ze swoim losem.
Jest kilka rzeczy, o które pytają mnie teraz znajomi np. 'Czy będzie dobrze'? Albo: 'Niech ksiądz powie, iż będzie dobrze'. Mogę powiedzieć, iż będzie dobrze, ale ja wtedy zadaję pytanie filozoficzne – co to znaczy, iż ma być dobrze? Czy to znaczy, iż mam żyć np. te 2 lata, ale w sposób niegodny? Jak padalec? Czy to będzie dobrze? Czy lepiej przeżyć godnie te 14 miesięcy? A czasem naciskają i dalej pytają – 'Kiedy ksiądz z tego wyjdzie?'. Ja mówię: 'No tego, to już kompletnie nie wiem'. Lubię, jak mówią, iż po prostu nie wiedzą, co mają powiedzieć
– opowiadał na łamach książki "Szału nie ma, jest rak". Jednak ani choroba, ani leczenie nie przerwały jego misji. Przez cały ten czas był dla ludzi i nie rezygnował z dotychczasowych aktywności. – Zawsze był gdzieś umówiony, gdzieś pędził – wspominała jego mama. Ksiądz Jan Kaczkowski zmarł 28 marca 2016 roku w rodzinnym domu w Sopocie. Miał wówczas 38 lat. Został pochowany na tamtejszym Cmentarzu Komunalnym.
O życiu księdza Kaczkowskiego powstał choćby film. "Johnny" jest dostępny w streamingu
Choć nie chciał, by stawiano mu pomniki, doczekał się wielu wyróżnień. Powołano fundację jego imienia, doczekał się tablicy w sopockim kościele św. Jerzego, a także kilku murali. W jego historii potencjał dostrzegli też filmowcy i w 2022 roku powstała biograficzna produkcja "Johnny" w reżyserii Daniela Jaroszka. Jej fabuła opowiada życiu księdza Kaczkowskiego (w tej roli Dawid Ogrodnik) z perspektywy Patryka (Piotr Trojan), jego podopiecznego, który nie miał łatwego startu w życiu. Film jest dostępny w streamingu na platformach takich jak Netflix, Player, TVP VOD oraz HBO Max.





