Buzzcocks: „Poczucie sensu życia” #wywiad

rockmetalnews.pl 6 dni temu

Ich supportem na początku swojej kariery było U2, a do największych fanów należał między innymi Kurt Cobain. Dziś zespół Buzzcocks to legenda brytyjskiego punk rocka, która przypomina o sobie swoim jedenastym albumem „Attitude Adjustment”. O pięćdziesięciu latach na scenie i związanych z tym historiach opowiedział nam frontman grupy, Steve Diggle.

Cześć Steve! Na początek naszej rozmowy chciałbym przenieść się z tobą pięćdziesiąt lat wstecz, a konkretnie do 20 lipca 1976 roku i waszego koncertu Sex Pistols w Manchesterze. Jak wspominasz ten dzień?

Steve Diggle: To był niesamowity dzień. Przyjechało mnóstwo dziennikarzy, którzy mieli napisać relacje z tego wydarzenia. Punk rock był wtedy czymś zupełnie nowym, prawie nikt o nim nie słyszał. Wszyscy zebrani byli bardzo zaskoczeni, gdy jako support wyszedł zespół z Manchesteru, czyli Buzzcocks ze swoim charakterystycznym brzmieniem. Zebrani dziennikarze mieli napisać tylko o Sex Pistols, ale poświęcili trochę miejsca również nam. Często mówię w wywiadach, iż skoro Jezus narodził się w Betlejem, to punk rock zaczął się w 1976 roku w Manchesterze. Sex Pistols nigdy wcześniej nie byli wzmiankowani w prasie, a ten koncert dał początek całemu punk rockowemu ruchowi. Całe to zamieszanie było bardzo ekscytujące.

Patrząc na rozwój sceny punk rockowej w Wielkiej Brytanii, wszyscy zaczynaliście podobnie. Byli Sex Pistols, The Clash, The Damned i oczywiście Buzzcocks. Jak wyglądały relacje między wami w tamtych czasach?

Steve: Och, mieliśmy bardzo dobre relacje. Zadebiutowaliśmy grając razem z Sex Pistols, potem zagraliśmy kilka swoich koncertów, a w 1977 byliśmy na wspólnej trasie koncertowej z The Clash. Wszyscy znaliśmy się bardzo dobrze, jak wspólnota tworząca razem coś wielkiego. Za każdym razem, gdy spotykaliśmy się w późniejszych latach, atmosfera była identyczna jak na samym początku. Niesamowite jest również to, iż każdy z tych zespołów wypracował swoje unikatowe brzmienie. Wyszliśmy z jednego, punkowego świata, ale z czasem każdy zespół zdefiniował się po swojemu.

A skąd wzięła się nazwa Buzzcocks?

Steve: W latach siedemdziesiątych był serial o tytule „Rock Follies” opowiadający o żeńskim zespole rockowym, próbującym przebić się w męskim świeci muzyki. Recenzja tego serialu ukazała się w gazecie z nagłówkiem: „To jest Buzz Cock!”. Buzz to euforia spowodowana graniem, a słowo „Cock” w Manchesterze i na północy Anglii oznacza przyjaciela. Postanowiliśmy połączyć te dwa słowa w jedno, a znaczenie to po prostu „Baw się dobrze”. Jak powiedział Platon: „Nadając czemuś nazwę, nadaje się znaczenie”. Tak samo było z nami i tą nazwą. Wielu ludzi doszukuje się w tej nazwie podtekstów seksualnych, ale nic z tych rzeczy.

W styczniu wydajecie nowy albumu, „Attitude Adjustment”. Przed naszą rozmową miałem okazję przesłuchać ten album dwukrotnie i odnoszę wrażenie, iż jest on połączeniem waszego wieloletniego doświadczenie z młodzieńczą energią lat siedemdziesiątych. Zgadzasz się z tym?

Steve: Tak. Nie chcieliśmy nagrywać w kółko tej samej muzyki. Na nowej płycie są elementy charakterystyczne dla Buzzcocks, ale jest również kilka nowych elementów. Dlatego postanowiłem nazwać album „Attitude Adjustment”. Zdarza się na nim kilka niespodzianek, ale żeby wyrobić sobie zdanie trzeba przesłuchać go w całości od początku do końca. To jak z czytaniem książki, gdzie czytasz strona po stronie. Chciałem stworzyć jak najbardziej spójny album, w duchu lat siedemdziesiątych. Dziś ludzie wchodzą do Internetu, wybierają jeden albo dwa utwory z płyty i układają playlisty. Starałem się, aby każdy utwór był inny, żeby nie było nudy, a także aby słuchacz powiedział po przesłuchaniu: „To było dobre doświadczenie”.

Moim zdaniem czuć w nim ducha brytyjskiego punk rocka. Także udało się wam to, co zakładaliście.

Steve: Dziękuję ci, kolego. Kiedy piszesz album, nie do końca wiesz jaki finalnie wyjdzie. Gdy malarz zaczyna malować, nie jest pewien do końca co zobaczy po skończeniu pracy. Pierwszy utwór na tej ,płycie nosi tytuł „Queen Of The Scene”. Opowiada o tych wszystkich reality show jak Big Brother, Love Island i tym podobne. Myślę, iż gdyby kosmici wylądowali dziś na Ziemi i je zobaczyli, zastanowiliby się o co nam chodzi. Te programy to popieprzone gówno.

Całkowicie się z tobą zgadzam, Steve.

Steve: Dlatego napisałem o tym piosenkę. Na nowej płycie jest również utwór o kradzieży, a także napaści z nożem na ulicy. Takie sytuacje dzieją się w Anglii i w całej Europie. Myślę, iż w samym Londynie jest około sześćset przypadków kradzieży tygodniowo. O tym opowiada utwór „Heavy Streets”. Piosenka „All Gone To War” powstała podczas napaści Rosji na Ukrainę. Jest też utwór „Jesus At The Wheel”, bo w centrum Londynu i każdego większego miasta, często są ludzie mówiący o tym, iż koniec świata jest bliski. W 2024 roku arcybiskup Cantenburry ustąpił ze stanowiska z powodu wielu nadużyć. Pomyślałem, iż napiszę również o Kościele, moralności i końcu świata.

Wielkie dzięki za przybliżenie genezy powstania kilku utworów z płyty. Przechodząc dalej, w tym roku Buzzcocks obchodzi pięćdziesięciolecie istnienia. Jak postrzegasz te pięć dekad?

Steve: To była niesamowita podróż. Zaczęliśmy gdy miałem dwadzieścia lat. Nie pamiętam jak nagrywaliśmy pierwszą płytę, a potem wszystko eksplodowało. Podróżowaliśmy po całym świecie. Myślę, iż nagraliśmy kilka świetnych płyt i w dużej mierze zdefiniowaliśmy to, co stało się punk rockiem. Na przestrzeni lat słyszałem od wielu artystów słowa, iż muzyka Buzzcocks im pomogła i zainspirowała do własnej twórczości. To dla nas ogromny komplement i zaszczyt. W tej muzyce od początku było coś wyjątkowego, nie tylko rozrywka. Ona dawała nam i innym poczucie sensu życia. Istotne było wyciągnięcie z tej muzyki elementów, które mogły zainspirować i pomóc działać dalej. W ten sposób pięćdziesiąt lat naszej działalności było nie tylko tworzeniem muzyki, tylko dzieleniem się energią z publicznością i wzajemnym inspirowaniem.

Czy jest coś z lat siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych za czym tęsknisz?

Steve: Kiedy zaczynaliśmy nie było telefonów komórkowych ani komputerów. Ludzie mogli dowiedzieć się o nas dzięki płytom. Wszyscy zjednoczyliśmy się w Świętym Kościele Rock N’ Rolla, niezależnie od wszystkiego. To, co wspaniałe w muzyce to jest to, iż jest w stanie dotrzeć w każdy zakątek świata. Gdy przyjeżdżamy do Polski, ludzie znają nasze utwory, śpiewają razem z nami. Przez półtorej godziny koncertu w jednym pomieszczeniu możemy cieszyć się tą magiczną chwilą. I tak jest od zawsze.

To, co mówisz brzmi fantastycznie. Szczególnie gdy opowiadasz o latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, ponieważ ja nie mam prawa pamiętać tych czasów, bo urodziłem się w 1993 roku.

Steve: (śmiech) No to zdecydowanie nie masz prawa tego pamiętać. To były wspaniałe czasy, ale ludzie kilka się zmienili. To świat się zmienia.

To prawda, iż podczas waszego pierwszego koncertu w Dublinie supportował was początkujący wtedy zespół, który nazywał się….U2?

Steve: Tak, to prawda. Kiedy grali swój koncert, ja i reszta chłopaków byliśmy w barze obok i piliśmy Guinessa. Byli bardzo młodzi, mieli po 17 lat. Kilka lat temu ktoś podsunął mi wywiad z U2 w „Rolling Stone” i Bono powiedział, iż chcą wrócić do korzeni i wszystkich zespołów, które były dla nich inspiracją na początku kariery. Wymienił między innymi Buzzcocks.

Graliście również koncerty z zespołem Nirvana. Kurt Cobain był wielkim fanem Buzzcocks. Jak go wspominasz?

Steve: Pamiętam, iż graliśmy koncert w Bostonie podczas promocji albumu „Trade Test Transmissions”. Na scenie stały telewizory w których puszczano filmy artystyczne, porno i inne. Na koniec roztrzaskiwałem je statywem mikrofonu. Po koncercie schodzę ze sceny i widzę chłopaków z Nirvany. Podchodzi do mnie Kurt i mówi: „Uwielbiam, jak rozwalasz te telewizory, stary”. Oni byli wtedy numerem jeden na świecie po albumie „Nevermind”. Powiedziałem mu, iż rozbiłem ich już tysiące, ale trzeba uważać, bo raz zostałem porażony prądem. Od początku świetnie się dogadywaliśmy i zagraliśmy z Nirvaną ich ostatnią trasę w 1994 roku. Spędzaliśmy razem czas przed i po koncertach. Pod sam koniec trasy Nirvana pojechała do Rzymu, gdzie mieli wziąć udział w nagraniach dla programu telewizyjnego. I tam Kurt przedawkował. Reszta trasy została odwołana, a potem wrócił do Ameryki i się zastrzelił. Gdy usłyszałem o tym w telewizji, przeszło mnie bardzo dziwne uczucie, bo jeszcze przecież tak niedawno z nim rozmawiałem. Kurt był naszym wielkim fanem. Dave i Krist (Grohl i Novoselic, pozostali członkowie Nirvany – red.) tak samo. Rozmawialiśmy na wiele tematów i naprawdę dobrze się dogadywaliśmy. Był fantastycznym facetem. Niestety, zakończył swoje życie, co zszokowało nie tylko mnie, ale wielu innych.

A co sądzisz o innych zespołach z Seattle? Na przykład o Pearl Jam?

Steve: Lubię ich. Znam dobrze Eddiego Veddera, bo przychodził na nasze koncerty jeszcze przed powstaniem Pearl Jam. W 2003 roku mieliśmy w USA własną trasę, ale zagraliśmy z nimi kilkanaście koncertów. Na jednym z nich, w Madison Square Garden w Nowym Jorku zagrałem z Pearl Jam utwór The Who, „Baba O’Riley”, co zostało uwiecznione na nagraniu. Pearl Jam nas lubili i również okazali się naszymi wielkimi fanami. Tak samo Ramones. Przyjechali nas obejrzeć podczas naszej pierwszej wizyty w USA. Słyszeć tak dobre słowa od tego kalibru artystów to ogromny komplement.

Absolutnie ci się nie dziwię i jestem wdzięczny za te anegdoty. Jedno z moich ostatnich pytań nie dotyczy muzyki, ale piłki nożnej. Jak ci się podobały ostatnie derby Manchesteru? (Manchester United pokonał Manchester City – red.)

Steve: Och, to był świetny mecz. Byłem zszokowany i zaskoczony, bo oczywiście jestem kibicem Manchesteru United. A oni grali bardzo nierówno przez ostatnie dziesięć lat. Raz lepiej, raz gorzej. Byłem przekonani, iż w derbach Manchesteru zostaną zmiażdżeni przez City. Potem wyszli na boisko i zagrali fantastycznie. W przyszłym tygodniu grają mecz z Arsenalnem, liderem Premier League (mecz odbył się 25 stycznia, Manchester United wygrał 3:2 – red.). jeżeli zagrają tam samo jak z City, to będzie kolejny dobry mecz.

Kim byłbyś, gdybyś nie został muzykiem?

Steve: (chwila zamyślenia) Byłbym seryjnym mordercą. Jak Kuba Rozpruwacz albo Ted Bundy. Oni też są sławni jak gwiazdy rocka.

Żartujesz?

Steve: (śmiech) Oczywiście, iż tak. Mówiąc całkiem poważnie, to chciałem być pisarzem i napisać powieść. Ale zamiast tego piszę historie w formie piosenek.

Dziękuję ci za tę rozmowę, Steve. To była wielka przyjemność i zaszczyt. Powodzenia podczas trasy promującej nowy album.

Steve: Mi również było bardzo miło rozmawiać. Dziękuję, kolego i trzymaj się.

Idź do oryginalnego materiału