Bursztynowicz dla naTemat: Pierwszą propozycję kariery przez łóżko usłyszałam na studiach

natemat.pl 16 godzin temu
Barbara Bursztynowicz udzieliła już wielu wywiadów, w których podsumowywała czas spędzony w "Klanie" i mówiła o okolicznościach odejścia z tej telenoweli… Zignorujmy więc (niemal całkowicie) ów wątek i skupmy się na rzeczach, które miały miejsce przed rokiem 1997, zanim Polska poznała serialową Elżbietę Chojnicką, no i wybiegnijmy w przyszłość. Ta rozmowa jest podróżą w czasie, która zaczyna się w czasach dziecięcych, licealnych i studenckich. Po drodze zaliczymy wątki dotyczące m.in. relacji rodzinnych, propozycji robienia kariery przez łóżko (#MeeToo), mobbingu w środowisku aktorskim, edukacji seksualnej, religii i Kościoła, a także sytuacji dojrzałych kobiet w rodzimej kinematografii.


Michał Jośko: Zacznijmy od popuszczenia wodzy fantazji. Gdyby o pani życiu miał powstać film albo telenowela, jaki tytuł nosiłoby owo dzieło i jaki gatunek by reprezentowało?

Barbara Bursztynowicz: Wydaje mi się, iż ciekawie byłoby połączyć wiele gatunków filmowych, począwszy od komedii, a skończywszy na kryminale. Oczywiście scenariusz mógłby nagiąć rzeczywistość, nie traktując wszystkich motywów biograficznych zbyt dosłownie.

Tak więc niektóre wątki mojego życia, jeżeli brakowałoby w nich odpowiedniego napięcia emocjonalnego, mogłyby zostać zdynamizowane, aby całość stałaby się ciekawsza

i bardziej atrakcyjna dla widza.

A inne historie mogłabym na przykład ocenzurować albo spojrzeć na nie przez różowe okulary. Życie każdego z nas można opowiedzieć w naprawdę intrygujący sposób. Wystarczy tylko sięgnąć do bogatej wyobraźni.

Swoją drogą bardzo dziękuję za to interesujące pytanie, bo podsunął mi pan atrakcyjny pomysł… Chodzi o to, iż wraz z mężem pracujemy nad monodramem, który jest

w naszym założeniu takim właśnie "gatunkiem mieszanym". No i w tym momencie pomyślałam, iż ów monodram mógłby stać się bazą scenariusza filmowego.

Tytuł tej ekranizacji? Najlepszy byłby taki, jakim nazwaliśmy wspominany monodram. Jednak proszę wybaczyć, ale na tym etapie nie zdradzę ani tytułu, ani treści monodramu. Na razie zachowam to dla siebie (śmiech).

Pozostańmy więc przy naszej wyimaginowanej ekranizacji biografii Barbary Bursztynowicz, układając wszystko chronologicznie, przenieśmy się z kamerą do lat 50. i 60. ubiegłego wieku, do czasów pani dzieciństwa. Z jednej strony mówimy o szaroburym PRL-u. Jednak z drugiej: nasze pierwsze wspomnienia zawsze są bardzo kolorowe… Co zobaczylibyśmy na ekranie?

Na pewno mnóstwo zieleni! W tym momencie przed oczami staje mi rodzinny dom


z ogrodem w Bielsku-Białej: w pewnych miejscach beznadziejnie porośnięty dzikim gąszczem krzaków i drzew, a w innych pedantycznie uporządkowany, z równymi grządkami, na których rosną warzywa. Oczywiście to nie wszystko, bo wokół jest też mnóstwo kwiatów.

Właśnie od tego ogrodu zaczęło się moje oswajanie świata przyrody. Powolne, stopniowe, bo byłam lękliwym dzieckiem. Wspierał mnie w tym procesie ojciec, po którym zresztą odziedziczyłam ogromną wrażliwość.

Urodził się na wsi, kochał naturę i zdradzał mnie oraz mojemu rodzeństwu jej sekrety. Wspólnie przyglądaliśmy się rozmaitym przejawom życia przyrody.

W tym momencie wyobrażam sobie na ekranie małą dziewczynkę, która obserwuje rozmaite robaczki – biedronki, żuczki, mrówki, czy też dżdżownice, czyli "glisty". Piękny obrazek.

Nie mieliśmy zbyt wielu zabawek, a więc zapewnialiśmy sobie rozrywkę w taki właśnie sposób, jednocześnie rozwijając wyobraźnię i kreatywność. Zdarzało się, iż jakiś przedmiot przeobrażał się w coś, w co pragnęliśmy.

Do podobnych zabaw wróciłam z nieukrywaną euforią w czasach dzieciństwa mojej córki, która bardzo często prosiła: "Mamusiu, pobawmy się w to, w co ty się bawiłaś, kiedy byłaś mała".

Jako dziecko godzinami wpatrywałam się w niebo, w chmury i gwiazdy, co zresztą lubię robić do dziś. Oswajałam rozmaite widoki, które jednocześnie fascynowały i onieśmielały, momentami wręcz przerażały.

Tak było w przypadku Beskidów, widocznych z naszego domu na wzgórzu. Myślałam, iż góry się ruszają, bo czasem były daleko, a czasem niemal na wyciągnięcie ręki. A innym razem nie było ich widać w ogóle, czy to ze względu na mgłę, czy też dym z okolicznych kominów. Pamiętam też, iż góry zmieniały kolory. Raz były niebieskie, a raz skąpane

w zieleni…


Właśnie takim rzeczom przyglądałam się z ogrodu, czyli z miejsca, w którym lubiłam przebywać najbardziej. Tam czułam się najbezpieczniej. Zamykałam się w tym swoim świecie, chociaż czasami byłam za to karcona, bo czekał obiad, albo jakieś obowiązki domowe.

Dlaczego ten świat pociągał bardziej niż kontakty z rówieśnikami?


Nie byłam odludkiem, który nie bawił się z innymi dziećmi. Po prostu ogród był miejscem, w którym dziecko nadwrażliwe i nieśmiałe czuło się pewnie i spokojnie. Bo przyjaźnie z rówieśnikami bywały wielkie, ale także rodzące konflikty.

Powiedzmy sobie szczerze: dzieci potrafią być okrutne, a ja byłam dziewczynką dosyć pulchną, miałam problemy z bieganiem, zawsze byłam na szarym końcu, tak więc siłą rzeczy pojawiały się rozmaite przykre docinki…

Podobnie było choćby w liceum, które mieściło się w starym budynku poklasztornym, tuż obok stadionu w Bielsku-Białej. Każdy WF zaczynał się od przebiegnięcia całej długości bieżni, a ja zawsze byłam ostatnia na mecie. To było dla mnie przekleństwo.

No ale przecież podobno trenowała pani różne dyscypliny sportowe – judo, szermierkę, gimnastykę…


…do tego hokej i koszykówkę. W tej ostatniej odniosłam choćby pewien sukces: nasza wuefistka (nota bene, co było oczywiście tajemnicą poliszynela, przedwojenna hrabianka) wybrała mnie do drużyny, która rywalizowała w zawodach międzyszkolnych. Co prawda nie chodziło tu o mój talent sportowy, ale o urodę – miałam być tzw. elementem rozpraszającym uwagę – no ale zawsze to coś (śmiech).

Mówiąc poważnie: nigdy nie miałam większych problemów z różnymi aktywnościami fizycznymi, naprawdę to lubiłam i nie unikałam sportu: czy to w czasach szkoły podstawowej i liceum, czy też szkoły aktorskiej, gdzie mieliśmy między innymi zajęcia ze wspomnianej przez pana szermierki, judo i gimnastyki. Jedynym problemem było to nieszczęsne bieganie. Ot, taki feler.

Skoro o słabościach mowa – czy jako nastolatka zaliczyła pani okres intensywnego buntu? Papierosy, alkohol, narkotyki tudzież inne przejawy stawania sztorcem?

W tym miejscu rozczaruję pana: o ile się buntowałam, to wyłącznie wewnętrznie (śmiech). Wychowywałam się w domu, w którym panował iście pruski dryl, a ja doskonale odnajdowałam się w tym świecie zasad. Zawsze byłam grzeczną dziewczynką.

Całkowicie normalne było to, iż obowiązują rozmaite zasady, dotyczące na przykład powrotów do domu o odpowiedniej porze, skupiania się na nauce i rozmaitych zadaniach, takich jak sprzątanie, robienie zakupów albo obieranie ziemniaków.

Co prawda podział zadań nie był równy, bo brat – jako oczko w głowie rodziców – nie musiał robić prawie nic, a zdecydowana większość zadań przypadała mojej siostrze i mnie. No ale wówczas zakładałyśmy, iż tak po prostu musi być, iż nie można buntować się przeciwko tym zasadom, które wprowadziła mama. Kropka.

Nigdy nie porozmawiała pani z nią na ten temat?


Zdarzyło się to tylko raz, gdy byłam w pierwszej klasie liceum. Wydawało mi się, iż mama nas cały czas kontroluje, iż jest nadopiekuńcza i blokuje kontakty z rówieśnikami, oczywiście na czele z płcią przeciwną… Zresztą iskrą, która doprowadziła do tej rozmowy – zdecydowanie zbyt gwałtownej, zbyt emocjonalnej i pełnej złych emocji – był mój pierwszy chłopak.

Mama go nie akceptowała, a do tego zarzucała mi, iż na pewno robię z nim "te" rzeczy,

a przecież to grozi ciążą. Zaproponowałam więc: "Dobrze mamo, chodźmy do ginekologa, żeby cię uspokoić".

Chyba zrobiło jej się głupio, iż nie ufa córce. Ja, kiedy tylko ochłonęłam, zrozumiałam, iż intencje mamy były naprawdę dobre. Po prostu nie wiedziała, jak powinno się rozmawiać z nastolatką o sek***e. Złe emocje opadły i już nigdy później nie pokłóciłyśmy się, zostałyśmy w przyjaznych relacjach i ogromnej czułości wobec siebie.

Na jaki model rozmawiania o "tych" rzeczach postawiła pani w przypadku swojej córki?


Małgosię postanowiliśmy uświadomić jeszcze w podstawówce. Usiedliśmy z mężem


i zaczęliśmy nieśmiało rozmowę na ten temat, ale bardzo gwałtownie usłyszeliśmy: "Mamo, tato, spokojnie, ja to wszystko już wiem, nie musicie się wysilać" (śmiech).

Córka "od zawsze" była dzieckiem inteligentnym, rozważnym, spokojnym i bardzo, ale to bardzo wrażliwym. Ona też nie przechodziła okresu intensywnego buntu, a nasze relacje już od jej dzieciństwa opierały się na partnerstwie i przyjaźni.

Zapewne nawiązuje pan do artykułów opisujących moje trudne relacje z Małgosią i twierdzących, iż byłam niegdyś matką-kwoką, która zdecydowanie zbyt mocno wpływała na decyzje życiowe córki, co doprowadziło do jakichś poważnych konfliktów…

Powiem tylko tyle: wszystko to zostało rozdmuchane przez łaknące taniej sensacji media. To wyrwana z kontekstu nieprawda, która sprawiła, iż całej naszej rodzinie zrobiło się przykro.

Wróćmy do naszego scenariusza… Dotarliśmy właśnie do momentu, w którym podejmuje pani decyzję o studiach aktorskich. Jakie głosy słychać w domu rodzinnym?

Obyło się bez dramatycznych krzyków typu "nie możesz!" (śmiech). Rodzice, owszem, byli zaskoczeni, iż to decyzja nieodwołalna, ale pogodzili się z tym. Zwłaszcza, iż pod koniec liceum byłam już osobą bardzo samodzielną i od dłuższego czasu – wspierana przez artystów Teatru Lalek Banialuka – przygotowywałam się do egzaminów aktorskich.

Mama napomknęła tylko o tym, iż wybieram zawód niepewny finansowo i na tym się skończyło. Oboje pogodzili się z moim wyborem. Ale czy wierzyli, iż dam radę? Chyba tak.

Pani kariera aktorska zaczęła się od naprawdę wysokiego C. Jeszcze jako studentka PWST została pani zauważona przez samego Aleksandra Bardiniego i zagrała

w jego spektaklu wystawianym na deskach Teatru Powszechnego, a do tego zaliczyła debiut filmowy w "Sam na sam" Andrzeja Kostenki – świetny materiał na krzepiącą serca opowieść o sukcesie dziewczyny, która jednak dała radę. W tym samym czasie branża aktorska zaczęła odsłaniać swe ciemne strony i nasz scenariusz przeobraża się w dramat z molestowaniem seksualnym w tle…

Pierwszą propozycję dotyczącą robienia kariery przez łóżko usłyszałam jeszcze na czwartym roku studiów, padła z ust znanego reżysera filmowego.

Byłam zaskoczona, myślałam, iż to żart. Słyszałam wcześniej, iż podobne sytuacje mają miejsce, ale nie sądziłam, iż to mnie też spotka. Do tej pory nie przejmowałam się tym. Cóż, człowiek bagatelizuje wiele złych zjawisk, dopóki nie dotkną go osobiście.

Z podobnymi propozycjami zetknęłam się również w latach późniejszych i niezmiennie szokowało mnie to, iż środowisko aktorskie w żaden sposób nie reaguje. Obowiązywała zasada milczenia… Minęło wiele dekad, zanim temat molestowania seksualnego w tej branży stał się naprawdę głośny dzięki akcji #MeeToo.

Czy byłam pierwszą osobą, która zaczęła mówić publicznie o podobnych sprawach? Na pewno jedną z pierwszych, chociaż ta decyzja zajęła mi wiele, zbyt wiele lat. Cóż, boimy się poruszać tematy tabu, bo z tyłu głowy pojawia się lęk, iż przecież środowisko może nas zniszczyć, iż narazimy się na ostracyzm.

Dziś, chociaż wciąż chcę grać, wciąż marzę o nowych rolach, nie chcę już milczeć w sprawach dotyczących trudnych tematów.

Wtedy odmawiałam i nie żałuję ról, które straciłam, mówiąc "nie". Na szczęście miałam przy sobie męża, czyli mojego anioła stróża, na którym zawsze mogłam się oprzeć.

Skoro rozmawiamy o rzeczach smutnych, napomknę jeszcze o temacie mobbingu, który ponoć jest rzeczą powszechną na uczelniach aktorskich. Z tym problemem nie zetknęłam się w młodości. Jako studenci byliśmy chronieni, nikt nie robił nam krzywdy.

Wykładowcy – w tym wspaniała Aleksandra Śląska, mój drugi anioł stróż – troszczyli się o nas, choćby o ile od czasu do czasu ostrzegali, iż aktor powinien być delikatny jak motyl, ale mieć skórę grubą niczym hipopotam.

Pamiętam, jak Tadeusz Łomnicki ostrzegał mnie, iż jestem zbyt delikatna i wrażliwa, iż branża mnie zje. Jednak pomimo tego, iż pozostałam motylem i wciąż nie mam grubej skóry, to jakoś przetrwałam w tym zawodzie kilkadziesiąt lat.

Było już o niemoralnych propozycjach i o mobbingu. Porozmawiamy o dyskryminacji ze względu na wiek i o tym, czy aktorki, które nie są już młódkami, wręcz opędzają się od wspaniałych ról?

Nie siedzę wystarczająco głęboko w branży filmowej, ale z pozycji widza mogę stwierdzić, iż bardzo dojrzałe kobiety są tam niezmiennie marginalizowane.

Pogłębione, złożone psychologicznie i nieoczywiste role dla starszych pań? W polskim kinie jest ich zdecydowanie za mało.

A przecież w kinie amerykańskim, angielskim, francuskim powstaje mnóstwo świetnych produkcji, które temu przeczą. Ale może zbyt rzadko oglądam kino polskie?

To, czego brakuje w filmach fabularnych, nierzadko można znaleźć w serialach produkowanych przez rozmaite platformy streamingowe…

Zgadzam się. Powiem panu szczerze, iż w kinie nie byłam od czasów przedpandemicznych, ostatnią rzeczą obejrzaną na dużym ekranie było chyba "Pewnego razu… w Hollywood".

Natomiast jakiś czas temu w naszym domu pojawiły się Netflix oraz HBO Max, no


i z mężem wręcz zachłysnęliśmy się dostępem do wielu ciekawych produkcji. Było tego mnóstwo, wspomnę tylko o wspaniałym francuskim serialu "Gdzie jest mój agent" , brytyjsko-amerykańskim "The Crown” i amerykańskim "House of Cards". Poza tym uwielbiam filmy dokumentalne i przyrodnicze.

Skoro pojawiły się nam tutaj nowe gatunki filmowe, wróćmy po raz kolejny do scenariusza poświęconego życiu Barbary Bursztynowicz. Tym razem hasło brzmi "horror". Parę lat temu doznała pani poważnego wstrząsu anafilaktycznego – czy tego rodzaju sytuacje sprawiają, iż człowiek zaczyna znacznie intensywniej myśleć o śmierci, o kwestiach metafizycznych i religijnych?

To było tak niespodziewane i gwałtowne doświadczenie, iż nie myślałam o takich sprawach. Nie czułam choćby strachu, bo byłam zbyt przerażona tym, jak wygląda moje ciało. Oczy zaczęły – i to w sensie dosłownym – wychodzić mi z orbit, spuchłam niczym naćpana albo pijana menelka, albo jakaś postać z horroru. Dusiłam się, całe ciało swędziało mnie i nie mogłam mówić.

Od śmierci dzieliły mnie sekundy. Zdałam się na lekarzy. Nie było czasu w modlitwę! Zresztą moja relacja z Panem Bogiem jest bardzo indywidualna.

Pamiętam, w jaki sposób wpajano mi wiarę w dzieciństwie: były opowieści o pięknym niebie i strasznym piekle. Kochana babcia straszyła, iż o ile będziemy niegrzeczni, to trafimy do ziejącego ogniem piekła. W efekcie takich nauk, jako dziecko bałam się karzącego Pana Boga.

Do dziś nie przestałam wierzyć w istnienie jakiegoś absolutu, choć nie zagłębiam się zbytnio w ten temat. Przecież i tak nie ogarnę go rozumem, a więc pozostaję w nieustannej niewiedzy. Natomiast już wiele lat temu zaczęłam odchodzić od Kościoła, czyli instytucji, która ma na koncie wiele złych uczynków.

Chciałabym, żeby księża byli mądrzejsi i szli z duchem czasu; żeby mówili mniej frazesów o tym, iż człowiek musi kochać Jezusa, a zamiast tego bardziej skupiali się na człowieku. Oczywiście są również mądrzy duchowni, jest ich jednak zbyt niewielu.

Amen. Pani Barbaro, zauważyła pani, iż w naszej rozmowie nie padło dotychczas słowo "Klan" i całkowicie zignorowaliśmy Elżbietę Chojnicką?

Rzeczywiście (śmiech)! Chociaż zaznaczam, iż nie mam problemu z pytaniami dotyczącymi tej postaci. Przecież wcielałam się w tę rolę przez dwadzieścia siedem lat,

a więc siłą rzeczy stanowi i zawsze będzie stanowić bardzo istotny element mojego życia.

Jednak czy te pytania nie nudzą lub wręcz nie irytują? Idzie pani do przodu, po co oglądać się za siebie?

Nie nudzą i nie irytują, bo na szczęście trafiam wyłącznie na inteligentnych dziennikarzy. Zresztą muszę uwzględniać i to, iż wątki dotyczące "Klanu" interesują moją publiczność, czyli ludzi, którym tak wiele zawdzięczam. Bez Elżbiety Chojnickiej nie byłoby sympatii widowni i mojej popularności, a więc najzwyczajniej w świecie nie mogę odciąć się od tego wszystkiego grubą kreską.

Odchodząc z serialu, zawiodłam wiele osób. Wiem jednak, iż większość fanów uszanowała i zrozumiała moją decyzję, za co przy tej okazji gorąco im dziękuję. Cieszę się, iż nie straciłam ich sympatii i będą ze mną na dalszej drodze życia aktorskiego.

Zakończmy pytaniem następującym: owo życie jest nowelą bardziej przyjazną czy raczej wrogą?


"Klan" kosztował mnie naprawdę wiele, jednak na to wszystko patrzę zdecydowanie pozytywnie. Teraz, po podjęciu decyzji o odejściu, sycę się jedynie tym, iż wyzwoliłam się z pewnego uścisku, jakiejś zależności.

Na razie wokół mnie trwa szum medialny, odbieram telefony z rozmaitymi propozycjami zawodowymi, no i udzielam wywiadów. Dodajmy: udzielam z przyjemnością, bo przecież to część mojej pracy. Za jakiś czas kurz opadnie i wszystko się uspokoi, a ja będę mogła odpocząć, nabrać sił.

Co przyniesie przyszłość? Tego nie wiem. ale choćby o ile nie pojawią się idealne role, to nie zamierzam się nudzić – być może skupię się bardziej na pisaniu? W tym momencie upajam się wolnością i uśmiecham szeroko, bo jestem naprawdę szczęśliwą kobietą.

Idź do oryginalnego materiału