Bunt. Starship, tom 1 – recenzja książki. Kosmiczny Rambo

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Wydawnictwo Starship rozpoczęło publikację swojej pierwszej książkowej serii, o nieprzypadkowym zresztą tytule. Pierwszy tom Starship od Mike’a Resnicka, Bunt, zapoznaje nas z pewnym wyjątkowo niepokornym żołnierzem kosmicznej marynarki, który mnóstwo jeszcze namiesza w historii międzygalaktycznego świata.

Największym problemem Wilsona Cole’a jest to, iż używa mózgu.

Dwukrotnie stracił dowództwo za ignorowanie rozkazów, a za trzecim razem, z powodu niesubordynacji, wylądował na pokładzie „Theodora Roosevelta” – przestarzałego statku, który powinien zostać zezłomowany pół wieku temu. Załoga owego reliktu to z kolei banda buntowników i wyrzutków.

Jest rok 1966 Ery Galaktycznej. Republika toczy wojnę z Federacją Teroni i trudno określić, kto wygrywa ten konflikt. „Teddy R.” zostaje wysłany, by bronić odległej Gromady Feniksa, Cole zaś musi stawić czoła wrogom zewnętrznym, ale też wewnętrznym problemom. Czy zdoła okiełznać niesforną załogę? Czy uda mu się udowodnić, iż sztywne reguły dowództwa floty rzadko wiodą do najlepszych rozwiązań?

– opis wydawcy

Bunt wprowadza nas na pokład statku-obozu resocjalizacyjnego, gdzie wojsko Republiki zsyła wszelkich niewygodnych osobników. Tym razem na Teddy’ego R. trafił Wilson Cole – najbardziej zasłużony żołnierz floty, ale również największy wrzód na tyłku swoich przełożonych. Wilson niejednokrotnie już sprzeciwiał się rozkazom oraz działał samowolnie, co wprawdzie zwykle ratowało mnóstwo ludzi, ale też podważało autorytety wielu wpływowych osób, których autorytetów podważać się nie powinno. Ze względu na jego reputację bohatera, dowództwo nie mogło usunąć Cole’a ze służby całkowicie, jeżeli nie chciało odnieść poważnego uszczerbku na PR-rze. Zamiast tego więc zesłano go gdzieś, gdzie nic się nie dzieje, a największym wyzwaniem jest okiełznanie braku dyscypliny wśród załogi. Cole trafił tam za karę, by przez resztę służby umierać z nudów. Nikt jednak nie spodziewał się, iż Wilson choćby w takiej dziurze zdoła znaleźć tarapaty i się w nie wplątać, ciągnąc za sobą mnóstwo innych ludzi.

Fabularnie Bunt to zdecydowanie akcyjniak, gdzie pościgi i wybuchy są na porządku dziennym. Przez cały czas podążamy tutaj w końcu za najbardziej niesubordynowanym żołnierzem świata, który nie potrafi usiedzieć na miejscu w spokoju przez dłużej niż parę dni. Po przejściu przez wstęp, gdzie przedstawia nam się wszystkich ważniejszych członków załogi i główne problemy statku, nie sposób już się nudzić. Lektura upłynęła mi więc gwałtownie – szczególnie iż i sam tom nie jest specjalnie gruby, liczy sobie niecałe 330 stron, z czego 30 ostatnich to aneksy (lub też, wedle książki, appendixy – bo z jakiegoś powodu nie można było przetłumaczyć tego na polski). I choć przez tekst płynęło mi się dość przyjemnie, to przez cały czas czytania nie mogłam się pozbyć wrażenia, iż czegoś tu brakuje.

Przez długi czas nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego nie potrafię poczuć zupełnie niczego wobec historii Wilsona. Aż wreszcie kliknęło. Nie mogłam sympatyzować z Cole’em, ponieważ był on, owszem, bohaterem, ale nie człowiekiem. Poznaliśmy go jako legendę, którą wszyscy inni kochają, ale my sami nie mamy jak – jest na to stanowczo za płytki. Autor ani przez chwilę nie daje nam wglądu w psychikę Wilsona. Zero przemyśleń, zero emocji. Nie mamy pojęcia, kim ten człowiek jest – oprócz tego, iż bohaterem. Mówi nam się, iż jest szalenie inteligentny; dosłownie pierwsze zdanie opisu tego tomu podkreśla, iż jest wyjątkowy, bo używa mózgu. Tylko czemu w takim razie Resnick tak bardzo nie chce nam pokazać, jak to robi? Widzimy jedynie efekt końcowy tychże błyskotliwych przemyśleń, ale nigdy nie mamy w nie wglądu. Równie dobrze Cole mógłby po prostu wszystko po kolei zgadywać. Dla czytelnika nie byłoby różnicy.

Z ciekawych rzeczy warto nadmienić świat przedstawiony zarówno tej części, jak i całej serii Starship. Oprócz ludzi poznajemy tu także gros innych ras, a także przeróżne planety, frakcje, technologie i wiele innych. W aneksach mamy także szczegółowo rozpisany proces powstawania uniwersum, jego chronologię i listę książek oraz opowiadań, pokazujących historie z różnych momentów na jego osi czasu. Widać, iż autor poświęcił temu projektowi masę czasu i energii. Co prawda brakłoby mi chyba życia, żeby nadrobić wszystkie pozycje osadzone w tym świecie, aczkolwiek po kilka pewnie jeszcze sięgnę. Wyglądają całkiem ciekawie.

Jako iż omawiana książka to nie „nówka” na polskim rynku, a kolejne wydanie serii opublikowanej pierwotnie w 2011 roku, należałoby pomówić również o kwestiach technicznych. Tutaj niestety mam trochę do ponarzekania. Na przekór jednak zacznę od plusa, który zaobserwowałam zaraz po otworzeniu Buntu. Wydrukowano go mianowicie na dość nietypowym papierze – bardziej „śliskim” niż zwykle, ale wciąż nie na tyle, by się palcować czy przypominać sklepowy katalog. Dotychczas widziałam podobne kartki tylko w pierwszym tomie jednej z moich ulubionych mang – Klasy skrytobójców. Już wtedy bardzo mi się podobały i doceniam je po dziś dzień.

Całkiem w porządku wypadła też redakcja i korekta – nie bez potknięć, ale też bez przesady. W porównaniu z wieloma „bestsellerami” jest naprawdę dobrze. To jednak, co mi się nie podobało, to, po pierwsze, grafiki i, po drugie, oprawa. Co do wizualiów, jestem niemal pewna, iż większość elementów – i tych w środku, i na zewnątrz tomu – wygenerowano w AI. To zresztą nie pierwszy raz w przypadku tego wydawcy; ich debiutancka książka, Ciemna strona księżyca, także miała podobny problem. I chociaż mogę przełknąć (choć sama wtedy zwykle nie kupuję), gdy jakiś self-publisher ma okładkę z AI, to nie akceptuję tego u pełnoprawnych wydawnictw. Odnośnie oprawy z kolei – jest miękka, ale bez skrzydełek. Przez to zaś błyskawicznie się strzępi i rozcapierza na rogach – wystarczyło jedno włożenie książki do plecaka, żeby to odczuć. Teraz muszę kombinować, co zrobić, żeby to naprawić…

Podsumowując, Bunt. Starship, tom 1 to akcyjniak na raz z ciekawym lore, ale też psychologicznie płaskim głównym bohaterem. jeżeli szukacie szybkiej do przeczytania rozrywki w klimatach hard sci-fi, to zapraszam serdecznie do sięgnięcia po tę pozycję. Uważajcie tylko, gdzie ją wkładacie, jeżeli chcecie wynosić ją ze sobą z domu – inaczej będziecie potem kląć nad rozklejonymi rogami, tak jak ja.


Autor: Mike Resnick
Okładka: Tomasz Maroński
Wydawca: Starship
Premiera: 20 lutego 2026 r.
Oprawa: miękka
Stron: 328
Cena katalogowa: 49,90


Powyższa recenzja powstała w ramach współpracy z wydawnictwem Starship. Dziękujemy!
Fot. główna: materiały promocyjne – kolaż (Starship)

Idź do oryginalnego materiału