Jest coś hipnotyzującego w pisarstwie Denisa Johnsona – jakaś przewrotna pochwała braku nadziei, która nie tylko pozostaje odporna na pompatyczny bon mot, ale też utrzymuje czytelnika w stanie podwyższonej czujności, pewnego egzystencjalnego wrzenia. Bohaterzy amerykańskiego pisarza często bywają (z paroma znaczącymi wyjątkami) ludźmi, którym niełatwo kibicować. To zwykle podejrzane kreaturki: drobni oszuści, szulerzy, nędzarze, renegaci, włóczędzy snujący się bez celu po preriach i małych amerykańskich miasteczkach. Słowem: ludzie nieznaczni, osamotnieni, zdesperowani. Trudno ich polubić, a jednak w jakiś przedziwny sposób fascynują nas ich losy. jeżeli zachwycił was speedowo-weirdowski wajb Syna Jezusa, ciepło przyjętych kilka lat temu w Polsce opowiadań Johnsona, z pewnością nie będziecie rozczarowani Aniołami.
W przetłumaczonym niedawno na język polski powieściowym debiucie pisarza z 1983 roku poznajemy historię Jamie i Billa. Ona to młoda matka, która postanowiła uciec od przemocowego męża, on to szlajający się po kraju były żołnierz. Oboje są wykolejeni, z nałogami, bez planu na siebie i nadziei na przyszłość. niedługo popadają wspólnie w poważne tarapaty. Ich trudne losy – szamotanie się, kręcenie w kółko po kolejnych miasteczkach, melinach i innych amerykańskich dziurach – składają się na gorzką opowieść o Stanach u szczytu globalnej potęgi, na moment przed triumfalnym odtrąbieniem końca historii. Warto wrzucić sobie Aniołów na warsztat właśnie teraz, kiedy mit „dobrej Ameryki” ostatecznie pękł jak mydlana bańka.
Denis Johnson, Anioły
tłumaczenie: Krzysztof Majer
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2025
KUP W KSIĘGARNI BĘC ZMIANY >>>

