Sebastian Gabryel: Zacznijmy od samiutkiego początku. Jest marzec 2023 roku – co wtedy adekwatnie się wydarzyło? Czy pamiętasz moment, w którym poczułeś, iż to spotkanie nie jest jednorazowym zgiełkiem, tylko czymś, co może urosnąć do formy projektu?
Hubert Karmiński: To może zacznę od małego wyjaśnienia: nie przepadam za słowem „projekt”. W przypadku Hirjjo bardzo bym nie chciał, żeby to kiedykolwiek brzmiało jak projekt. Myślę, iż Kamil [Piotrowicz – przyp. red.] i Tymek [Papior – przyp. red.] powiedzieliby to samo.
To jest po prostu zespół.

Hubert Karmiński, fot, materiały prasowe zespołu
Grupa ludzi, która chce grać, która tworzy się organicznie, która długo zastanawiała się, o czym adekwatnie chce mówić i jakie emocje przekazywać. To był naprawdę długi proces, zanim doszliśmy do miejsca, w którym jesteśmy teraz – i zanim ta muzyka zaczęła brzmieć tak, jak brzmi. A we wspomnianym marcu dwa lata temu spotkaliśmy się w Warszawie, wtedy tam mieszkałem. Z Kamilem od dawna rozmawialiśmy o tym, żeby zrobić coś bardziej punkowego. Jeszcze w czasach studiów w Danii mieliśmy pojedyncze próby wspólnego grania, ale wiecznie rozbijało się to o brak perkusisty. Ten temat powrócił rok później. Pojawił się Tymek. I nagle wszystko zaczęło się układać. Podłączyliśmy instrumenty, nie powiedzieliśmy do siebie praktycznie ani słowa i po prostu zaczęliśmy improwizować. Nagrywaliśmy wtedy chyba półtorej godziny, może dłużej. Byliśmy tak podekscytowani, iż z tego materiału złożyliśmy całą płytę – nigdy jej jednak nie pokazaliśmy. W końcu uznaliśmy, iż chcemy nad tym popracować, iż ta czysta, swobodna improwizacja to jeszcze nie jest forma, jakiej szukamy. Od tamtego czasu spotykaliśmy się regularnie, choć z różną intensywnością, głównie w pięknym miejscu w Strzeniówce, gdzie Kamil ma swoje studio. I tam po prostu graliśmy.
Gramy zresztą cały czas. Ale nie tylko gramy – i to jest chyba coś najważniejszego.
Zazwyczaj organizujemy kilkudniowe próby, mieszkamy wtedy wszyscy w jednym domu, jemy razem, śpimy pod jednym dachem, gramy w szachy. A jeżeli chodzi o obiady, to bardzo często lądujemy w azjatyckim barze Xen w Nadarzynie – dlatego zresztą pojawia się w podziękowaniach na naszej kasecie. Spędziliśmy tam absurdalnie dużo czasu, jedząc pho i zagryzając je frytkami. Myślę, iż to wszystko – granie, wspólne życie, powtarzalne rytuały – bardzo mocno wpływa na to, jak brzmi Hirjjo.
SG: Wasze początki opisujecie jako „nieumiejętne rozgrywanie, rozstrajanie i dekompozycję”. Na ile był to wybór estetyczny, a na ile efekt uboczny tego, iż trzech muzyków o różnych biografiach próbowało sprawdzić, w jakim miejscu wasze błędy zaczynają cokolwiek tworzyć?
HK: Myślę, iż każdy z nas odpowiedziałby na to pytanie zupełnie inaczej. Ta estetyka błędu – dysonanse, rozstrajanie, nieoczywiste wejścia – jest po prostu wpisana w moje muzyczne DNA. Nie jestem wykształconym basistą, tylko kompozytorem, a bas towarzyszy mi od wczesnego liceum. Gram już pewnie szesnaście lat, może trochę mniej. Na początku, jak większość, grałem covery, ale gwałtownie poczułem, iż chcę mówić na tym instrumencie czymś innym niż to, co wynika z klasycznych metod.
Nigdy nie ciągnęło mnie do skal. Oczywiście pojawiały się w trakcie edukacji, ale zawsze miałem potrzebę, żeby bas traktować jako narzędzie do szukania własnego języka, a nie do odgrywania ustalonych struktur.
W klasycznym podejściu masz „klocki”, z których wolno ci budować – osiem stopni, zamknięty system, skończona liczba kombinacji. A kiedy zaczynasz dokładać do tego emocje, intuicję, choćby przypadek – nagle otwiera się przestrzeń, w której wszystko staje się możliwe. To mnie zawsze pociągało. Dlatego lubię brzydotę, lubię grzebać w rzeczach nieoczywistych, trochę brudnych, nie do końca wygodnych. Nie bardzo wyobrażam sobie granie inaczej. Ale myślę, iż Kamil i Tymek odpowiedzieliby ci na to pytanie zupełnie po swojemu – bo każdy z nas wchodzi w tę „estetykę błędu” z innego miejsca.
SG: Skoro już mowa o błędach – „Blunder” już samym tytułem sugeruje, iż pomyłka potrafi stać się metodą. Jakiego rodzaju błędy uważasz dziś za najbardziej twórcze i dlaczego?

Hirjjo, fot, materiały prasowe zespołu
HK: Wiesz, kiedy myślę o tych błędach, to zawsze przypomina mi się scena z serialu „The Office”. Angela płacze, iż coś było „głupie”, a Dwight odpowiada jej, iż „jazz też jest głupi”. Na co ona pyta: „Dlaczego nie możecie grać po prostu adekwatnych dźwięków?”. To oczywiście żart, ale dobrze oddaje myślenie o pomyłkach w muzyce. Dla mnie pomyłka jest metodą, choć mam wrażenie, iż słowo „pomyłka” nie do końca tu pasuje. choćby o ile zagrasz coś kompletnie przypadkowego, to jeżeli długo obracasz się w tej estetyce, głowa sama podpowie, co zrobić dalej. I to już nie jest pomyłka.
Nie ma błędów – są tylko decyzje, które prowadzą cię w inną stronę niż ta najbardziej oczywista. Może podejdę do tego jeszcze z innej strony – pracuję też jako nauczyciel w podstawówce i obserwuję to na co dzień: słyszymy świat przez pryzmat tego, w czym wyrastamy.
Dzieci od początku uczą się „do–re–mi–fa–sol–la–si–do”, gamy C-dur, prostych relacji tonalnych. To dla nas naturalny język muzyki, bo w tym systemie jesteśmy zanurzeni od pierwszych lekcji. Ale jeżeli wystawiasz się na inne brzmienia – niecodzienne, pozornie „krzywe”, rozstrojone – to po pewnym czasie one również stają się naturalne. Przestają być obce. Zaczynasz je słyszeć jak coś oczywistego, tak samo oswojonego jak gama C-dur. I myślę, iż właśnie z takiej perspektywy błędy potrafią być najbardziej twórcze. Bo otwierają ci głowę na język, którego wcześniej nie znałeś, a który z czasem staje się twoim własnym.
SG: Wy gracie muzykę, którą najłatwiej opisać ciągiem sprzeczności: alternative / punk / rock / avant-pop / glitch / grunge. Jest surowa, ale zarazem dziwnie śpiewna. Te kontrasty przychodzą wam naturalnie, czy raczej wynikają z jakiejś twórczej walki między wami?
HK: To przychodzi absolutnie naturalnie. Każdy z nas przyniósł do tego zespołu własny bagaż doświadczeń – zarówno jako muzyk, jak i jako słuchacz. Wszystko, czego słuchaliśmy przez lata, gdzieś w nas pracuje. I kiedy te „bagaże” się wypakowały, wyszła nam muzyka, która łączy te pozorne sprzeczności. Ale jest w tym też świadomy wysiłek. Pracujemy nad własnym językiem, nad tym, jak chcemy brzmieć, co chcemy komunikować. Tyle iż nie polega to na kopiowaniu czy inspirowaniu się jakimś konkretnym zespołem. Raczej zastanawiamy się, jak wykorzystać dynamikę, jak budować napięcie, jak prowadzić cały utwór emocjonalnie.
SG: W opisie zespołu pada sformułowanie o „śpiewnych piosenkach o niezrozumiałych tekstach” i „infantylnych, zepsutych melodiach”. Jak rozumiesz to „zepsucie”? Jako kategorię estetyczną, emocjonalną, generacyjną – czy jeszcze coś innego?
HK: W moim przypadku to poczucie jest bardzo osobiste. Czuję w sobie sporo „zepsucia” muzycznego – nie w znaczeniu narzekania, tylko jako świadomość, iż przez lata przechodziłem przez różne środowiska, do żadnego do końca nie pasując. Zaczynałem we wrocławskiej szkole muzyki nowoczesnej, nastawionej na elektronikę. Byłem tam zbyt mało elektroniczny w takim klasycznym, „bitowym” sensie. Później trafiłem na Akademię Muzyczną w Poznaniu, gdzie z kolei byłem zbyt improwizowany. Potem Dania – Royal Academy of Music w Aarhus – i tam znów wpadłem między światami: za bardzo klasyczny, żeby wejść w pełni w kompozycję elektroniczną, choć dostałem ogromne wsparcie, by tę stronę rozwijać. I tak wyglądało to przez lata.
Dla improwizatorów jestem zbyt wygładzony. Dla jazzmanów – zbyt improwizowany. Dla rockmanów – zbyt dziwny. Dla elektroników – za bardzo gitarowy.
Dla każdej z tych grup jestem „prawie swój”, ale jednak nie do końca. I może właśnie to jest moje „zepsucie”: poczucie ciągłego niedopasowania. Takiego bycia na pograniczu estetyk, języków, środowisk. Dopiero w Hirjjo mam wrażenie, iż ta dziwna mieszanka zaczyna działać. Że w tej hybrydzie znajduję wreszcie miejsce, w którym to „zepsucie” nie jest wadą – tylko językiem.
SG: Co jest w Hirjjo twoją największą rolą? Jesteś kotwicą? Sabotażystą? Narratorem?
HK: Tu warto chyba powiedzieć, iż ja w praktyce traktuję bas bardziej jak gitarę. Wrzucam dysonanse, czasem bardzo dziwne linie. Chłopaki w zespole mówią na to „basy Karmińskiego”, bo mają one swój specyficzny charakter. Oczywiście bywa różnie. Czasem gram bardzo klasycznie, gdy utwór tego potrzebuje. Czasem staję się motywem przewodnim. Czasem wchodzę w ścisłe współgranie z Tymkiem i wtedy niosę znaczną część dynamiki zespołu. Innym razem działam na przekór, totalnie bokiem. Zdarza mi się też wejść w rolę solisty, który się potyka, przewraca i prawie rozwala gitarę. To wszystko zależy od sytuacji. Nie potrafię określić swojej roli jednym słowem – bo ona zmienia się z utworu na utwór, z próby na próbę. I może właśnie to najbardziej mnie w tym zespole cieszy.
SG: A jak rozumiesz „brainrot” jako kategorię muzyczną? Pytam nieprzypadkowo – ostatnio słowo to pojawiło się w finałowej piętnastce młodzieżowych słów roku, choć zwykle funkcjonuje w całkowicie niemuzycznym kontekście (śmiech).
HK: Dla mnie „brainrot” to bardzo trafne słowo na opisanie rzeczywistości, w której żyjemy. Codziennie dostajemy milion bodźców. Sam łapię się na bezwiednym scrollowaniu – głównie Instagrama – i widzę, jak potworną ilość informacji mózg musi wchłonąć w ciągu kilku minut. To jest nieustanny potok treści, obrazów, dźwięków, mikro-historii, które choćby nie mają czasu stać się czymś realnym. Do tego dochodzą narzędzia typu Suno AI, które potrafią wygenerować muzykę „idealną” w sensie technicznym – świetnie zrobioną, z dopracowanym tekstem, z perfekcyjną strukturą.
Nie mówię, iż to arcydzieła. Mówię, iż ta perfekcyjność jest w pewnym sensie przerażająca.
Bo jeżeli masz świat, w którym wszystko da się zrobić błyskawicznie i bezbłędnie, to zaczyna brakować miejsca na niedoskonałość, na intuicję, na szum. I może dlatego mnie ciągnie w zupełnie inną stronę. Mam czasem ochotę wziąć telefon i rzucić nim o ścianę. Powiedzieć mu: „Przestań zabierać mi mózg”. Potrzebuję w muzyce czegoś, co przebodźcowuje mnie na własnych zasadach, nie na zasadach algorytmu. Czegoś, co wrzuca mnie w chaos w sposób, który oczyszcza, a nie ogłupia. I w tym sensie „brainrot” jest dla mnie miejscem, w którym próbuję odzyskać głowę – paradoksalnie przez wejście w hałas, który sam wybieram.
SG: „Blunder” ukazuje się w ramach SYF Records i Laåude – dwóch inicjatyw działających zawsze trochę „na przekór”. Opowiedz o nich coś więcej.

Hirjjo, fot, materiały prasowe zespołui
HK: Laåude to platforma stworzona przez Kamila. On widzi ją jako coś, co może stać się naszą wspólną przestrzenią – miejscem, przez które przepuszczamy własną muzykę. Trochę katalog, trochę aplikacja, trochę środowisko, które buduje się razem z kolejnymi projektami. SYF Records to z kolei zupełnie inny świat – i ogromna przygoda. To katalog niesamowitych rzeczy, robionych przez ludzi z Polski i spoza Polski. Widziałem tam rzeczy z Japonii, z Europy, z różnych rejonów muzycznej „dziwności”. SYF działa na przekór, ale robi to z wielką konsekwencją i z wyczuciem. Chcieliśmy tam być, bo ten katalog jest jak rodzina: punki, dziwactwa, muzyka z marginesów, która nagle okazuje się absolutnie najciekawsza. SYF dał nam dostęp do świata, dosłownie. Po prostu chcieliśmy znaleźć się wśród muzyki, którą lubimy i którą szanujemy, a okazało się, iż nasza kaseta poleciała do Japonii, Nowej Zelandii, Wielkiej Brytanii, Niemiec. Do ludzi, do których sami w życiu byśmy nie trafili.
SG: Co chciałbyś, żeby słuchacz poczuł podczas słuchania „Blunder”?
HK: Zależy mi na tym, żeby pozwolił wciągnąć się w tę narrację, która jest dla nas bardzo emocjonalna. Jest tam sporo światła, sporo ciemności, sporo napięć między nimi. Teksty Kamila są często w gibberish – w takim udawanym angielskim – ale pod spodem jest dużo treści. Są też momenty stricte liryczne, jak choćby „We Could Be Someone Else”, które dla mnie jest jednym z najbardziej znaczących utworów na tej kasecie. A jeżeli miałbym czegoś życzyć słuchaczowi, to może tego, żeby znalazł w tej muzyce coś, z czym może się utożsamić. choćby jeżeli te emocje są podane w ten nieoczywisty, „zepsuty” sposób. Dla mnie w słuchaniu muzyki zawsze najważniejsze było to, czy możesz ją współodczuwać – wejść w nią swoim doświadczeniem, swoją energią. A po wyłączeniu? Idealnie byłoby, gdyby zostało jakieś echo. Jakaś myśl, obraz, emocja. Coś, co nie znika od razu po ostatnim dźwięku. jeżeli to się wydarzy, to znaczy, iż zadziałało.
SG: Zmieniając temat – rok temu mogliśmy zapoznać się z istotną w historii twojej twórczości koncertówką „Zarzamora”, zrealizowanej z interdyscyplinarną artystką Beatriz Gijón Gijón. To połączenie słodyczy i cierpkości – jeżyny i jej kolców. To twoim zdaniem właśnie takie kontrastujące połączenia wydają najlepsze owoce? I jak w ogóle doszło do współpracy z Beatriz?
HK: Poznaliśmy się w Danii, studiowaliśmy na tej samej uczelni. Zaczęliśmy improwizować adekwatnie od pierwszego spotkania. Kiedy wróciłem do Polski, odezwała się po pewnym czasie z informacją, iż ma Interrail – ten bilet, za pomocą którego możesz podróżować po Europie pociągiem – i iż będzie przejeżdżać przez Niemcy, może wpaść też do Polski. Powiedziałem jej: „Super, wpadaj”. Miałem tydzień i w tym tygodniu zorganizowałem nam trzy koncerty. Zagraliśmy w Poznaniu, Toruniu i Szczecinie, a adekwatnie w Goleniowie, gdzie dostałem zaproszenie z innym projektem. Podczas tej trasy graliśmy naprawdę dużo – i zobaczyliśmy, iż to, co powstaje, jest jednocześnie ładne i brzydkie.
Mamy zupełnie różne muzyczne biografie, inne narzędzia, inne wrażliwości, ale one potrafią się połączyć.
Tylko iż łączą się w dziwny sposób – jakby w sosie, którego nie da się jednoznacznie opisać. „Zarzamora” jest właśnie taka: brzydko piękna. Ja wrzucam dysonanse i różne niepokojące rzeczy, Beatriz wrzuca piękne harmoniczne linie. Potem role się odwracają. To cały czas jest ruch. Po nagraniu tej koncertówki pojechaliśmy jeszcze razem w trasę po Danii – już po wydaniu albumu, który ukazał się mniej więcej rok po tamtym goleniowskim koncercie. I mogę powiedzieć, iż od Beatriz nauczyłem się naprawdę dużo. Nie tylko muzycznie. To ona dała mi swobodę, dzięki której zacząłem śpiewać w improwizacji. Przy Beatriz poczułem, iż nie muszę się tego wstydzić. W tym sensie „Zarzamora” jest właśnie połączeniem tej słodyczy i cierpkości. Jeżyny i jej kolców. I chyba faktycznie takie kontrasty dają najlepsze owoce – bo pozwalają zobaczyć obie strony siebie.
SG: Na zakończenie mały powrót na Drogi Krajowe, które dwa lata temu wytyczyłeś wraz z Michałem Giżyckim, Dawidem Dąbrowskim, Maciejem Karmińskim i Ostapem Mańko. Wasze improwizowane spotkanie w toruńskim Kulturhauzie to było pięć osobnych trajektorii, które w jednej chwili postanowiły przeciąć się na scenie. Jak zapamiętałeś czas w ramach tego projektu? I czy zamierzacie do niego wrócić?
HK: Drogi Krajowe to rzeczywiście bardzo specyficzny skład. Spotyka się w nim pięciu muzyków z kompletnie różnych światów, i to jest właśnie urok tej grupy. My adekwatnie nie mamy prób – spotykamy się głównie wtedy, kiedy pojawia się koncert. Sama idea tego zespołu opiera się na tym, iż on nie przygotowuje się do grania. On gra, improwizuje, reaguje. Mój brat Maciej, który jest w tym składzie perkusistą, zawsze pięknie o tym mówi: iż Drogi Krajowe pokazują, jak powinna działać swobodna improwizacja. Że to jest rodzaj wymiany doświadczeń, które każdy z nas zbiera w czasie tych miesięcy, kiedy nie gramy razem.
Czasem to jest pół roku, czasem rok. Ostatni raz występowaliśmy w sierpniu na Jazzwerkstatt Peitz w Niemczech – i od tamtej pory nie było żadnego spotkania. Ten zespół istnieje trochę jak organizm reagujący na bodziec z zewnątrz.
Jeśli pojawi się zaproszenie, skrzykniemy się, spotkamy i zobaczymy, co nowego się wydarzy. Niczego nie planujemy „do przodu” – to żyje dokładnie tyle, ile ma żyć w danym momencie. Były choćby rozmowy o winylu. W Poznaniu znalazł się pasjonat, który bardzo chciał wyprodukować naszą płytę – z autentycznym entuzjazmem. Ale temat ucichł, jak to bywa. Może wróci, może nie… Myślę, iż Drogi Krajowe to może być zespół, który będzie mi towarzyszył przez całe życie, w przeróżnych konfiguracjach. Może też się zdarzyć, iż nie zagramy już ani jednego koncertu. Nie mam pojęcia. I chyba właśnie ta nieprzewidywalność jest w tym najciekawsza.
Hirjjo – trio powstałe w 2023 roku, tworzone przez trzech eksperymentatorów: Kamila Piotrowicza (gitara, wokal), Huberta Karmińskiego (gitara basowa) i Tymka Papiora (perkusja). Zespół wyrasta z post-punkowych i rockowych fascynacji, surowego noise’u oraz melodyki podawanej z charakterystycznym, generacyjnym zacięciem. Intuicyjna praca nad materiałem – oparta na rozgrywaniu, rozstrajaniu i przebudowywaniu struktur – doprowadziła do nagrania debiutu „Blunder” (2025).
