Album Count Your Blessing obchodzi swoje 20. urodziny. Z tej okazji Bring Me The Horizon przygotowali coś więcej niż remaster wzbogacony o kilka dodatkowych utworów. Postanowili ponownie wejść do studia i zarejestrować cały debiut na nowo. To powrót do korzeni, który z pewnością ucieszy fanów ekstremalnych początków grupy. Jest to też świetna okazja na zapoznanie się z tym materiałem dla osób, które do tej pory sprawdziły jedynie najnowsze wydawnictwa zespołu.
Count Your Blessings to tak naprawdę jedyny w pełni deathcore’owy album w dyskografii Bring Me The Horizon. Po jego wydaniu zespół stopniowo zaczął odchodzić od tak ciężkiego grania. Finałem tych poszukiwań i przeciwwagą dla stylu zaprezentowanego na debiucie są albumy That’s the Spirit i Amo. Wielu fanów, którzy uwielbiają pierwsze wydawnictwa brytyjskiej formacji, bardzo zawiodło się stylistyczną zmianą. Zresztą to temat utworu Heavy Metal na albumie Amo z 2019 roku: Cause some kid on the 'gram say he used to be a fan / But this shit ain’t heavy metal. Tym bardziej nie dziwi fakt, iż ogłoszenie zespołu o ponownym wydaniu Count Your Blessings wzbudziło poruszenie. Bardzo często bywa natomiast, iż pomysł muzyków na ponowne nagrywanie wydanych już albumów spotyka się z mieszanym odbiorem wśród fanów.
Jednak w tym przypadku ponowne zarejestrowanie debiutu nie stanowiło celu samego w sobie, a jedynie sposób na celebrację okrągłych urodzin płyty. Równie dobrze, zgodnie z ze standardem funkcjonującym w przemyśle muzycznym, mogliśmy dostać ten sam materiał z dopiskiem „remastered”. Zamiast tego postanowiono skorzystać z okazji, abyśmy mogli usłyszeć album bliższy wizji zespołu. W wywiadzie dla Nik Nocturnal Podcast wokalista grupy, Oli Sykes, wspomina, iż sam nie lubi remasterów lub remake’ów, w których dokonuje się niepotrzebnych zmian. Dodatkowo zdaje on sobie sprawę, iż dla wielu fanów jest to bardzo istotny kawałek muzycznej historii. Z uwagi na to, dla lidera liczyło się, aby muzyka zarejestrowana na nowo pozostawała jak najbardziej wierna oryginałowi Count Your Blessings. Tyczy się to nie tylko brzmienia, ale również tekstów. Tym samym, brutalny debiut nie został wzbogacony o elementy, którymi cechuje się dzisiejsza muzyka zespołu.
Nie jest tak, iż Count Your Blessings z 2006 roku jakoś źle się zestarzał i wręcz potrzebował odświeżenia oraz ponownego nagrania. Pierwotna produkcja charakteryzuje się dusznym brzmieniem, które wręcz przykrywa nas ścianą dźwięku. Dużo bardziej kojarzy się z death metalem, na przykład spod znaku szwedzkiego At The Gates, niż z tym, co dzisiaj kojarzymy jako gatunki z dopiskiem „-core”. Da się tutaj wyczuć spójny i konkretny kierunek produkcji, a całość na pewno nie brzmi jednoznacznie źle. o ile ktoś cenił debiut Bring Me The Horizon właśnie za sprawą tego mrocznego brzmienia, wersja z 2026 roku może nie przypaść mu do gustu.
Gdy nowe zestawimy ze starym, różnice usłyszymy już po kilku pierwszych sekundach. Na samym początku muszę napisać o perkusji. Zyskała swoją własną przestrzeń, co pozwoliło ją wydobyć z jednolitej ściany dźwięku. To z kolei poprawia dynamikę całości. Dobrze to słychać w otwarciu Liquor & Love Lost – utworze, który w nowym wydaniu odzyskał swój pierwotny, roboczy tytuł: Dragon Slaying. Bębny świetnie wybrzmiewają i nie znikają od razu za zasłoną gitarowych riffów. Nowa produkcja uwypukla, według mnie, największy mankament starszej wersji. Mroczne i duszne brzmienie, o którym wspominałem, jest równocześnie płaskie i niezmiernie przytłumione. I tyczy się to całości, nie tylko perkusji. Dobrym tego przykładem jest utwór (I Used to Make Out With) Medusa i jego obie solówki gitarowe. Tutaj wydaje się wręcz zestawieniem studyjnej demówki i finalnego utworu. Tak samo z całym outrem kompozycji, które teraz brzmi o niebo lepiej.
Najlepiej różnicę słychać w momentach, gdy jest mniej intensywnie i możemy skupić się na poszczególnych instrumentach. W porównaniu z poprawioną wersją, przytłumiony gitarowy początek w Black & Blue z 2006 roku, wywołuje uśmiech na twarzy. Podobnie z delikatnym Fifteen Fathoms, Counting. Nowe brzmienie akustycznej gitary dodaje utworowi dodatkowej głębi. Dzięki temu nie gubi się on pośród nawałnicy, którą serwują nam muzycy. Utworem, który, według mnie, najbardziej zyskał na poprawionym mixie, jest pierwotnie zamykający album Off the Heezay. Całość brzmi nieporównywalnie lepiej, gdy zostaje uwolniona z bezkształtnej magmy dźwięku, która wcześniej zlewała się w niezbyt czytelną całość. W rezultacie zakończenie utworu i jego solówka zyskały dodatkową moc. Dobrze też słychać tutaj postęp i poprawę techniki Olego Sykesa jako wokalisty. W pierwotnej wersji utworu pierwsze I feel dead, I feel dead brzmi jak ryk, który jedynie miał przypominać słowa. W nowej wersji całość jest wyraźnie słyszalna.
Count Your Blessings | Repented zamyka utwór Dehuminazed, nagrany specjalnie na potrzebę wznowienia. Zespół bezbłędnie uchwycił esencję albumu, wpasowując się w styl całości i nie dając po sobie poznać, iż już od dawna nie pracowali nad tak agresywnym materiałem. Bardziej skupili się w nim na prędkości niż ścianie dźwięku i skakaniu pomiędzy różnymi tempami. Oczywiście nie zabrakło brutalnego dropu na sam koniec. Wróćmy jeszcze na chwilę do początku albumu, gdzie znajdziemy takie hity jak Pray for Plagues. Nie uchwyciłem tutaj momentów, które, jak dla mnie, byłyby warte odnotowania w kontekście różnic pomiędzy wydaniami. Być może to też kwestia tego, iż trzy pierwsze utwory to bardzo intensywne otwarcie. Różnica jednak jest słyszalna jak na dłoni i bez problemu wskażecie, która kompozycja jest z którego albumu. I myślę, iż dla nikogo nie stanowi to żadnej niespodzianki. Mówimy tutaj o dwudziestu latach różnicy.
Materiały promocyjne Sony MusicBring Me The Horizon udowadniają, iż wcale nie wstydzą się dwudziestoletniego materiału. Wręcz przeciwnie. Według mnie, całe przedsięwzięcie świadczy o szacunku dla tej ważnej dla fanów płyty. Starałem się wyłapać różnice między oryginałem a wydaniem z 2026 roku, ale naprawdę nie dostrzegłem ich wielu. Zmieniono zakończenie w (I Used to Make Out With) Medusa, dzięki czemu płynnie przechodzi teraz w kolejny utwór. Wydłużono również outro w Off The Heezay, które nie brzmi już jak przedwcześnie ucięte. Poza tym nowy materiał jest rzeczywiście wierny temu, co zespół skomponował na początku swojej muzycznej drogi. W szczególności na uznanie zasługuje gitarzysta, któremu udało się odtworzyć wiele detali i niuansów.
Niezależnie od osobistych upodobań, trzeba obiektywnie przyznać, iż ponownie nagrany album brzmi lepiej. Można by choćby pokusić się o stwierdzenie, iż tak powinien brzmieć od początku. A wynik tego eksperymentu wcale nie musiał być taki oczywisty. Na szczęście zespół nie przesadził i nie pozbawił muzyki brutalności i surowości. Z materiału udało się pozbyć się mankamentów, bez jego przesadnego wypolerowania i utraty charakteru. Równocześnie to bardzo interesujący czas, aby powrócić do tego albumu. Jeszcze nie tak dawno dużym wydarzeniem w świecie muzyki metalowej była premiera You Won’t Go Before You’re Supposed To zespołu Knocked Loose. Muzycznie te dwie płyty mają wiele punktów wspólnych. Na dodatek, oba zespoły mogliśmy zobaczyć na jednej trasie koncertowej tego lata w Polsce. Tym bardziej warto sięgnąć po Count Your Blessings | Repented i zastanowić się nad zmianami w muzyce metalowej na przestrzeni ostatnich dwóch dekad.
fot. główna: Materiały promocyjne Sony Music












