"Bridgertonowie" powracają z 4. sezonem, a my sprawdzamy, ile zostało tu jeszcze ognia – recenzja

serialowa.pl 1 godzina temu

Kiedy rozpustnik w końcu się zakochuje, powinno iskrzyć jak nigdy. A jednak „Bridgertonowie” w 4. sezonie – a przynajmniej jego 1. części – każą bardzo długo czekać na fajerwerki, pozostawiając po sobie zaskakujący niedosyt.

Kiedy „Bridgertonowie” zadebiutowali w grudniu 2020 roku, z miejsca okazali się hitem. Serial kostiumowy na podstawie książek Julii Quinn zaskoczył widzów sprawnym połączeniem kostiumowej tradycji z nowoczesnością, przejawiającą się w każdym aspekcie, od zabaw modą czy muzyką aż po śmiałe podejście do seksu, inkluzywność w obsadzie, wątki LGBTQ+ czy dawanie kobietom większej władzy, niż faktycznie miały w XIX wieku. Romantyczna bajka nie tylko została pokochana przez miliony, ale też była analizowana na wiele sposobów jako serial wręcz wywrotowy. Co z tego zostało w 4. sezonie? Po obejrzeniu 1. części uważam, iż mniej, niż bym chciała.

Bridgertonowie sezon 4 – jak wypadają Benedict i Sophie?

Z „Bridgertonami” jest taka sprawa, iż do pewnego stopnia to antologia – tak, oglądamy postacie z tego samego nie tylko uniwersum, ale i domostwa, ale jednak co sezon kto inny z tytułowego rodzeństwa dostaje główny wątek i swoją historię miłosną, obowiązkowo zakończoną happy endem. A ponieważ dzieciaki lady Violet (Ruth Gemmell) mocno się między sobą różnią, a ich romansowe wątki oparte są na innych literacko-popkulturowych tropach, nie powinniśmy się nudzić. Co w takim razie stało się w tym sezonie, iż oglądając cztery długaśne odcinki, co chwila sprawdzałam, ile jeszcze zostało do końca? Czy to zmęczenie materiału czy przyczyna jest zupełnie inna?

„Bridgertonowie” (Fot. Netflix)

Zacznijmy od początku: 4. sezon serialu należy do Benedicta (Luke Thompson), najstarszego z braci Bridgertonów, i Sophie Baek (Yerin Ha, „Diuna: Proroctwo”), dziewczyny będącej bardzo dosłowną wersją Kopciuszka, którą poznajemy, jak wkrada się na bal maskowy w domu tytułowej familii. Fabuła toczy się dalej torem z trzeciej książki z cyklu Quinn pt. „Propozycja dżentelmena”, to znaczy Benedict przybywa na bal spóźniony po kolejnej bibie, widzi tajemniczą Srebrną Damę, wymienia z nią taniec i gorący pocałunek, a kiedy ta przepisowo znika o północy, dostaje na jej punkcie obsesji. Zaczyna choćby coś przebąkiwać o ożenku, mimo iż do tej pory nie planował nic zmieniać w swoim rozpasanym/bohemicznym – niepotrzebne skreślić – stylu życia.

I szczerze mówiąc, oglądając, jak niemrawo toczy się ten romans, jak płasko wypadają kultowe sceny z książki i jak kilka jest póki co w tym wszystkim ognia, wolałabym, żeby niczego nie zmieniał. Nagły zwrot o 180 stopni wypada nienaturalnie, chemii między główną parą jest wyraźnie mniej niż między poprzednimi, a to, iż sama struktura tej historii każe czekać, aż wydarzy się coś gorętszego, nie pomaga sezonowi podzielonemu na pół, tak jak poprzedni. Bo kiedy już zaczyna się dziać, zostajemy z cliffhangerem i poczuciem, iż może to nie były najlepsze cztery godziny naszego życia. Na próżno szukać tu magii jak z bajki, jest raczej wrażenie, iż ekipa leci na autopilocie.

Bridgertonowie sezon 4 – miała być magia, jest nuda

Co więcej, 4. sezon „Bridgertonów” nie urzekł mnie nie tylko swoim romansem. Od 1. odcinka wszystko wydaje się niespecjalnie świeże, a nowe love story, nowe postacie i nowe wyzwania dla tych dobrze znanych zwyczajnie nie ekscytują. Po części to wina tego, iż serial Netfliksa nie ma już czym nas zaskoczyć. Wiemy, jak wyglądają bale w „Bridgertonach”, więc ciężko spojrzeć na maskaradę oczami Sophie (zresztą ona sama też przecież została wychowana w luksusie, zanim została służącą u własnej macochy, więc nie powinna aż tak się dziwić na widok żyrandola Bridgertonów). Znamy sztuczki scenarzystów, wiemy, iż Vitamin String Quartet znów zagra jakąś znajomą melodię. Komentarz społeczny dotyczący sytuacji Sophie prawie nie istnieje.

„Bridgertonowie” (Fot. Netflix)

Cały ciężar wniesienia w to wszystko nowej jakości dźwiga główna para i jeżeli nie kupi się od razu ich romansu, to adekwatnie nie wiadomo, po co to dalej oglądać. A ja tego romansu nie kupuję i sam Benedict też wygląda na średnio przekonanego. I słusznie, bo niby czemu miałby musieć dostosować się do wymagań społecznych i poślubić kobietę, skoro po pierwsze, zwyczajnie nie musi, a po drugie, tak istotną częścią jego tożsamości jest queerowość? Najbardziej rozpustny, ale też przecież najbardziej wolnomyślicielski z Bridgertonów zostaje w 4. sezonie wtłoczony w ramy historii, która nie wygląda na jego historię, a Luke Thompson póki co nie jest w stanie tego sprzedać.

W efekcie spędziłam cztery godziny, czekając na sceny z pozostałymi postaciami, ale większość dostaje bardzo małe, poboczne wątki. Eloise (Claudia Jessie), następna kandydatka do zakucia w małżeńskie kajdany, spędza sezon tak zmarginalizowana, iż nie wiem, jak serial chce dojść położyć podwaliny pod jej historię miłosną w cztery odcinki (a myślę, iż taki jest plan). Colin (Luke Newton) i Pen (Nicola Coughlan) radośnie jeżdżą karocą, ale poza tym on fabularnie adekwatnie nie istnieje, u niej robi się ciekawiej, kiedy przemienia się w Whistledown. Francesca (Hannah Dodd) ma urocze momenty, szkoda, iż tak malutko. Najgoręcej sprawy mają się u Violet, odważnie przejmującej inicjatywę w tych rejonach, gdzie Benedict i Sophie nie są w stanie.

„Bridgertonowie” (Fot. Netflix)

O nowych postaciach, czyli macosze i przybranych siostrach Sophie – granych odpowiednio przez Katie Leung („Harry Potter”, „Peryferal”), Michelle Mao („Gęsia skórka”) i Isabellę Wei („1899”) – trudno powiedzieć coś sensownego, poza tym iż istnieją. Cała trójka zalicza kilka paskudnych momentów, koniec końców jednak i one wydają się jakieś rozwodnione w porównaniu z oryginałami z „Kopciuszka”.

Bridgertonowie sezon 4 – to nie gorąca rywalizacja

Ognia w tym wszystkim jest bardzo, bardzo niewiele, a i bajka chyba średnio się udała, skoro ta widzka spędziła pół sezonu, marząc o świecie, w którym żadne z bohaterów nie musiałoby żyć wtłoczone w swój gorset. Sophie, ze swoją ogładą i wykształceniem, mogłaby zostać guwernantką, a Benedict żyć dalej po swojemu i nie wypierać ważnej części siebie. Bum, happy end. A teraz pogadajmy o tym, iż skoro Eloise nigdy nie widziała siebie w małżeństwie, to może moglibyśmy jednak jej do niego nie zmuszać? „Wywrotowość” „Bridgertonów” to interesująca rzecz, także w swojej wybiórczości.

„Bridgertonowie” (Fot. Netflix)

Koniec końców serial raz jeszcze okazał się bardziej konserwatywny, niż byśmy chcieli, a przy tym zaczął zdradzać symptomy wypalenia. Te same chwyty fabularne, te same zabawy formą, te same żarty z tymi samymi postaciami – to, co pięć czy choćby dwa lata temu wydawało się nowoczesne, błyskotliwe i iskrzące, podawane po raz kolejny w podobnej wersji, zwyczajnie nie chce smakować tak samo, nic więc dziwnego, iż w tym znudzeniu zaczynamy zwracać większą uwagę na wady, które oczywiście zawsze tam były. I dostrzegamy pensjonarskość tam, gdzie widzieliśmy śmiałość i przełomowość. Albo stwierdzamy, iż podczas gdy na HBO Max szaleje „Branża” z „Gorącą rywalizacją”, Netflix stoi w miejscu, nie ryzykując już od lat i od lat serwując nam w kółko to samo.

Żeby było jasne, nie mówimy tylko o seksie, choć tak, 4. sezon pokazuje, iż bez rzeczywiście gorących – i charakteryzujących się jakże potrzebną odrobiną inwencji – scen erotycznych „Bridgertonowie” wiele tracą. Na Netfliksie w miejscu zatrzymała się cała obyczajowość, jak gdyby streamer sięgnął po statystyki i postanowił bardziej niż pięć lat temu zacząć dbać o potrzeby mainstreamowego widza. A te, wbrew temu, co sądzą prawicowe trolle na pewnym popularnym portalu filmowym, niekoniecznie korelują z pragnieniem garstki fanów, żeby Benedict romansował z mężczyzną.

Cóż, z kim by nie romansował, czekam, aż zrobi to z życiem. Na razie pod każdym względem przebija go własna matka, mimo iż miała może 1% jego czasu ekranowego.

Bridgertonowie sezon 4 – część 1 dostępna na Netfliksie

Idź do oryginalnego materiału