"Branża" od HBO przebija samą siebie w 4. sezonie. Po tej serii będziecie potrzebować terapii – recenzja

serialowa.pl 1 dzień temu

„Branża” złapała wiatr w żagle w 3. sezonie i ani myśli się zatrzymywać. 4. sezon brytyjskiego hitu HBO to z jednej strony klasyczny thriller finansowy, a z drugiej sporo eksperymentów i zabaw formą. I jeszcze większe emocje.

„Branża” od HBO i BBC ogromnie zaskoczyła krytyków po obu stronach Atlantyku latem 2024 roku, po dwóch mocno średnich sezonach przemieniając się w prawdziwą petardę w okresie 3. Twórcy serialu, Mickey Down i Konrad Kay, błyskawicznie zostali istnymi gwiazdami rocka wśród showrunnerów i przed 4. sezonem oczekiwania wobec nich były już inne niż poprzednio. Czytaj: ogromne. Po przedpremierowym obejrzeniu ośmioodcinkowej całości – i to więcej niż raz – spieszę donieść, iż spełnili je z nawiązką.

Branża sezon 4 – co zmieniło się w nowej serii hitu HBO?

„Branża” to o tyle interesujący serial, iż nie stoi w miejscu i nie zadowala się tym, co ma, przeciwnie, co sezon wynajduje siebie niejako na nowo, najpierw pokazując nam kolejne piętra banku Pierpoint, gdzie główni bohaterowie – Harper (Myha’la), Yasmin (Marisa Abela) i Robert (Harry Lawtey) – zaczynali jako żądni sukcesu absolwenci, potem rzucając ich na głęboką wodę poza znajomym środowiskiem, a w 4. sezonie, kiedy dobiegają trzydziestki, każąc im zmierzyć się z konsekwencjami swoich, w pełni już dorosłych, wyborów. I od początku sugerując, iż nie będzie to piękny widok.

Roberta oczywiście w 4. sezonie serialu nie ma, natomiast Yasmin i Harper jak były, tak pozostają bijącym sercem „Branży”. I to właśnie konfrontacja z tym, kim te młode kobiety stały się, wybierając taką a nie inną ścieżkę zawodową i takie a nie inne życie po Pierpoincie, stanowi jedną z największych atrakcji i najmocniejszych stron nowego sezonu. Obie bohaterki, które, wydawałoby się, trochę już znamy, znajdą tysiąc sposobów, żeby was zaskoczyć. Zwłaszcza o ile myśleliście, iż wiecie, która ma zadatki, by stać się totalną socjopatką, a która – by pozostać wiecznie skrzywdzoną ofiarą. Nowe odcinki wywrócą wasze oczekiwania do góry nogami i nie raz, nie dwa będziecie się dziwić, komu tym razem kibicujecie, a komu życzycie, żeby skończył jak najgorzej.

„Branża” (Fot. HBO/Simon Ridgway)

4. sezon rozgrywa się po pewnym – choć nie tak dużym, jak wskazywałby twist z córką Erica (Ken Leung) – przeskoku czasowym. Yas jest żoną Henry’ego Mucka (Kit Harington), czy szczęśliwą czy nie, to się dopiero okaże. Z kolei Harp szykuje się do kolejnej wolty w swoim życiu zawodowym. Eric zaczyna ten sezon na emeryturze, by gwałtownie wejść raz jeszcze w skomplikowaną zawodową relację ze swoją ulubioną podopieczną z Pierpointu. Rishi (Sagar Radia) i Sweetpea (Miriam Petche) pozostają istotną częścią fabuły, ale w dużym stopniu jednak oglądamy świeżą historię z nowymi postaciami, wśród których na szczególną uwagę zasługują Max Minghella („Opowieść podręcznej”) jako Whitney Halberstram, szef Tendera, czyli swego rodzaju klonu PayPala, Kiernan Shipka („Mad Men”) jako jego asystentka, Hayley, i Charlie Heaton („Stranger Things”) jako Jim Dycker, dziennikarz finansowy, węszący wokół Tendera.

Branża sezon 4 – Michael Clayton vs Max Minghella

O tym, iż 4. sezon „Branży” oznacza wejście na nowy poziom w każdym możliwym sensie, przekonacie się, oglądając już pierwsze pięć minut 1. odcinka, w których przez dłuższy czas nie pada ani jedno słowo, a my obserwujemy postacie Heatona i Shipki, niespecjalnie rozumiejąc, kim są ani jak są powiązane z główną osią fabuły. Odcinek, reżyserowany przez Kaya i Downa – którzy osobiście odpowiadają za reżyserię aż połowy sezonu – choć wcale nie jest najlepszy z całości, od samego początku daje jasny sygnał, iż „Branża” wychodzi ze swojej strefy komfortu, o ile kiedykolwiek w takowej się znalazła, i odważnie zmierza w nowych kierunkach, w tym także kina autorskiego.

Główną oś fabuły stanowi tym razem thriller finansowy/spiskowy w stylu „Michaela Claytona” – przy czym możecie się zdziwić, kiedy zobaczycie, która z głównych postaci została naszym Claytonem – gdzie chodzi o złapanie za rękę kogoś odpowiedzialnego za wielki przekręt. W świecie finansów pozostają zarówno Harper i Eric, jak i Yasmin z Henrym, z czasem ustawiając się po dwóch różnych stronach barykady, podczas gdy w centrum zdarzeń pozostaje mający wielkie ambicje Whitney i jego Tender.

„Branża” (Fot. HBO/Simon Ridgway)

Postać Minghelli, elegancki, powściągliwy i absolutnie magnetyczny szef jednej z najbardziej seksownych firm w londyńskim City, z miejsca zasłużenie przyciąga uwagę, choć i napisany, i zagrany został bardzo oszczędnie. To tutejszy Wielki Gatsby, ambitny Amerykanin, który zaczął od zera, podbił Londyn i wydaje się być bardzo osamotniony na szczycie, ostrożnie dobierając przyjaciół, niechętnie odsłaniając kolejne warstwy siebie i z podobnie melancholijnym romantyzmem co bohater Scotta F. Fitzgeralda podchodząc do kwestii miłosnych. Czy wam się to podoba czy nie, znajdziecie wiele powodów, by, niekoniecznie choćby będąc po jego stronie, usprawiedliwiać go na podobnej zasadzie, na jakiej narrator kultowej powieści usprawiedliwiał Gatsby’ego.

Być może w tym właśnie tkwi największa siła „Branży” – iż w tym najpaskudniejszym ze światów, gdzie niemal wszystkie interakcje mają transakcyjny charakter, buduje cegiełka po cegiełce najbardziej ludzkie z postaci. I choćby nie chodzi o traumy, którymi Harper, Yasmin, Henry i spółka obdarzeni zostali na bogato, a bardziej o moc, z jaką ci teoretycznie absolutnie okropni i stworzeni tylko po to, abyśmy ich kochali nienawidzić, ludzie odczuwają jak najbardziej prawdziwe emocje. Niczym nie różniąc się od nas.

Tak będzie nie tylko z Whitneyem i głównymi bohaterkami, odbywającymi w trakcie sezonu więcej niż jedną konwersację, w której wprost mówią o swojej samotności, ale też z Henrym, tym bogatym d*pkiem prowadzącym adekwatnie nieszczęśliwe życie i w każdej jego minucie odczuwającym własną bylejakość i ciężar swojej egzystencji. Poświęcony jego osobistym demonom 2. odcinek – „Opowieść świąteczna” à la „Branża” – to jedna z najmocniejszych, jeżeli nie najmocniejsza odsłona tego sezonu, w której Harington pokazuje, iż rzeczywiście potrafi. Być może to on dostanie pierwszą dla „Branży” nominację do Emmy – ktoś na tym etapie naprawdę już powinien. Na pewno dawny Jon Snow i „Branża” to wyjątkowo udane „małżeństwo z rozsądku”.

Branża sezon 4 – wielka kasa, polityka i polski prawicowiec

Raz jeszcze, po świetnym 3. sezonie, serial HBO znalazł wiele sposobów, by zaskoczyć mnie tym, jak wiele różnorodnej treści, ale i totalnych emocji można zmieścić w ramach thrillera finansowego. Eksperymentowanie z formą widoczne jest zwłaszcza w odcinkach Kaya i Downa (czyli dwóch pierwszych i dwóch ostatnich), którzy raz jeszcze włożyli w tę historię nie tylko serce i duszę, ale też wszystko to, co obejrzeli i przeczytali.

Wizualnie, formalnie, też muzycznie to zdecydowanie najciekawszy, najodważniejszy, najbardziej eksperymentalny sezon. Jest w nim wszystko, od szalonej energii po potężne dawki niepokoju, od największego romantyzmu po najgłębsze dna cynizmu, od zaskakująco sprawnej historii detektywistycznej po polityczną dramę, w której centrum staje prawicowy polityk o polskim nazwisku Sebastian Stefanowicz (Edward Holcroft, „London Spy”). Jest trance, Enya, Joni Mitchell i tradycyjna dawka Pet Shop Boys. Są, bardziej psychodeliczne niż euforyczne, sekwencje kręcone w klubach, kolejne obłędne eksperymenty seksualne (dziękuję twórcom „Branży” za zapoznanie mnie z pojęciem „bukkake”) i najszczersze, najgłębsze, najtrudniejsze z rozmów. A wszystko to niejako na marginesie rozgrywek o wielką kasę i wielkie wpływy w tym najbardziej nihilistycznym ze światów, rządzonym przez wszystko, co powierzchowne.

„Branża” (Fot. HBO/Simon Ridgway)

W tym, co robią Down z Kayem, bardziej niż kiedykolwiek, widać madmenowski perfekcjonizm, gdzie każdy najdrobniejszy szczegół ma swoje miejsce, gdzie żaden kadr, żadne słowo, żadne spojrzenie nie jest przypadkowe. Jednocześnie, również bardziej niż kiedykolwiek, serial pozwala sobie na puszczenie hamulców i sprawdzenie, co się stanie, kiedy pójdziemy w kierunku, którego nigdy dotąd nie wypróbowaliśmy.

Gdyby pozostać przy porównaniach do „Mad Men” – a paralel między obiema produkcjami trochę widać – powiedziałabym, iż mamy tu odpowiednik 5. sezonu hitu AMC. Swego rodzaju świeży start dla wszystkich. Ktoś ma nową żonę/męża, ktoś szuka trochę innej ścieżki zawodowej, ktoś kogoś całuje w rękę w sytuacji dalekiej od romantycznej, wkładając w to tyle uczucia, ile tylko można. choćby ostatnia scena, w której pada pytanie niby proste, zwykłe i przyziemne, a jednak znaczące, głębokie i metaforyczne, wydaje się echem tamtej końcówki „Mad Men”. Ale znów, Down i Kay oglądają dużo wszystkiego, więc równie dobrze możecie doszukać się podobieństw do innego serialu czy filmu i pociągnąć te rozważania w swoim ulubionym kierunku. W końcu mamy lata 20. XXI wieku, wszystko już było, pozostał serialowy postmodernizm.

Branża sezon 4 – popkulturowy miks w świetnym wydaniu

I to właśnie w tym postmodernistycznym łączeniu gatunków, motywów i środków wyrazu „Branża” zrobiła się w tym sezonie jeszcze lepsza, bardziej swobodna. A fabuła ani trochę na tym nie cierpi, wręcz przeciwnie, bardziej kreatywna forma staje się nośnikiem jeszcze większych emocji, jeszcze głębszych kryzysów egzystencjalnych i jeszcze mocniejszych dramatów finansowych, politycznych i czysto ludzkich.

Niektóre wątki zostają pociągnięte do ekstremum, inne bawią, poruszają, zaskakują, w miarę jak serial meandruje przez światek londyńskich finansów, angielskiej arystokracji, mediów i polityki na coraz wyższym szczeblu. Nie wszystko wychodzi „Branży” tak samo świetnie, nie każdy pomysł trafia w punkt, ale jest wrażenie, iż 4. sezon, bardziej niż którykolwiek wcześniejszy, łapie Zeitgeist, na podobnej zasadzie co wcześniej „Sukcesja”. Przy czym na oddawaniu ducha czasów i w miarę bliskiej tematyce podobieństwa między obydwoma tytułami HBO w tym momencie raczej się kończą.

„Branża” (Fot. HBO/Simon Ridgway)

Kay i Down zdecydowanie idą własną drogą, korzystając z twórczej wolności, którą wywalczyli po pierwszych latach zmagań, i tworząc taki serial, jaki tylko, k*rwa, chcą. Z jednej więc strony swobodnie miksują popkulturowe tropy niczym szaleni DJ-e, a z drugiej pewną ręką prowadzą swoje postacie, oparte do jakiegoś stopnia na znajomych z branży, której sami kiedyś, przez jakieś pięć minut, byli częścią. To właśnie ich lęki, ich neurozy, ich dojmująca samotność, obłędna ambicja, szalona energia, uzależnienie od seksu, prochów i adrenaliny, ale też niemożność odnalezienia się we własnej skórze napędza ten wypakowany emocjami sezon. Niezależnie od tego, czy bardziej kochacie czy nienawidzicie Yasmin, Harper, Rishiego i spółki, przed wami istny rollercoaster.

Będziecie śmiać się, płakać, odczuwać na zmianę dumę i zawód ich poczynaniami, martwić się o losy tych nieistniejących ludzi, których niekoniecznie lubicie, i życzyć im najgorzej i najlepiej na świecie – czasem jednocześnie. A na koniec pozostanie tylko zażądać od HBO zwrotu za rachunek od terapeuty. Tak dobry jest ten sezon „Branży”.

Branża sezon 4 – premiera 12 stycznia na HBO i HBO Max

Idź do oryginalnego materiału