Niedzielny wieczór 8 lutego w Klubie Bilardowym Falcon zaczął się od braw. Gromkich, długich i szczerych. Takich, po których muzycy żartują, iż jeszcze nic nie zagrali, a atmosfera już jak po bisach. I w tym jednym zdaniu zawarło się adekwatnie wszystko: napięcie, oczekiwanie i euforia ze spotkania z zespołem, który towarzyszy ludziom od lat, a niektórym przez całe życie.
Turbo pojawiło się na scenie w wersji akustycznej – bez ściany wzmacniaczy, bez metalowego pancerza, ale z czymś trudniejszym do uniesienia: z historią, pamięcią i emocjami, które w takiej formule słychać jeszcze wyraźniej. Na rozruch poszły utwory lżejsze w formie, ale nie w treści: „Mały”, a potem „Cały czas uczą”. Był kontakt z publicznością, wspólne klaskanie i to charakterystyczne turbo poczucie humoru, które rozbraja napięcie, zanim zrobi się poważniej. „Na skrzydłach nut” ze Strażnika światła wybrzmiało miękko i przestrzennie. Zaraz po nim „Szalony Ikar” – i tu żarty się skończyły.
Ten moment był jak symboliczne przejście: z lekkiego rozbiegu w rejony bardziej surowe, bardziej osobiste. Bo przecież przyjechali do Warszawy z płytą „Blizny”, a to materiał, który niesie doświadczenie, stratę, dojrzałość. I choć akustyczna formuła momentami odbierała nowym utworom ich naturalny ciężar, to jednocześnie wydobywała z nich coś innego – kruchość. Z nowego materiału dostaliśmy „Nowy rozdział”, który niemal prosił się o więcej mocy. Chwilę później „Magnetyczny sen” – ten numer uwielbiam, a w wersji z gitarą o ekspresji flamenco wypadł wybornie. I jeszcze „Do domu” – zupełnie inne, pokazujące, jak akustyczna forma potrafi zmienić charakter utworu.
Były chwile, kiedy publiczność przejmowała stery – śpiewając, odpowiadając echem, z łatwością trafiając choćby w podchwytliwą frazę. I były momenty, kiedy scena należała tylko do gitar. Wojciech Hoffmann robił to, co robi od dekad najlepiej: opowiadał dźwiękiem historie, które nie potrzebują słów. A kiedy pojawiły się klasyki sprzed lat, nostalgia przyszła sama. „Dorosłe dzieci” znów zabrzmiały jak wspólny kod pokoleń, głośno i prawdziwie. Fragmenty „Kawalerii II” przypomniały, iż są płyty, które się nie starzeją – one po prostu zmieniają znaczenie razem z nami. Słuchane dziś brzmią inaczej niż dwadzieścia czy trzydzieści lat temu, bo my jesteśmy inni.
Dalej „Lęk”, „Smak ciszy” z tekstowym puszczeniem oka do publiczności i „Już nie z Tobą”, gdzie publika znowu udowodniła, iż potrafi podchwycić każdą nutę. Przy „Wybieraj sam” pojawił się kowbojski rytm, a kiedy Tomek zaintonował żartobliwie zimowo „Jaka pyszna, sanna, parska raźno koń…”, było jasne, iż ten koncert oddycha – raz skupieniem, a raz luzem. Publiczność kupiona w całości.
Na bisy nikt nie musiał długo czekać. „Jaki był ten dzień” Tomek zaśpiewał siedząc na stoliku między ludźmi, na wyciągnięcie ręki, bez scenicznej bariery. Wzrok skierowany prosto w ludzi, refren oddany publiczności, która poniosła go sama. Cudne, intymne, poruszające. Przez chwilę klub przestał być klubem, a stał się wspólną przestrzenią, gdzie każdy miał swój dzień. Na koniec „Pierwsza forsa” – i klamra się domknęła.
To był koncert, z którego wychodzi się z głową pełną myśli i sercem, które jeszcze chwilę nie chce wracać do codzienności. Przyznam się, iż jednak zostałam z lekkim niedosytem. Liczyłam na więcej nowych numerów, na głębsze zanurzenie się w „Bliznach”, które od miesięcy towarzyszą mi niemal codziennie. Ale może właśnie na tym polega sens takich wieczorów – iż dostajemy nie to, czego się spodziewaliśmy, tylko to, czego akurat potrzebujemy. I dlatego kiedy następnym razem Turbo zagra na pełnym prądzie – będę tam. Bez oczekiwań, za to z pełną gotowością, żeby znów dać się porwać.
Relacja: Anka
