Pewne rzeczy pozostają niezmienne – jak choćby to, iż Hollywood ekranizuje złe książki. Jeszcze w czasach klasycznego Hollywoodu widownia miała okazję – przykładowo – oglądać całkiem znośne tytuły noir, które były adaptacjami słabo poczytnych autorów. Czasem liczył się sam literacki pomysł, bohater, może choćby i scena, resztę zaś przepisywano, by końcowy produkt był w stanie nie tylko się zwrócić, ale i na siebie zarobić.
Andy Weir może i jest niezłym informatykiem, ale pisarz z niego miałki. "Projekt Hail Mary" nie zasługuje na status bestsellera – to powieść deklaratywna, opisująca akcję niczym przydługi wpis w Wikipedii, pełna papierowych postaci, taniego humoru, braku konsekwencji w prowadzeniu narracji i ucinająca wątki tak, jak autorowi się akurat przywidziało. To wciąż jednak hicior – a to za sprawą przystępnego języka, krótkich paragrafów, czy też relatywnie nieskomplikowanej składni. Masom się podoba, więc nic dziwnego, iż tęgie głowy z Amazon MGM postanowiły zekranizować tę historię – tym bardziej iż sukces ekranizacji "Marsjanina" (którego Weir również jest autorem) był swego czasu przeolbrzymi.
Zaczęto od castingu. Ryan Gosling jako główny bohater? To nie ma prawa się nie udać – wszyscy kochamy go i uwielbiamy. Co jeszcze? Przede wszystkim nie zapomniano, iż to nie tylko prosta opowieść o ratowaniu naszej planety, ale i o pamięci (a raczej jej wadliwości). Kiedy szkolny nauczyciel Ryland Grace (Gosling) budzi się na statku kosmicznym jako jedyny żywy astronauta misji "Hail Mary", będzie musiał naprawdę się postarać, by przypomnieć sobie: a) kim jest, b) co tutaj robi, c) czy uda mu się w ogóle przeżyć. Jak pewnie większość z was już wie, nie będzie w tej niedoli sam. Na swojej drodze spotka kogoś (lub coś), kto/co sprawi nam tyle radości, co spielbergowski E.T. Tym samym dochodzi kolejna płaszczyzna: to także rzecz o przyjaźni; a raczej o dojrzewaniu do niej i odnajdywaniu osoby, za którą moglibyśmy oddać choćby i swoje życie.
Chwała należy się scenarzyście Drew Goddardowi – facet miał łeb na karku i postanowił przepisać część wątków z oryginalnej historii (a część po prostu wywalić do kosza). Dzięki temu choćby postać samej Evy Stratt, czyli szefowej bohatera – również za sprawą samej Sandry Hüller – zyskuje znacznie więcej barw. Stratt odpowiada za tytułowy projekt "Hail Mary" i robi wszystko, aby Grace stał się najlepszą wersją siebie. Ich relacja nie jest już jedynie czymś w rodzaju znajomości na płaszczyźnie pracodawca-nowo zatrudniony pracownik. Wkrada się tam empatia, poczucie zrozumienia, choćby jeżeli bez słów. Dzięki temu Stratt nie jest jedynie narzędziem fabularnym, które wpycha Grace’a w sam środek walki o przetrwanie ludzkości. Okazuje się kimś znacznie więcej – odsyłam do sceny z karaoke.
Do tego humor sytuacyjny wypada znacznie lepiej, stając się integralną częścią dialogów (i historii zarazem), a nie jedynie niepotrzebnym zapychaczem, zwykle zbijającym nas z tropu. Nie zapominajmy, iż stawką są losy świata – żenujące żarty, którymi Weir epatował w powieści na lewo i prawo, były nie do zniesienia. Tu natomiast twórcy w miarę roztropny sposób czerpią z charyzmy Goslinga, który nie boi się – pomimo urody – robić z siebie klauna. Kiedy trzeba, jajcuje, ale potrafi też zapłakać lub operować szerszą (niż zazwyczaj) paletą emocji. W tym równaniu twórcom udało się zachować naprawdę imponujący balans.
Bardzo często "Projekt Hail Mary" zmienia estetykę na teledyskową, co pozwala złapać nam oddech, kiedy fabuła zaczyna lawirować wokół upływu czasu w podróży, majsterkowania, wymyślania kolejnych planów lub rozwoju ekranowej przyjaźni. Muzyka z offu robi swoje i wprowadza wykalkulowany nastrój, raz dając nam przestrzeń do śmiechu, by za chwilę wprowadzić w bardziej kontemplacyjny stan. Niektórzy stwierdzą, iż to tandetne zapychacze, natomiast cała reszta w pełni poczuje nastrój wprowadzany przez twórców. No i – na szczęście – całość nie jest deskrypcyjna niczym u Weira. Zamiast niepotrzebnej ilości słów, liczą się czyny oraz emocje, których znajdziemy tu zresztą całą masę. Zamiast lania wody, mamy co najwyżej wiadro łez. Naszych łez.
Na okładce oryginału czytamy, iż to "absolute page-turner" – tytuł rzekomo "kartkuje się sam". To nie do końca prawda. Ale nie zmienia to faktu, iż adaptacja powieści wypada znacznie lepiej. Niby era blockbusterów mija, ale Ryan Gosling dwoi się i troi, byśmy uwierzyli, iż świat – jak to w nich bywa – faktycznie ma się ku końcowi. Natomiast sam film Phila Lorda i Christophera Millera spełnia obietnicę z okładki książki i rzeczywiście "ogląda się sam". Czy tego chcemy czy nie, stopniowo wkręcamy się w tę historię, choćby jeżeli ta bazuje na kliszach i raczej niezbyt oryginalnym punkcie wyjścia.
Marketing robi swoje – nie dajmy sobie wmówić, iż to największe wydarzenie hard science-fiction od czasu "Interstellar". Ale też nie ma co na siłę marudzić – trafiło nam się niezłe kino, które chce nam dostarczyć rozrywki na następne dwie i pół godziny. Zawsze mogło być gorzej, prawda?
Andy Weir może i jest niezłym informatykiem, ale pisarz z niego miałki. "Projekt Hail Mary" nie zasługuje na status bestsellera – to powieść deklaratywna, opisująca akcję niczym przydługi wpis w Wikipedii, pełna papierowych postaci, taniego humoru, braku konsekwencji w prowadzeniu narracji i ucinająca wątki tak, jak autorowi się akurat przywidziało. To wciąż jednak hicior – a to za sprawą przystępnego języka, krótkich paragrafów, czy też relatywnie nieskomplikowanej składni. Masom się podoba, więc nic dziwnego, iż tęgie głowy z Amazon MGM postanowiły zekranizować tę historię – tym bardziej iż sukces ekranizacji "Marsjanina" (którego Weir również jest autorem) był swego czasu przeolbrzymi.
Zaczęto od castingu. Ryan Gosling jako główny bohater? To nie ma prawa się nie udać – wszyscy kochamy go i uwielbiamy. Co jeszcze? Przede wszystkim nie zapomniano, iż to nie tylko prosta opowieść o ratowaniu naszej planety, ale i o pamięci (a raczej jej wadliwości). Kiedy szkolny nauczyciel Ryland Grace (Gosling) budzi się na statku kosmicznym jako jedyny żywy astronauta misji "Hail Mary", będzie musiał naprawdę się postarać, by przypomnieć sobie: a) kim jest, b) co tutaj robi, c) czy uda mu się w ogóle przeżyć. Jak pewnie większość z was już wie, nie będzie w tej niedoli sam. Na swojej drodze spotka kogoś (lub coś), kto/co sprawi nam tyle radości, co spielbergowski E.T. Tym samym dochodzi kolejna płaszczyzna: to także rzecz o przyjaźni; a raczej o dojrzewaniu do niej i odnajdywaniu osoby, za którą moglibyśmy oddać choćby i swoje życie.
Chwała należy się scenarzyście Drew Goddardowi – facet miał łeb na karku i postanowił przepisać część wątków z oryginalnej historii (a część po prostu wywalić do kosza). Dzięki temu choćby postać samej Evy Stratt, czyli szefowej bohatera – również za sprawą samej Sandry Hüller – zyskuje znacznie więcej barw. Stratt odpowiada za tytułowy projekt "Hail Mary" i robi wszystko, aby Grace stał się najlepszą wersją siebie. Ich relacja nie jest już jedynie czymś w rodzaju znajomości na płaszczyźnie pracodawca-nowo zatrudniony pracownik. Wkrada się tam empatia, poczucie zrozumienia, choćby jeżeli bez słów. Dzięki temu Stratt nie jest jedynie narzędziem fabularnym, które wpycha Grace’a w sam środek walki o przetrwanie ludzkości. Okazuje się kimś znacznie więcej – odsyłam do sceny z karaoke.
Do tego humor sytuacyjny wypada znacznie lepiej, stając się integralną częścią dialogów (i historii zarazem), a nie jedynie niepotrzebnym zapychaczem, zwykle zbijającym nas z tropu. Nie zapominajmy, iż stawką są losy świata – żenujące żarty, którymi Weir epatował w powieści na lewo i prawo, były nie do zniesienia. Tu natomiast twórcy w miarę roztropny sposób czerpią z charyzmy Goslinga, który nie boi się – pomimo urody – robić z siebie klauna. Kiedy trzeba, jajcuje, ale potrafi też zapłakać lub operować szerszą (niż zazwyczaj) paletą emocji. W tym równaniu twórcom udało się zachować naprawdę imponujący balans.
Bardzo często "Projekt Hail Mary" zmienia estetykę na teledyskową, co pozwala złapać nam oddech, kiedy fabuła zaczyna lawirować wokół upływu czasu w podróży, majsterkowania, wymyślania kolejnych planów lub rozwoju ekranowej przyjaźni. Muzyka z offu robi swoje i wprowadza wykalkulowany nastrój, raz dając nam przestrzeń do śmiechu, by za chwilę wprowadzić w bardziej kontemplacyjny stan. Niektórzy stwierdzą, iż to tandetne zapychacze, natomiast cała reszta w pełni poczuje nastrój wprowadzany przez twórców. No i – na szczęście – całość nie jest deskrypcyjna niczym u Weira. Zamiast niepotrzebnej ilości słów, liczą się czyny oraz emocje, których znajdziemy tu zresztą całą masę. Zamiast lania wody, mamy co najwyżej wiadro łez. Naszych łez.
Na okładce oryginału czytamy, iż to "absolute page-turner" – tytuł rzekomo "kartkuje się sam". To nie do końca prawda. Ale nie zmienia to faktu, iż adaptacja powieści wypada znacznie lepiej. Niby era blockbusterów mija, ale Ryan Gosling dwoi się i troi, byśmy uwierzyli, iż świat – jak to w nich bywa – faktycznie ma się ku końcowi. Natomiast sam film Phila Lorda i Christophera Millera spełnia obietnicę z okładki książki i rzeczywiście "ogląda się sam". Czy tego chcemy czy nie, stopniowo wkręcamy się w tę historię, choćby jeżeli ta bazuje na kliszach i raczej niezbyt oryginalnym punkcie wyjścia.
Marketing robi swoje – nie dajmy sobie wmówić, iż to największe wydarzenie hard science-fiction od czasu "Interstellar". Ale też nie ma co na siłę marudzić – trafiło nam się niezłe kino, które chce nam dostarczyć rozrywki na następne dwie i pół godziny. Zawsze mogło być gorzej, prawda?

















