Na fali shoutboxowych dyskusji nad wyższością Czechosłowackiego thrashyku nad Niemieckim (a raczej jej braku) pół nocy dziś leciał najlepszy (bo mój ulubiony) Torr, znaczy się
Kladivo na Cerodejnice nazwany tak czy to na cześć kultowego filmu z dekad minionych, czy może knigi z wieków minionych. Na jedno wychodzi. Hit tu goni hit w każdym razie, ogień jest kultywowany, z niebem walka trwa, armagiedon nadchodzi, a w śmierci sromota czy coś w tym stylu.
Granko cudne, ale oczywiście do wczesnego Sodom podjazdu nie ma mimo całej swojej urokliwej miodności. Oczywiście sztosiwowatości-ciosiwowości dodaje tej płytce
kontekst, a mianowicie, iż to ponowne nagranie kawałków z demka
Witchhammer z 1987. A wiecie, co znaczy
Witchhammer? Otóż
Kładziwo na Czarodziejnice

Statystyki: autor: yog — 2 godz. temu