Trochę mnie Szwajcarzy tym materiałem zaskoczyli, ale akurat w pozytywnym sensie. Byłem przekonany, iż skoro
„To the Great Monolith” ma być trylogią, to po sześciu latach ciszy dostaniemy wreszcie trzecią część i zamknięcie tematu. Tymczasem dostaliśmy… 2.5. Trzy numery, coś w rodzaju przejścia do adekwatnego finału. I dobrze, bo D.V.T. brzmi tu jeszcze bardziej pokręcone niż wcześniej. To przez cały czas ich duszny miks doom/death/ambientu, ale mocniej skręcony w stronę rytuału i transu. Dużo zapętleń, dziwnych dźwięków, szamańskich wokali i wrażenia, jakby całość była jednym długim odlotem. Pierwsze dwa kawałki mają jeszcze sporo gitarowego ciężaru. Powolne, przygniatające riffy, trochę skojarzeń z Dakhma czy Abyssal, ale bez kopiowania. Wszystko jest brudne, gęste i nieprzyjemne w ten adekwatny sposób. Najbardziej odjechany jest dla mnie piętnastominutowy
„Third Monolithic Manifest”. Tutaj już praktycznie całkiem odpływają od klasycznego grania. Ambientowe warstwy nakładają się na siebie,
coś pulsuje w tle, coś wraca w kółko i robi się z tego niezły trans. To nie jest muzyka „w tle” - trzeba w to wejść i dać się temu przemielić. Ja takie dźwiękowe bagno bardzo lubię, więc
„To the Great Monolith 2.5” siadło mi konkretnie. Teraz tym bardziej jestem ciekaw adekwatnej trzeciej części.
iframe
Statystyki: autor: Szajtan — 4 min. temu