"Black Doves" w 2. sezonie stawia na absolutne szaleństwo, tonę emocji i czystą frajdę – recenzja

serialowa.pl 40 minut temu

Pamiętacie jeszcze „Black Doves” – szpiegowski thriller Netfliksa w świątecznym klimacie? Właśnie wrócił z wypakowanym akcją 2. sezonem, a my sprawdziliśmy, czy wciąż trzyma poziom.

Choć niemal dwuletnie przerwy między sezonami stają się powoli telewizyjnym standardem, wciąż trudno mi się do nich przyzwyczaić. Gdy więc niedawno pojawiła się informacja o bliskiej premierze 2. serii „Black Doves„, potrzebowałem chwili na odświeżenie pamięci. Keira Knigthley, szpiedzy, Boże Narodzenie? Tak, to całkiem miłe wspomnienie, a iż za oknem akurat znowu robi się chłodno, to powrót do niego będzie w sam raz. Wtedy się jeszcze nie spodziewałem, iż zamiast przyjemnej serialowej przejażdżki, pakuję się na rollercoaster.

Black Doves sezon 2 to wyższe stawki i więcej akcji

Co więcej, fajerwerki wystrzeliły praktycznie od razu, bo nie minęło choćby kilka minut pierwszego z sześciu nowych odcinków, które są już dostępne na Netfliksie, a akcja przyspieszyła. Gdy jednak oglądałem, jak Helen (Knightley) urywa się z wystawnego przyjęcia w Paryżu, włamuje do hotelowego sejfu i trwale unieszkodliwia kilku osiłków, jednocześnie przekomarzając się z nową, równie zabójczą towarzyszką, pomyślałem, iż dostaniemy powtórkę z rozrywki. I trochę tak jest, ale równocześnie 2. sezon „Black Doves” pozostało bardziej pokręcony, pozbawiony hamulców i pod każdym względem lepszy od poprzednika.

„Black Doves” (Fot. Netflix)

O jakie stawki toczy się tym razem gra? Najlepiej świadczy o tym pozycja Helen, która z żony ministra „awansowała” na żonę premiera Wielkiej Brytanii. Nie trzeba dodawać, iż przeprowadzka na Downing Street uczyniła bohaterkę jeszcze cenniejszą dla tytułowej agencji szpiegowskiej, ale zarazem utrudniła utrzymanie przykrywki w tajemnicy i oddaliła kobietę od zajętego sprawami kraju męża. A to tylko pierwsze problemy z brzegu.

Kolejne zaczynają wyrastać jak grzyby po deszczu, gdy z dnia na dzień bez słowa znika przełożona Helen, pani Reed (Sarah Lancashire), a trop prowadzi do pewnej mrocznej sprawy z przeszłości Black Doves. Aby rozwikłać zagadkę, nasza bohaterka ponownie łączy siły ze starym przyjacielem Samem (Ben Whishaw), który równocześnie podejmuje się zlecenia dla podejrzanego pracodawcy. Żadne z nich nie wie jeszcze, ani w co dokładnie się pakuje, ani iż niedługo staną przed wyborem między zawodowym profesjonalizmem a lojalnością wobec bliskich i siebie nawzajem.

Black Doves w 2. sezonie puszcza hamulce i zostaje sobą

Powyższy opis jest oczywiście bardzo oględny, przede wszystkim dlatego, iż nie chcę odbierać wam przyjemności samodzielnego doświadczania licznych zwrotów akcji. Jest też jednak drugi, znacznie bardziej prozaiczny powód. O fabularnych meandrach nowego sezonu „Black Doves” po prostu najlepiej za długo nie myśleć.

„Black Doves” (Fot. Netflix)

To nie tak, iż serial Joego Bartona nagle stał się mniej przemyślany. Wręcz przeciwnie, choć historia jest bardziej skomplikowana niż poprzednio, całość zachowuje wewnętrzny sens, a twórcy najczęściej udaje się zgrabnie wybrnąć choćby z sytuacji pozornie bez wyjścia. Rzecz w tym, iż aby zagwarantować sobie przy tym dobrą zabawę, widz musi dopasować oczekiwania (szczególnie względem logiki) do określonego, niezbyt wysokiego poziomu.

Innymi słowy: jeżeli przeszkadza wam, iż żona premiera, w dodatku mająca twarz Keiry Knightley, biega po całym kraju z bronią i nikt nie zwraca na nią szczególnej uwagi, to może powinniście zmienić repertuar. Będę was jednak zachęcał do przełknięcia tego i wielu innych (choćby politycznych) absurdów, bo „Black Doves” potrafi je z nawiązką wynagrodzić. Jest przy tym jest serialem świadomym przyjętej konwencji i nieraz celowo naginającym jej granice. Zamiast szukać widocznych jak na dłoni dziur, lepiej więc dać się porwać nurtowi akcji i towarzyszących szpiegowskim awanturom emocji.

Black Doves sezon 2, czyli starzy znajomi i nowe twarze

A skoro już przy nich jesteśmy, to trzeba wspomnieć, iż choć główna fabularna oś serialu leży gdzie indziej, jego emocjonalne centrum stanowi w 2. sezonie bez wątpienia Sam. Już doświadczony przez życie zabójca stał się jeszcze bardziej depresyjny, a twórca ani myśli go oszczędzać. Fundując mu gorzki koktajl na bazie starych i nowych dramatów, składa na wątłych barkach ciężar, który w innym wydaniu byłby trudny do zniesienia, ale tu dobrze współgra z niedorzecznością historii, nadając jej ludzkiego wymiaru. No i przypomina, iż smutny Ben Whishaw to jeden z najpiękniejszych obrazków, jakie można zobaczyć w telewizji.

„Black Doves” (Fot. Netflix)

Oczywiście „Black Doves” nie może opierać się wyłącznie na moralnych rozterkach Sama, rozdarciu Helen i poszukiwaniu przez nich oboje tożsamości. Serial już poprzednio pokazał, iż oprócz zaskakująco poważnych jak na ten rodzaj historii tematów, znakomicie łączy też akcję z humorem, a w 2. sezonie jeszcze podniósł sobie poprzeczkę. Głównie za sprawą znanego nam już duetu zabójczyń Eleanor (Gabrielle Creevy) i Williams (Ella Lily Hyland), które dostały nowy wątek, więcej miejsca na radosne wykonywanie swojej krwawej profesji i kolejną wygadaną partnerkę w osobie Laili Joshi (Ambika Mod, „Jeden dzień”). Dajcie tym trzem broń (albo chociaż paczkę orzeszków) i pozwólcie mówić, a reszta robi się sama.

W przypadku pozostałych nabytków obsadowych o równie pozytywny werdykt jest już nieco trudniej. Co prawda nowy przełożony Helen, pan Conteh (Babou Ceesay, „Obcy: Ziemia”), czy tajemniczy Patrick (Sam Riley, „Control”) pasują jak ulał do przerysowanego świata „Black Doves”, ale za mało jest ich postaci w tym sezonie, żeby zdążyli mocniej zapuścić w nim korzenie. Inna sprawa, iż więcej miejsca w wypakowanych po brzegi odcinkach zwyczajnie nie ma, bo akcja najczęściej gna do przodu tak szybko, iż nie ma czasu zastanawiać się nad czymś innym niż to, co akurat jest na tapecie.

Black Doves sezon 2 to idealny serial na weekend

Takie podejście w połączeniu ze stosunkowo krótkimi odcinkami (ok. 50 minut) sprawia również, iż „Black Doves” to serial idealny do zbindżowania w weekend, ale pod warunkiem, iż orientujecie się w zawiłościach szpiegowskiej historii. Bo o ile w 1. sezonie dopiero stawiano fundamenty świata przedstawionego, o tyle kontynuacja czerpie już z nich pełnymi garściami, nie zawsze mając czas na wyjaśnienia. Jasne, powtórzeń jest wciąż sporo, ale tempo prowadzenia narracji, mnogość wątków czy żonglowanie retrospekcjami sprawiają, iż oglądanie bez mapy może być trudne. A na pewno będzie ograniczać frajdę płynącą z obcowania z Helen i resztą.

„Black Doves” (Fot. Netflix)

Właśnie ta frajda stanowi natomiast niezmiennie główny atut serialu, który mieszając w odpowiednich proporcjach akcję, humor i dramat, jest niczym kameleon. Gdy trzeba, emocjonalnie wiarygodny i stawiający w centrum opowieści postaci, a kilka scen później zamieniający się w orgię karykaturalnej przemocy, której nie powstydziłby się Tarantino. Utrzymać zdrowy dystans do samego siebie oraz kreatywność na poziomie scenariusza i wykonania, a do tego nie zgubić się w chaotycznej plątaninie uczuć większych niż świat? Trudna sztuka, ale „Black Doves” się udaje.

Dodajmy wciągającą intrygę, która rozrasta się wraz z każdym dokładanym do układanki elementem i trzyma w napięciu (niemal) do samego końca, a otrzymamy całość skrojoną jak idealny hollywoodzki sequel i jak on pozostawiającą miejsce na kontynuację. Nie widzę absolutnie żadnych przeciwwskazań, żeby uczynić z tego nową okołoświąteczną tradycję – choćby jeżeli święta miałyby wypadać co dwa lata.

Black Doves sezon 2 – serial dostępny na platformie Netflix

Idź do oryginalnego materiału