Wydawać by się mogło, iż dominującym trendem w korporacyjnym świecie stało się w ostatnich latach zjawisko tzw. cichej rezygnacji (ang. quiet quitting). Polega ono z grubsza na wykonywaniu swojej pracy wyłącznie w zakresie określonym w umowie, bez nieodpłatnych nadgodzin czy wychodzenia z inicjatywą kosztem prywatnego czasu i zdrowia. Tak, dobrze widzicie: traktowanie swojej profesji jako wyłącznie roboty do wykonania i odrzucenie zasad toksycznej kultury pracy stało się zjawiskiem, które badają zaniepokojeni trenerzy kariery. Najwyraźniej jednak ta moda nie dotarła do pracowników firmy ubezpieczeniowej Amali, w której pracuje Carla, główna bohaterka prezentowanego w weneckim konkursie „Un bon petit soldat” Stéphane’a Brizé. Tutaj rytm dnia wyznaczają przez cały czas KPI, nieustanne podnoszenie produktywności i odporności biznesowej. Czyli wyzysk polukrowany ładnymi hasłami o „ambicji” i dbaniu o „wartości organizacji”.
W „Un bon petit soldat” powtarzają się niczym refren ujęcia ludzi-mrówek przesuwających się przez miejską tkankę. Na ruchomych schodach, w środkach transportu, windach, przyklejeni do ekranów przy akompaniamencie coveru „What a Wonderful World” w wykonaniu Ramones. Jak trybiki w maszynie, przypis do klasyki gatunku spod znaku „Dzisiejszych czasów” Chaplina czy „Playtime” Tatiego. Jedną z tych mrówek jest Carla, nowa kierowniczka HR w firmie ubezpieczeniowej. Przypomina trochę bohaterkę krążącego po sieci mema z tagline’em „od dziecka wiedziałam, iż moim prawdziwym powołaniem było maksymalizowanie wartości dla akcjonariuszy”.
Grana przez Albę Rohrwacher kobieta nie odrywa się od ekranu komputera, przez cały film widzimy ją niemal wyłącznie w biurze, gdzie regularnie zostaje również po godzinach. Jej interakcje z bliskimi ograniczają się do wideorozmów z przyjaciółką i byłym partnerem. Synowi nagrywa głosówki. Carli naprawdę zależy na swojej pracy, jest tytułową „dobrą żołnierką”, która wykonuje polecenia przełożonych bez kwestionowania ich. Kiedy okazuje się, iż przygotowana przez nią kampania reklamowa nie spodobała się prezesowi (Vincent Lindon), kobieta jest gotowa poświęcić czas wolny, swoją rodzinę i zdrowie, byleby zadowolić przełożonego i „dowieźć” wynik.
Brizé zbiera obsesje i doświadczenia produkcji rozgrywających się w przestrzeni biurowej z ostatnich lat, zarówno tematycznie, jak i od strony inscenizacyjnej. Twórca „Miary człowieka” kolejny raz wraca do wielokrotnie podejmowanych w swojej filmografii wątków. W „Un bon petit soldat” interesują go przez cały czas przede wszystkim mechanizmy współczesnego kapitalizmu i ich destrukcyjny wpływ na człowieka. Francuski twórca nie popada jednak w swoim sprzeciwie w kaznodziejską zapalczywość. Korzystając z ostrza satyry, zstępuje w kolejne kręgi biurowego piekła. A iż świat korporacyjnej nowomowy i pustych gestów to gotowy materiał na tragikomedię, ogląda się to z nieskrywaną przyjemnością.
Film spina klamra w postaci dwóch spotkań kolaudacyjnych dotyczących kampanii promocyjnej, która obnaża wszystkie grzechy główne portretowanego przez Francuza świata. Jego znakiem rozpoznawczym jest korporacyjna nowomowa, w której słowa odrywają się od swoich pierwotnych znaczeń i stają się komunikacyjną watą, pozbawioną struktury i treści. Pracownicy Amali z uporem godnym lepszej sprawy powtarzają wciąż gesty, których sens wyczerpał się do cna. To rzeczywistość à rebours, gdzie na papierze promuje się inkluzywność, wyrażanie własnego zdania i dobrostan podwładnych (hasło reklamowe nowej kampanii to „Dbamy o klientów. Dbamy o pracowników”). W rzeczywistości korporacja ma do dowiezienia wynik sprzedażowy, a cała reszta to didaskalia.
Są tu sceny rodem z „The Office” czy „Sukcesji”, składające się na śmieszno-straszny obraz korporacyjnej dżungli. Nie bez powodu do produkcji klipu promocyjnego zatrudniono ekipę specjalizującą się w filmowaniu… dzikich zwierząt. Brizé inscenizuje kolejne sceny, jakby kręcił mokument, tnie ujęcia na ostro, kamera pływa, jakby próbowała zapanować nad rozedrganą, niestabilną rzeczywistością. Codzienność firmy ubezpieczeniowej składa się z sytuacji, których bohaterem mógłby być Michael Scott z „The Office”. Pracownica, która nie chce wziąć udziału w „warsztacie ze szczęścia”, zostaje oskarżona o rozbijanie dynamiki zespołu i publicznie upokorzona. Po kolejnym załamaniu Carla dostaje od koleżanki zestaw ćwiczeń oddechowych wykorzystywanych przez wojsko („Skoro działają u marines, pomogą i tobie!”). Ofiarę mobbingu próbuje się przenieść do innego działu zupełnie nieodpowiadającego jej kompetencjom – zamiast zająć się jej oprawczynią. Prezes, który deklaruje dbałość o wydajność, przepala raz za razem budżet promocyjny dla własnego ego.
Wisienką na torcie biurowego absurdu jest niezręczna, nienaturalnie wydłużona, komiczna scena spotkania prezesa z kierowniczką HR zainscenizowana na potrzeby promocyjnego klipu. Bohaterowie Lindona i Rohrwacher mają odegrać przed kamerami ciepłą i autentyczną interakcję podczas omawiania raportu. Po kilkunastu dublach rodem z „Próby generalnej” Nathana Fieldera Carla zaczyna opowiadać szefowi przepis na włoską carbonarę, po czym obydwoje nerwowo chichoczą nad tabelkami z Excela przed rozkładającą bezradnie ręce ekipą filmową.
Tragikomiczna konwencja nie przykrywa subtelnych rejestrów, w jakie wchodzi rola Rohrwacher. Aktorka tworzy bohaterkę, której neurozy można kroić nożem, a jednocześnie wygrywa jej dylematy z lekkością, która aż prosi się o aktorską nagrodę na festiwalu (aktorka ma już na swoim koncie Puchar Volpiego za kreację w „Złaknionych” Saverio Costanzo). W swoim perfekcjonizmie Carla jest jednocześnie Fletcherem i Neimannem z „Whiplash” Damiena Chazelle'a. Zamknięta w koszmarze produktywności, przekonana, iż o wartości człowieka świadczą wyłącznie jego osiągnięcia, przenosi swoją frustrację na syna, tworząc zamknięte błędne koło przemocy. Kiedy w kluczowej, jedynej rozgrywającej się poza przestrzenią biura scenie kamera filmuje w jednym, długim ujęciu wyłącznie jej reakcję, od Włoszki nie sposób oderwać wzroku.
Pewność reżyserskiej ręki sprawia, iż Brizé potrafi przezwyciężyć wewnętrzne sprzeczności swojej historii i zrównoważyć groteskę z realizmem. Mimo farsowej konwencji stworzeni przez reżysera do spółki ze współscenarzystami Coralie Amédéo i Olivierem Gorce bohaterowie pozostają postaciami z krwi i kości. Ich porażki, bezsilność i neurozy wzbudzają autentyczne współczucie. choćby jeżeli z bezpiecznego dystansu, jaki zapewnia kinowy ekran, ich pogoń za uszczelnianiem lejków sprzedażowych i optymalizacją kosztów wydaje się absurdalna. A jednak dopóki korporacyjny kołowrotek się kręci, trudno z niego wyjść.
W „Un bon petit soldat” powtarzają się niczym refren ujęcia ludzi-mrówek przesuwających się przez miejską tkankę. Na ruchomych schodach, w środkach transportu, windach, przyklejeni do ekranów przy akompaniamencie coveru „What a Wonderful World” w wykonaniu Ramones. Jak trybiki w maszynie, przypis do klasyki gatunku spod znaku „Dzisiejszych czasów” Chaplina czy „Playtime” Tatiego. Jedną z tych mrówek jest Carla, nowa kierowniczka HR w firmie ubezpieczeniowej. Przypomina trochę bohaterkę krążącego po sieci mema z tagline’em „od dziecka wiedziałam, iż moim prawdziwym powołaniem było maksymalizowanie wartości dla akcjonariuszy”.
Grana przez Albę Rohrwacher kobieta nie odrywa się od ekranu komputera, przez cały film widzimy ją niemal wyłącznie w biurze, gdzie regularnie zostaje również po godzinach. Jej interakcje z bliskimi ograniczają się do wideorozmów z przyjaciółką i byłym partnerem. Synowi nagrywa głosówki. Carli naprawdę zależy na swojej pracy, jest tytułową „dobrą żołnierką”, która wykonuje polecenia przełożonych bez kwestionowania ich. Kiedy okazuje się, iż przygotowana przez nią kampania reklamowa nie spodobała się prezesowi (Vincent Lindon), kobieta jest gotowa poświęcić czas wolny, swoją rodzinę i zdrowie, byleby zadowolić przełożonego i „dowieźć” wynik.
Brizé zbiera obsesje i doświadczenia produkcji rozgrywających się w przestrzeni biurowej z ostatnich lat, zarówno tematycznie, jak i od strony inscenizacyjnej. Twórca „Miary człowieka” kolejny raz wraca do wielokrotnie podejmowanych w swojej filmografii wątków. W „Un bon petit soldat” interesują go przez cały czas przede wszystkim mechanizmy współczesnego kapitalizmu i ich destrukcyjny wpływ na człowieka. Francuski twórca nie popada jednak w swoim sprzeciwie w kaznodziejską zapalczywość. Korzystając z ostrza satyry, zstępuje w kolejne kręgi biurowego piekła. A iż świat korporacyjnej nowomowy i pustych gestów to gotowy materiał na tragikomedię, ogląda się to z nieskrywaną przyjemnością.
Film spina klamra w postaci dwóch spotkań kolaudacyjnych dotyczących kampanii promocyjnej, która obnaża wszystkie grzechy główne portretowanego przez Francuza świata. Jego znakiem rozpoznawczym jest korporacyjna nowomowa, w której słowa odrywają się od swoich pierwotnych znaczeń i stają się komunikacyjną watą, pozbawioną struktury i treści. Pracownicy Amali z uporem godnym lepszej sprawy powtarzają wciąż gesty, których sens wyczerpał się do cna. To rzeczywistość à rebours, gdzie na papierze promuje się inkluzywność, wyrażanie własnego zdania i dobrostan podwładnych (hasło reklamowe nowej kampanii to „Dbamy o klientów. Dbamy o pracowników”). W rzeczywistości korporacja ma do dowiezienia wynik sprzedażowy, a cała reszta to didaskalia.
Są tu sceny rodem z „The Office” czy „Sukcesji”, składające się na śmieszno-straszny obraz korporacyjnej dżungli. Nie bez powodu do produkcji klipu promocyjnego zatrudniono ekipę specjalizującą się w filmowaniu… dzikich zwierząt. Brizé inscenizuje kolejne sceny, jakby kręcił mokument, tnie ujęcia na ostro, kamera pływa, jakby próbowała zapanować nad rozedrganą, niestabilną rzeczywistością. Codzienność firmy ubezpieczeniowej składa się z sytuacji, których bohaterem mógłby być Michael Scott z „The Office”. Pracownica, która nie chce wziąć udziału w „warsztacie ze szczęścia”, zostaje oskarżona o rozbijanie dynamiki zespołu i publicznie upokorzona. Po kolejnym załamaniu Carla dostaje od koleżanki zestaw ćwiczeń oddechowych wykorzystywanych przez wojsko („Skoro działają u marines, pomogą i tobie!”). Ofiarę mobbingu próbuje się przenieść do innego działu zupełnie nieodpowiadającego jej kompetencjom – zamiast zająć się jej oprawczynią. Prezes, który deklaruje dbałość o wydajność, przepala raz za razem budżet promocyjny dla własnego ego.
Wisienką na torcie biurowego absurdu jest niezręczna, nienaturalnie wydłużona, komiczna scena spotkania prezesa z kierowniczką HR zainscenizowana na potrzeby promocyjnego klipu. Bohaterowie Lindona i Rohrwacher mają odegrać przed kamerami ciepłą i autentyczną interakcję podczas omawiania raportu. Po kilkunastu dublach rodem z „Próby generalnej” Nathana Fieldera Carla zaczyna opowiadać szefowi przepis na włoską carbonarę, po czym obydwoje nerwowo chichoczą nad tabelkami z Excela przed rozkładającą bezradnie ręce ekipą filmową.
Tragikomiczna konwencja nie przykrywa subtelnych rejestrów, w jakie wchodzi rola Rohrwacher. Aktorka tworzy bohaterkę, której neurozy można kroić nożem, a jednocześnie wygrywa jej dylematy z lekkością, która aż prosi się o aktorską nagrodę na festiwalu (aktorka ma już na swoim koncie Puchar Volpiego za kreację w „Złaknionych” Saverio Costanzo). W swoim perfekcjonizmie Carla jest jednocześnie Fletcherem i Neimannem z „Whiplash” Damiena Chazelle'a. Zamknięta w koszmarze produktywności, przekonana, iż o wartości człowieka świadczą wyłącznie jego osiągnięcia, przenosi swoją frustrację na syna, tworząc zamknięte błędne koło przemocy. Kiedy w kluczowej, jedynej rozgrywającej się poza przestrzenią biura scenie kamera filmuje w jednym, długim ujęciu wyłącznie jej reakcję, od Włoszki nie sposób oderwać wzroku.
Pewność reżyserskiej ręki sprawia, iż Brizé potrafi przezwyciężyć wewnętrzne sprzeczności swojej historii i zrównoważyć groteskę z realizmem. Mimo farsowej konwencji stworzeni przez reżysera do spółki ze współscenarzystami Coralie Amédéo i Olivierem Gorce bohaterowie pozostają postaciami z krwi i kości. Ich porażki, bezsilność i neurozy wzbudzają autentyczne współczucie. choćby jeżeli z bezpiecznego dystansu, jaki zapewnia kinowy ekran, ich pogoń za uszczelnianiem lejków sprzedażowych i optymalizacją kosztów wydaje się absurdalna. A jednak dopóki korporacyjny kołowrotek się kręci, trudno z niego wyjść.











