Marzena Wachowicz policzyła to jeszcze raz, chociaż wynik nie mógł się zmienić od piętnastu minut. Dwieście dwadzieścia tysięcy złotych. Tyle kosztowała renowacja kamienicy przy Piotrkowskiej, którą zaczęła w kwietniu, licząc na to, iż zdąży przed sezonem wynajmu studenckiego.
Siedziała w swoim biurze rachunkowym na Bałutach, w Łodzi, o dwudziestej pierwszej trzydzieści, kiedy zadzwonił telefon. Zbigniew. Jej zięć, mąż córki, od ośmiu lat współwłaściciel firmy budowlanej, którą Marzena i jej mąż Ryszard postawili na nogi jeszcze w latach dziewięćdziesiątych.
— Mamo, musimy pogadać o udziałach — powiedział bez powitania. — Notariusz mówi, iż da się to zrobić szybko, jeżeli się dogadamy polubownie.
Za oknem przejeżdżał akurat tramwaj linii szóstej, ten sam, którym Marzena dojeżdżała do pracy od dwudziestu lat. Odłożyła długopis.
— Jakie udziały, Zbyszku.
— No moje. Czterdzieści procent firmy. Chcę je wykupić od was po realnej wartości rynkowej, nie po tej śmiesznej sumie, którą zapisaliście w umowie w dwa tysiące siedemnastym.
Marzena zamknęła kalkulator na telefonie. Zapisana suma w umowie z dwa tysiące siedemnastego roku wynosiła sto pięćdziesiąt tysięcy złotych — to były pieniądze, które ona i Ryszard włożyli w firmę, żeby dać zięciowi start, kiedy urodziła się ich wnuczka Zosia. Teraz firma warta była, licząc majątek, kontrakty i flotę koparek, około czterech milionów.
— Czterdzieści procent po realnej wartości to prawie milion sześćset — powiedziała spokojnym tonem, jakim zwykle tłumaczyła klientom różnicę między VAT a marżą. — Skąd masz takie pieniądze, Zbyszku.
— Nie ja mam wykupić, tylko ty i tata macie mi wypłacić różnicę. Bo według prawnika ta umowa z siedemnastego roku jest niekorzystna dla mnie i mogę ją podważyć.
Cisza w słuchawce trwała cztery sekundy. Marzena spojrzała na segregator leżący na biurku — czerwony, z napisem "BUD-MAR Sp. z o.o. — dokumenty założycielskie" — ten sam, który przeglądała wczoraj wieczorem, bo coś ją tknęło, żeby sprawdzić, kiedy dokładnie kończy się kadencja zarządu.
— Zadzwonię do ciebie jutro — powiedziała i się rozłączyła.
***
Historia BUD-MAR zaczęła się w dziewięćdziesiątym trzecim roku, kiedy Ryszard Wachowicz, wtedy elektryk po fachowej szkole, kupił swoją pierwszą koparkę na kredyt zaciągnięty pod zastaw mieszkania teściów. Marzena prowadziła księgowość firmy od zera, siedząc wieczorami przy kuchennym stole z kalkulatorem i segregatorami, podczas gdy ich córka Ania robiła lekcje obok. Firma rosła powoli, uczciwie, kontrakt po kontrakcie — drogi gminne, place pod marketami, w końcu duże zlecenia od miasta.
Kiedy Ania w dwa tysiące szesnastym wyszła za Zbigniewa Kowalika, chłopaka poznanego na studiach budowlanych na Politechnice Łódzkiej, wydawało się to naturalne, iż zięć wejdzie do firmy. Był zdolny, znał się na kosztorysach, umiał rozmawiać z urzędnikami. Rok później Ryszard i Marzena przepisali na niego czterdzieści procent udziałów za symboliczną sumę — prezent, nie transakcja, tak to wtedy nazwali przy wigilijnym stole, kiedy Zosia miała trzy miesiące i spała w koszyku obok choinki.
Nikt wtedy nie pomyślał, żeby zabezpieczyć się klauzulą na wypadek rozwodu córki albo na wypadek, iż zięć uzna kiedyś swój udział za za mały.
A rozwód przyszedł w zeszłym roku. Cichy, bez awantur, bo Ania po prostu spakowała rzeczy Zosi i wyprowadziła się do matki, kiedy dowiedziała się o kobiecie z biura projektowego, z którą Zbigniew spotykał się od dwóch lat. Od tamtej pory Zbigniew mieszkał sam w apartamencie na Widzewie, a w firmie zachowywał się tak, jakby nic się nie stało — przychodził na zebrania zarządu, podpisywał faktury, jeździł służbowym autem.
***
Marzena nie zadzwoniła następnego dnia. Zamiast tego pojechała do kancelarii adwokackiej przy ulicy Kilińskiego, do Doroty Przybysz, z którą znała się jeszcze z czasów, kiedy razem chodziły na aerobik w latach dziewięćdziesiątych.
— Pokaż mi umowę spółki — powiedziała Dorota, kiedy Marzena rozłożyła dokumenty na biurku.
Czytała długo, w milczeniu, podkreślając ołówkiem paragrafy. Za oknem kancelarii ktoś odśnieżał chodnik szuflą, chociaż to był dopiero koniec marca i śniegu było kilka — ostatni, spóźniony atak zimy, jaki Łódź miewa czasem choćby w kwietniu.
— Umowa jest ważna — powiedziała w końcu Dorota. — Zbigniew nie ma żadnej podstawy prawnej, żeby żądać dopłaty. Sto pięćdziesiąt tysięcy w siedemnastym roku było realną wartością rynkową w momencie transakcji, bo firma dopiero wchodziła w duże kontrakty. To, iż wartość wzrosła później, to efekt waszej pracy — twojej i Ryszarda — nie jego.
— Więc może mi grozić czymkolwiek, ile chce.
— Może. Ale jest coś ważniejszego. — Dorota przesunęła palcem po jednym z paragrafów. — Macie w umowie spółki klauzulę, iż w razie rażącego naruszenia interesów spółki przez wspólnika, pozostali wspólnicy większościowi mogą podjąć uchwałę o przymusowym umorzeniu jego udziałów za wynagrodzeniem ustalonym według wartości księgowej, nie rynkowej. Ryszard i ty macie sześćdziesiąt procent głosów. Wystarczy uchwała.
— Rażące naruszenie interesów spółki — powtórzyła Marzena.
— Zbigniew od pół roku wystawia faktury na usługi doradcze dla podwykonawcy, z którym nie macie żadnej pisemnej umowy. Sprawdziłam KRS tego podwykonawcy wczoraj wieczorem, na wszelki wypadek, zanim tu przyjechałaś. Firma należy do jego brata.
***
Zbigniew zadzwonił znowu w piątek, tym razem już nie tak spokojnie.
— Mamo, dlaczego nie oddzwaniasz. Prawnik czeka na odpowiedź.
— Zbyszku, przyjedź w poniedziałek na dziewiątą do biura. Będzie tata, będzie księgowa spółki, będzie moja prawniczka. Porozmawiamy o wszystkim naraz.
— O czym niby wszystkim.
— O udziałach. I o fakturach dla firmy twojego brata Mariusza za usługi, których nikt w naszej firmie nie zlecił i nikt nie widział na budowie.
Cisza tym razem trwała dłużej niż cztery sekundy.
— To nie tak, jak myślisz — powiedział w końcu, a głos mu się zmienił, stracił tę pewność, z jaką dzwonił we wtorek.
— To dokładnie porozmawiamy w poniedziałek. Zabierz swojego prawnika, jeżeli chcesz.
***
W poniedziałek o dziewiątej rano w sali konferencyjnej biura na Bałutach, tej samej, w której osiem lat wcześniej Zbigniew podpisywał umowę spółki przy lampce szampana, siedzieli teraz Ryszard z segregatorem faktur, księgowa BUD-MAR-u Elżbieta Kaczmarek z wydrukami przelewów, Dorota Przybysz z projektem uchwały i sam Zbigniew — bez prawnika, bo jak się okazało, ten, do którego dzwonił, nie chciał brać sprawy po przejrzeniu dokumentów, które mu przysłał.
Marzena postawiła na stole czerwony segregator i otworzyła go na stronie z wykazem przelewów za ostatnie sześć miesięcy. Sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych przelanych na konto firmy Mariusza Kowalika, brata Zbigniewa, za "usługi doradztwa technicznego przy realizacji kontraktów" — bez żadnej umowy, bez żadnego protokołu odbioru, bez śladu, iż taka usługa faktycznie miała miejsce.
— To były konsultacje — zaczął Zbigniew, ale głos mu drżał na pierwszym słowie.
— Konsultacje na sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych, przez firmę, która nie ma żadnego pracownika poza twoim bratem, i której jedynym klientem w tym roku jesteśmy my — powiedziała Elżbieta, kładąc na stole wydruk z KRS.
Ryszard, który przez całą rozmowę milczał, w końcu podniósł się z krzesła. Nie krzyczał. Powiedział tylko cicho, patrząc na Zbigniewa:
— Osiem lat cię uczyłem tej firmy. Osiem lat. A ty zamiast przyjść i powiedzieć, iż potrzebujesz pieniędzy, bo rozwód cię wykończył finansowo, okradałeś nas przez firmę mojego wnuka.
Zbigniew nie odpowiedział. Patrzył na segregator, na wydruki, na twarz Doroty, która już wyjmowała z teczki projekt uchwały.
Dorota przeczytała treść uchwały na głos: przymusowe umorzenie czterdziestu procent udziałów Zbigniewa Kowalika w spółce BUD-MAR z powodu rażącego naruszenia interesów spółki, wynagrodzenie ustalone według wartości księgowej na dzień bilansowy — sto siedemdziesiąt osiem tysięcy złotych, płatne w dwunastu miesięcznych ratach, pomniejszone o kwotę stu dziewięćdziesięciu tysięcy do zwrotu spółce.
— To znaczy, iż ja jeszcze wam jestem winien — powiedział Zbigniew cicho.
— Dwanaście tysięcy złotych — potwierdziła Elżbieta. — Chyba iż wolisz, żebyśmy zgłosili sprawę na policję i zostawili to sądowi gospodarczemu do rozliczenia razem z odsetkami i ewentualnym zarzutem z kodeksu karnego.
Ryszard i Marzena podpisali uchwałę razem, jednym długopisem, tym samym, którym osiem lat wcześniej Marzena podpisywała umowę przekazującą Zbigniewowi udziały jako prezent na powitanie do rodziny. Zbigniew nie podpisał nic — nie musiał, uchwała nie wymagała jego zgody przy takiej większości głosów.
Wyszedł z sali bez słowa, zostawiając na stole firmowy telefon i kluczyki do służbowego auta.
Trzy tygodnie później Marzena stała na budowie przy Piotrkowskiej, patrząc, jak ekipa kończy tynkowanie ostatniego piętra kamienicy. Zosia, teraz sześcioletnia, biegała między workami z cementem w gumowcach w żabki, a Ania siedziała na murku, popijając kawę z termosu i śmiejąc się z czegoś, co powiedziała matka.
Telefon Marzeny zawibrował — SMS od Zbigniewa. "Przepraszam za wszystko. Mogę zobaczyć się z Zosią w weekend?"
Marzena spojrzała na Anię, podała jej telefon bez słowa. Ania przeczytała, oddała telefon z powrotem i wróciła do kawy.
— To już jego sprawa z Zosią, nie moja z firmą — powiedziała tylko. — Ale dobrze, iż tamten segregator w końcu się przydał na coś więcej niż podatki.











