Biały prostokąt / DekaosDondi

publixo.com 5 godzin temu

Tak z ciekawości,co z tego wyjdzie,
kazałem AI napisać, ciąg dalszy mojej opowiastki:
Seans szalonego Arta.



Horyzont rósł w oczach. Biały, surowy prostokąt odcinał się od ołowianego nieba z chirurgiczną precyzją. Nie było tam chmur, nie było słońca – tylko matowa, gigantyczna ściana, do której pieprzony statek parł z całą mocą swoich niewidzialnych silników.

– To nie jest horyzont – wykrztusił ten sam facet, który wcześniej narzekał na cenę biletów. Jego głos, dotąd donośny i pretensjonalny, teraz załamał się jak sucha gałąź. – To jest ekran. My wciąż jesteśmy w kinie!
– Gówno prawda! – wrzasnął ktoś z tyłu, kurczowo trzymając się oblodzonej barierki. – Dotknij tego drewna! Poczuj ten wiatr! Śmierdzi solą i zdechłą rybą! To jest prawdziwe!

Wiatr faktycznie smagał ich twarze, a pod stopami wyraźnie czuli miarowy, ciężki pomruk kadłuba. Pięćdziesięciu ludzi rozbiegło się po pokładzie, szukając jakichkolwiek drzwi, włazu, schodów pod pokład – czegokolwiek, co nie byłoby litą, czarną stalą. Ale statek był gładki. Przypominał monolityczną rzeźbę wyciosaną z jednego kawałka nocy. Nie było tu kapitańskiego mostka, nie było kół ratunkowych. Tylko oni. I ta przerażająca, biała pustka z przodu.

– Mamo… – pisnęła dziewczynka, ciągnąc kobietę za rękaw. – Te statki na ścianie kamienicy. Te płaskorzeźby.

Kobieta nie odpowiedziała. Wpatrywała się w gładką ścianę burtową statku. Zaczęły na niej pęcznieć drobne, czarne grudki. Wybrzuszały się, jakby coś od wewnątrz napierało na stalową skórę okrętu. Po chwili formowały się w kształty. Litery. Pokraczne, odręczne litery, dokładnie takie same, jak na wyrwanej z zeszytu kartce ogłoszenia.

„Czytaliście, by przeżyć seans. Teraz musicie czytać, by przeżyć podróż” – głosił napis, który wykwitł wzdłuż całego pokładu.

– Oszaleję, no po prostu oszaleję! – starszy mężczyzna w okularach zaczął okładać pięściami burtę. – Co to ma być? Jaki znowu seans?! Przecież skończyliśmy! Gong był!
– Gong ogłosił koniec halucynacji, panie dalekowidzu – odezwał się cichy, chłodny głos, który zdawał się dobiegać prosto z głośników ukrytych w ich własnych głowach. – A to tutaj, to już rzeczywistość. Moja rzeczywistość.
– Szalony Art… – szepnęła matka dziewczynki, tuląc małą do siebie.
– Inteligentna z ciebie kobieta – pochwalił głos. – Szkoda, iż tak mało spostrzegawcza. Czy nikt z was, szanowni wybrańcy, nie zauważył, iż wasze książki miały puste strony? Płaskie, białe kartki. Przez całą godzinę czytaliście własny strach. Sami napisaliście scenariusz tamtej rzezi. A teraz wasz lęk zmaterializował się pod waszymi tyłkami. Płyniecie na pokładzie własnej głupoty, prosto w paszczę czystego płótna.

Statek szarpnął. Biały prostokąt przed nimi nie był już daleko. Znajdował się zaledwie kilkadziesiąt metrów od dziobu. Nie było widać, co jest za nim. Tylko oślepiająca, mleczna nicość.

– Co tam jest?! – wrzasnął tłum, rzucając się w stronę rufy. – Co jest za ekranem?!
– Koniec filmu – odparł Szalony Art, a w jego głosie po raz pierwszy dało się słyszeć nutę głębokiego, wręcz nieludzkiego smutku. – Albo początek nowej powieści. Zależy, jak gwałtownie potraficie biegać w kółko.

Dziób statku z potwornym, suchym trzaskiem uderzył w białą gładź horyzontu. Ale ekran nie pękł. Zaczął się rozrywać, jak wielkie płótno, odsłaniając to, co znajdowało się po drugiej stronie.
Zgromadzeni na pokładzie zamarli. Przez rozdartą biel zobaczyli z góry Okrągłą Bibliotekę. Zobaczyli podwyższenie, pusty projektor i... samych siebie. Pięćdziesiąt ciał siedzących bezruchu na podłodze, z otwartymi szeroko oczami, wpatrzonych w pusty ekran.
A nad nimi, z drabinki pod sufitem, Szalony Art właśnie celował w ich fizyczne głowy z ciężkiego, srebrzystego rewolweru.

– Mamo – szepnęła dziewczynka, patrząc na swoją własną postać siedzącą na dole w kinowej sali. – Ten pan na dole właśnie odbezpiecza broń.

– Czytajcie! – wrzasnął ktoś w totalnej panice, choć na burtach nie było już żadnych liter. – Na miłość boską, niech ktoś zacznie cokolwiek mówić! Twórzcie tekst! Twórzcie tekst, bo nas pozabija!

Idź do oryginalnego materiału