Ten dokumentalista w przesadne PR-y się nie bawi. Czy za lepik dla publiczności może wystarczyć "dokument o betonie zrealizowany według zasad wyniesionych z warsztatów pisania i sprzedaży filmów Hallmarku"? Nie ma co ukrywać, seksowne to jak schnąca kałuża, ale kto miał okazję zapoznać się z "Dobrymi radami Johna Wilsona" zaklętymi w pieruńsko dobrym serialu HBO, ten wie, iż u tego kronikarza nowojorskości pozory muszą mylić. Tak jest i tym razem. Swoim pełnometrażowym debiutem John Wilson dowodzi, iż bezmyślnie deptany przez nas beton skrywa głębię, w której człowiek myślący powinien się czasem zanurzyć.
Brzmi jak prowokacja? Pewnie tak jest. W "Jak zrobić film o betonie" ukryty za kamerą Wilson – nieśmiały melancholik katalogujący detale wielkomiejskiej rzeczywistości – szukając tematu na dokument, lawiruje między wideokonferencją z producentami kręconego właśnie filmu, spotykanymi na ulicy przechodniami a studiem nagraniowym niesławnych produkcji Hallmarku. Narratywizując własne wahania twórcze, oczy ma szeroko otwarte, a ciekawość niezaspokojoną. Zbija bąki wśród klasy pracującej, słucha wykładów o betonie na Marsie, oczyszcza chodniki z zaschniętych gum do żucia, cytuje Guya Deborda, spotyka Elvisa Presleya i Kim Kardashian, przygląda się buddyjskiej samsarze, trafia też do zakładu konserwującego tatuaże osób zmarłych… W tej galerii fenomenów i dziwadeł Nowy Jork jest mu stałym towarzyszem: stolicą absurdów, katalogiem analogii i księgą egzystencjalnych metafor.
Nie powinno więc dziwić, iż fundament i spoiwo wielkomiejskiej komedii obserwacyjnej odnajduje w betonie. To materiał niemal wszechobecny, a tak niezauważalny; choć z początku bezkształtny, może okazać się trwalszy od epok; nieznośnie stabilny, a tak przecież kruchy; zasłania brzydotę, choć sam jest tak brzydki; choć deptany, nierzadko pnie się ku niebu. Wilson kataloguje betonowe funkcje i konteksty. Składa z nich egzystencjalny słownik (i jest w tym zaraźliwy). Maluje tym samym zbiorowy portret ludzkości, z jej głupotkami, pragnieniami, ambicjami i kompleksami.
Nadążanie za jego strumieniem świadomości to przygoda. Dostajemy – ni mniej, ni więcej – 101-minutowy odcinek "Dobrych rad…", z tą samą intelektualną energią i nieporadnym stylem opowiadania. Jest przezabawnie, często refleksyjnie, nigdy kpiarsko. Dzięki prowadzonej z ręki kamerze zawieszamy oko na tym, co zwykle oku umyka. Gagi oparte na błyskotliwej korespondencji ulicznej obserwacji i słownego komentarza to już znak rozpoznawczy tego twórcy. W jego strumieniu świadomości jest dynamika adekwatna tablicy w mediach społecznościowych, ale chaos ulicy Wilson autotematycznie opatruje znakiem zapytania: czy z codzienności zawsze da się uformować sensy?
Dla dokumentalisty tak pomysłowego jak Wilson odpowiedź nie może być jednoznaczna – choćby jeżeli dzięki mistrzowskiemu montażowi skojarzeń wydaje się twierdząca. Jego dzieło jest rozlane na zbyt dużej powierzchni, brakuje mu gładkości, tkanka łączna między poszczególnymi wątkami bywa zbyt luźna, ale Wilson uprzedza nasze utyskiwania. Przyznaje, iż to szpachlowanie dokumentalnych nierówności jest dla niego tematem. Nie może być inaczej: samo życie bywa przecież tak chropowate, iż od szlifowania idzie się czasem zakrztusić. jeżeli świat to wieczny plac budowy – czemuż z jego partyzanckim dokumentowaniem miałoby być inaczej?
Koniec końców "Jak zrobić film o betonie" okazuje się pamiętnikiem walczącego o przetrwanie filmowca, przaśnym kadrem (bo nie pocztówką) z miasta-ikony i najbardziej pokawałkowaną pochwałą rozpadu, jaką dane wam będzie oglądać. To autotematyczna opowieść o szukaniu (życiowych, artystycznych, egzystencjalnych) struktur, o godzeniu się na chaos i o akceptacji nietrwałości. Całkiem niemało jak na film o cemencie, piasku i wodzie, nieprawdaż?
Brzmi jak prowokacja? Pewnie tak jest. W "Jak zrobić film o betonie" ukryty za kamerą Wilson – nieśmiały melancholik katalogujący detale wielkomiejskiej rzeczywistości – szukając tematu na dokument, lawiruje między wideokonferencją z producentami kręconego właśnie filmu, spotykanymi na ulicy przechodniami a studiem nagraniowym niesławnych produkcji Hallmarku. Narratywizując własne wahania twórcze, oczy ma szeroko otwarte, a ciekawość niezaspokojoną. Zbija bąki wśród klasy pracującej, słucha wykładów o betonie na Marsie, oczyszcza chodniki z zaschniętych gum do żucia, cytuje Guya Deborda, spotyka Elvisa Presleya i Kim Kardashian, przygląda się buddyjskiej samsarze, trafia też do zakładu konserwującego tatuaże osób zmarłych… W tej galerii fenomenów i dziwadeł Nowy Jork jest mu stałym towarzyszem: stolicą absurdów, katalogiem analogii i księgą egzystencjalnych metafor.
Nie powinno więc dziwić, iż fundament i spoiwo wielkomiejskiej komedii obserwacyjnej odnajduje w betonie. To materiał niemal wszechobecny, a tak niezauważalny; choć z początku bezkształtny, może okazać się trwalszy od epok; nieznośnie stabilny, a tak przecież kruchy; zasłania brzydotę, choć sam jest tak brzydki; choć deptany, nierzadko pnie się ku niebu. Wilson kataloguje betonowe funkcje i konteksty. Składa z nich egzystencjalny słownik (i jest w tym zaraźliwy). Maluje tym samym zbiorowy portret ludzkości, z jej głupotkami, pragnieniami, ambicjami i kompleksami.
Nadążanie za jego strumieniem świadomości to przygoda. Dostajemy – ni mniej, ni więcej – 101-minutowy odcinek "Dobrych rad…", z tą samą intelektualną energią i nieporadnym stylem opowiadania. Jest przezabawnie, często refleksyjnie, nigdy kpiarsko. Dzięki prowadzonej z ręki kamerze zawieszamy oko na tym, co zwykle oku umyka. Gagi oparte na błyskotliwej korespondencji ulicznej obserwacji i słownego komentarza to już znak rozpoznawczy tego twórcy. W jego strumieniu świadomości jest dynamika adekwatna tablicy w mediach społecznościowych, ale chaos ulicy Wilson autotematycznie opatruje znakiem zapytania: czy z codzienności zawsze da się uformować sensy?
Dla dokumentalisty tak pomysłowego jak Wilson odpowiedź nie może być jednoznaczna – choćby jeżeli dzięki mistrzowskiemu montażowi skojarzeń wydaje się twierdząca. Jego dzieło jest rozlane na zbyt dużej powierzchni, brakuje mu gładkości, tkanka łączna między poszczególnymi wątkami bywa zbyt luźna, ale Wilson uprzedza nasze utyskiwania. Przyznaje, iż to szpachlowanie dokumentalnych nierówności jest dla niego tematem. Nie może być inaczej: samo życie bywa przecież tak chropowate, iż od szlifowania idzie się czasem zakrztusić. jeżeli świat to wieczny plac budowy – czemuż z jego partyzanckim dokumentowaniem miałoby być inaczej?
Koniec końców "Jak zrobić film o betonie" okazuje się pamiętnikiem walczącego o przetrwanie filmowca, przaśnym kadrem (bo nie pocztówką) z miasta-ikony i najbardziej pokawałkowaną pochwałą rozpadu, jaką dane wam będzie oglądać. To autotematyczna opowieść o szukaniu (życiowych, artystycznych, egzystencjalnych) struktur, o godzeniu się na chaos i o akceptacji nietrwałości. Całkiem niemało jak na film o cemencie, piasku i wodzie, nieprawdaż?














