Berlin Columbiahalle Alter Bridge – bliskość, dźwięk i srebrny lis na scenie.

strefamusicart.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: Milse


Milesa widziałam dwa lata temu. Miał wtedy jeszcze wyraźnie ciemniejsze włosy. Dziś dość mocno posiwiał i stał się pełnoprawnym „srebrnym lisem”. I choć czas odcisnął ślad na jego fryzurze, to absolutnie nie zrobił tego na jego formie. Kondycja – znakomita. Zresztą nie tylko jego. Wszyscy wyglądali fantastycznie, jakby lata grania w trasach w ogóle nie odcisnęły piętna czasu . A głos Milesa? Niezmienny.

Największe wrażenie zrobiło jednak coś innego – scena. Niewielka. Kameralna. Taka, na której czujesz, iż nie oglądasz zespołu z dystansu, tylko niemal uczestniczysz w tym, co dzieje się między nimi. Ta bliskość robi ogromną różnicę. Widzisz każdy gest, każdy uśmiech, każde porozumiewawcze spojrzenie między muzykami. Tremonti często się uśmiecha. Jest bardzo pozytywny.

Ciekawie wyglądała perkusja Scotta Philipsa umieszczona za szklaną ścianą (drum shield), która gwarantuje izolację potężnego ciśnienia dźwięku perkusji od otwartego mikrofonu Milesa. Zakres i dynamika wokalu Milesa wymaga takiej ochrony. Brian Marshall grał swoje basowe partie w koszulce zespołu Faith No More – zespołu, który podziwiam, którego nie widziałam i pewnie już nie zobaczę na żywo.

Koncert zaczyna się bez zbędnych wstępów – od utworu z nowej płyty. Dopiero później Miles wita się z publicznością i mówi o powrocie do trendów z początków zespołu, do brzmień z pierwszego albumu. I rzeczywiście – w nowych kompozycjach słychać ten powrót. Jest w nich coś surowego, pierwotnego, co przypomina początki Alter Bridge, zanim stali się wielką koncertową machiną.

Wokal Milesa to osobna historia. Potrafi jednocześnie zachwycać i… drażnić. Są momenty, w których jego głos staje się bardzo wysoki, niemal piszczący, tak intensywny, iż aż wierci dziurę w głowie. I chwilę później przychodzi fragment, w którym człowiek łapie się na tym, iż stoi z otwartymi ustami, bo nikt inny nie byłby w stanie zaśpiewać tego w taki sposób. To jest właśnie ta specyfika jego głosu – nie jest „ładny”. Jest charakterystyczny, prawdziwy i nie do podrobienia.

Niektóre utwory Miles rozpoczyna tak, jakby chciał nam coś opowiedzieć. Jest tam wiele emocji. Nie śpiewa od razu pełną mocą. Zaczyna spokojnie, niemal intymnie, budując napięcie, jak narrator, który wprowadza słuchacza w historię. Potem następuje to charakterystyczne dla Alter Bridge „boom” – środkowa część utworu eksploduje energią, dynamiką i ciężarem brzmienia. Melodyjność przeplata się z potężnym uderzeniem. To jest moment, w którym czujesz w klatce piersiowej każdy dźwięk.

Nie sposób nie zwrócić uwagi na gitary. Zawsze je podziwiam, ale tym razem miałam wrażenie, iż jest ich jeszcze więcej. Zmieniają je dosłownie jak rękawiczki. Tremonti potrafi zmienić gitarę choćby w trakcie jednego utworu, tylko po to, by zagrać odpowiednią solówkę na adekwatnym instrumencie. Gra na gitarach PRS. To pokazuje, jak bardzo dbają o detale brzmienia. Nic nie jest przypadkowe.

W jednym z utworów Tremonti śpiewa i jednocześnie gra. To moment, który przyciąga uwagę – nie tylko dlatego, iż jego głos dobrze kontrastuje z głosem Milesa, ale też dlatego, iż widać, jak bardzo jest zaangażowany w każdy dźwięk, który wydobywa z gitary.

Ten koncert nie był spektakularny w rozumieniu wielkich efektów, świateł i scenicznego rozmachu. Waśnie dlatego był tak dobry. Bo tutaj najważniejsza była muzyka, relacja między muzykami kiedy to razem stają obok siebie nawiązują kontakt i grają jeden w jeden. Niesamowita symbiozę tworzą w tym momencie. Zerkają na siebie nawiązują, kontakt wzrokowy, uśmiechają się do siebie. Fantastyczny kontakt z publicznością.

Zobaczyć Alter Bridge na tak niewielkiej scenie to było coś naprawdę wyjątkowego. Takie koncerty zostają w pamięci na długo – nie dlatego, iż były największe, ale dlatego, iż były najbliżej. Kiedy pod koniec koncertu wylądowałam pod samą sceną, moje emocje sięgnęły zenitu. Jestem tak blisko moich idoli. Nic się nie liczy w tym momencie. To przebywanie tak blisko tworzy niesamowitą więź. Artysta jest na wyciągnięcie ręki. Czuje się jakby miało się z nim bezpośredni kontakt, a cała reszta nie istnieje. nieje. Koncert kończy się, artyesi żegnają się. Fantastyczne zakończenie.
Myślę, iż spotkam AB jeszcze nie jeden raz. To jest pewne, na bank.

Relacja i Foto: Ewa Szatkowska

Idź do oryginalnego materiału