Behemoth powraca z „I, Scvlptor”. Między nowością a historią

strefamusicart.pl 55 minut temu
Zdjęcie: Behe


Kiedy przyszło hasło z recenzją nowego materiału grupy BEHEMOTH, zostałem trochę zaskoczony – przecież Nergal et consortes wcale niedawno wydali 'The Shit ov God', a sam Nergal zabiera szyld „Behemoth” w koncertowe wspominki po jubileuszowej płycie 'Sventevith (Storming Near the Baltic)' – skąd więc czas i moce na nowy materiał!? Ano, bo nowość jest tutaj umowna, skoro 'I, Scvlptor' to EP-ka, i tylko w pewnej części autorsko nowa.
Jak enigmatyczny tytuł może sugerować, jest rzeźbą powstałą z blackmetalowej gliny, wydłubanej z mroków kopalni smoły i siarki „Behomoth”: w jej skład mineralny wchodzą nowe utwory, remake’i sprzed lat, powrót do poprzedniej płyty, a choćby kooperacje w ramach coverów i utworu live.

Pierwsza nowa kompozycja, tytułowa dla wydawnictwa, wita słuchacza groźno-orkiestrowym wstępem, po którym dosłownie wcinają się gitary zapowiadające riff w tempie zaskakująco nieprzesadnie zawrotnym. Nastrojową odmianą jest „refren” melorecytowany zjadliwym tonem – aż strach się dopytywać, co też tworzy i z jakiej materii tytułowy Rzeźbiarz… Na pewno nie brakuje mu natomiast (nie)świętego skupienia, bo utwór utrzymuje się w niespiesznym rytmie, z okolicznościowym „huraganem” perkusji, jakże pożądanym w black metalu!

Nergal musiał się przejąć doniesieniami o rozpadzie grupy Riverside, skoro następny utwór otworzył… czystymi wokalami(!), nadającymi kompozycji zabarwienia metalu progresywnego(!!) Ale wraz z rozwojem kompozycji, zbliża się ona do innej klasyki polskiego metalu, blastując w kierunku death metalu z zapasów zespołu Vader(!!!) a wokale Nergala przypominają wyraźnie artykułowany growl Petera(!!!!)
Jak nie jestem fanem barokowego rozwlekania kompozycji, zwłaszcza w ekstremalnych odmianach muzyki, tak w przypadku „Lord ov the Horizon” jakieś dodatkowe 2 minuty na dramatyczne domknięcie byłoby lepszym pomysłem od zastanego nerwowego ucięcia.

Po dwóch nowościach następuje sentymentalna podróż w głąb dyskografii: do demo 'The Return of the Northern Moon' z 1993 roku oraz płyty 'Pandemonic Incantations' z 1998.
Ciekawy okres, kiedy zainteresowania muzyczne i światopoglądowe zespołu przechodziły z pogańskiego black metalu w satanistyczny death/black. To porównanie współczesności z historią i dokument zmian zespołu przynoszą interesujący wniosek, jakoby Behemoth „z wiekiem” stawiał bardziej na nastrój i klimat w muzyce, osiągane dodatkowymi efektami (skryte gdzieś w tle klawisze, melorecytacje i czyste wokale) niż na zawrotne tempa i muzyczny blitzkrieg, którego przykładem jest wypełnione skrzeczącym growlem i blastami „Rise of the Blackstorm of Evil” oraz „In Thy Pandemaeternum”. Aktualny styl Behemotha rysuje się raczej jako podniosły i monumentalny, niemalże gotycki – w znaczeniu ogólnego nastroju, nie stricte muzycznie – podczas gdy te dwie kompozycje to przypomnienie czasów… czystej piekielnej furii.

W ciągu niecałego roku od wydania poprzedniej płyty długogrającej, upłynęło kilka czasu żeby nowy materiał zabrzmiał odmiennie od zaprezentowanej poprzednio muzyki – co pokazały nowe utwory otwierające EP-kę – a jednak „odrzut” okazuje się całkiem odmienny od stylu płyty długogrającej. W „Begotten” zaskakuje… melodyjność wokali, nieczęsto goszcząca w twórczości Behemotha, jak i klasyczne heavy metalowe zagrywki gitarowe – niewykluczone, iż utwór uznany został przez autorów za zbytnio heavy metalowy i jako taki nie trafił na płytę, choć wcale nie jest złym utworem – ze zdziwieniem odkrywam wręcz, iż ta najkrótsza na 'I, Scvlptor', kompozycja może być całkiem przyjemnym epizodem tegoż wydawnictwa.

Cóż można napisać o następujących później coverach: „In League with Satan” VENOM oraz „The Return of Darkness and Evil” BATHORY…? Można wrzucić garść ciekawostek, iż pierwszy zarejestrowano (i zrealizowano teledysk) z gościnnym powarkiwaniem Shagratha z DIMMU BORGIR, co potwierdza i umacnia pozycję Behemotha na światowej scenie black metalu. Drugi utwór, przygotowany jako hymn Mystic Festival 2025, tutaj zaprezentowany z Aten w 2026 roku, ze współudziałem Rotting Christ, ma za zadanie potwierdzić także koncertową kondycję Behemotha.
Czy warto natomiast wprowadzać rozważania o nagraniu przez zespół z 35-letnim stażem utworów zespołów kształtujących jego pogląd muzyczny i ideologiczny, na ile zrobił to dobrze, adekwatnie czy należycie…? Pozostawiam to uszom i sumieniom słuchaczy…

Choć czas spędzony z nowymi dźwiękami Behemotha nie był stracony, to nie bardzo rozumiem idei towarzyszącej temu wydawnictwu… Chyba stanowi swoistą formę przypomnienia się słuchaczom, choć muzycznie i kulturowo Behemoth wciąż jest obecny w świadomości fanów i nigdzie się nie wybiera. Tę mała płytkę łatwiej opisać jako prezent dla fanów-kolekcjonerów niż ocenić jako pełnoprawny wkład w autorską dyskografię – poza dwiema kompozycjami, zawartość może z powodzeniem stanowić dodatki do następnej płyty długogrającej.

Spis utworów:

1. I, Scvlptor [04:54]
2. Lord ov the Horizons [04:42]
3. Rise of the Blackstorm of Evil [05:11]
4. In Thy Pandemaeternvm [05:05]

5. Begotten [03:49]
6. In League with Satan (Venom cover) [04:26]
7. The Return of Darkness and Evil (Bathory cover) (live) [04:59]
8. Lord ov the Horizons (Rough mix) [04:41]

Recenzja Dawid

Idź do oryginalnego materiału