Baw się dobrze i przeżyj – recenzja filmu. Dno i kocie genitalia

popkulturowcy.pl 2 godzin temu

Najnowsza propozycja Gore’a Verbinskiego ze wszystkich sił stara się zostać filmem ponadczasowym. Problem w tym, iż próbuje to robić tak mocno, iż aż jej to nie wychodzi.

Film Baw się dobrze i przeżyj opowiada historię podróżnika w czasie – tajemniczego „mężczyzny”, który ciągle wraca do tej samej kawiarni gdzieś w Los Angeles, werbując do swojej misji za każdym razem innych cywili. Próba, którą my śledzimy, jest jego 117. podejściem do uratowania świata przed samoświadomą AI. Podejście te jest o tyle wyjątkowe, iż po raz pierwszy bierze pod swoje skrzydła kogoś, kto wydaje się zupełnie tam nie pasować…

Ciekawym aspektem produkcji, jest jej dynamika. Już od samego początku widzowi prezentowany jest chaos i nieład, który niejako definiuje Baw się dobrze i przeżyj. Problem w tym, iż cechy te wybrzmiewają tak mocno, iż zamiast działać na plus, zmieniają film w coś, co praktycznie nie ma sensu.

Ale zanim do tego przejdę, chciałbym pochwalić świetną zabawę konwencją podróży w czasie. Sam Rockwell, wcielający się w głównego bohatera – podróżnika z przyszłości – idealnie odgrywa swoją rolę. Jego chaotyczne zachowanie i niebranie wszystkiego na poważnie wypada świetnie. Bardzo podoba mi się kierunek, który tu obrano. Podróżnik, który ponad sto razy był w tym samym miejscu i ponad sto razy przeżywał podobną historię, w końcu przestaje być poważnym żołnierzem. Zamiast tego staje się kimś na pograniczu zabawnego mesjasza, który wskazuje drogę wybrańcom mającym zatrzymać zbliżającą się apokalipsę.

Podobne odczucia mam co do wyboru kompozytora. Geoff Zanelli stworzył muzykę, która pozwala nam lepiej poczuć klimat całej produkcji i zostaje z nami na długo po seansie. Najlepiej wypadają utwory Man From The Future i Run, Piggies! – kompozycje, które swoim brzmieniem bardzo wpisują się w klimat filmów sci-fi z początku lat 2000. Niestety, mam wrażenie, iż te dwa utwory są mocno nadużywane w trwającej nieco ponad dwie godziny produkcji. Przez to po czasie, zamiast wzbudzać pozytywne konotacje, jak na początku, zaczynają męczyć. Szkoda, bo album stworzony specjalnie na potrzeby filmu zawiera wiele innych, ciekawych tytułów, które nie zostały wystarczająco dobrze zaprezentowane.

fot. kadr z filmu

I na tym kończą się pozytywne aspekty Baw się dobrze i przeżyj. Scenariusz wydaje się stworzony przez AI – jest sztampowy i schematyczny, podobnie jak rozwiązania fabularne. Produkcja z jednej strony stara się być czymś wielkim, czymś, co zostanie z ludźmi na dłużej. Z drugiej jednak nie robi w tym kierunku nic poza charakterystycznymi kostiumami. Muszę przyznać, iż ten fakt mocno boli.

Produkcja zapowiadała się naprawdę dobrze. Podróżnik w czasie ratujący świat z garstką przypadkowych ludzi z knajpy w LA – to brzmi jak przepis na coś naprawdę wielkiego. Tymczasem otrzymaliśmy film, który idzie utartym schematem. Bohaterowie zmierzają z punktu A do punktu B, a po drodze całkowitym przypadkiem znajdują przedmioty, które ratują ich z opresji. Tak było np. w przypadku historii Marka i Janet (Michael Peña i Zazie Beetz) – pary nauczycieli, których kolega akurat miał przy sobie dwa blastery zdolne wyłączać telefony. Film posiada więcej takich momentów, gdzie wszystko jest podsuwane bohaterom pod nos, dzięki czemu bez trudu są w stanie przetrwać nadciągające zagrożenie. Ale, co ciekawe, ma to swoje wytłumaczenie.

Reżyser stara się przedstawić historię, w której AI jest w stanie stworzyć wszystko, co wyobrażą sobie ludzie. Od wymienionych przeze mnie blasterów po gigantycznego kota, złożonego z miliona innych futrzaków, z wielkim przyrodzeniem (tak, to zostało zaznaczone w filmie). Pojawia się tutaj jednak mały problem – jak to ma działać? Na jakiej płaszczyźnie się aktualnie znajdujemy i gdzie w tym wszystkim są bohaterowie? Czy to wytwór sztucznej inteligencji, a jedynym żywym człowiekiem jest podróżnik? Na te pytania nie dostajemy odpowiedzi. Zamiast tego reżyser przedstawia zakończenie sugerujące, iż ta historia miała potoczyć się inaczej i będzie potrzebna kolejna próba. Wszystko, co przed chwilą obejrzeliśmy, nie miało więc żadnego znaczenia.

fot. kadr z filmu

Z tym muszę się zgodzić. Historia filmu nie ma żadnego sensu. Sama konwencja podróży w czasie bardzo mi się podoba. Natomiast fabuła, którą wymyślił Matthew Robinson, wydaje się jakimś szalonym tworem sztucznej inteligencji, którego bezsens zauważamy niemal na każdym kroku. Co ciekawe, nie widzimy tego jedynie w kontekście głównej osi fabularnej. To samo widzimy w przypadku mini-historii mających przybliżyć nam sylwetki towarzyszy podróżnika. Żadna z opowieści wydaje się nie pasować do pozostałych. Zupełnie jakby każdy z bohaterów pochodził z całkiem innej rzeczywistości. Natomiast knajpa, w której wszyscy się znaleźli, była jakimś międzywymiarowym miejscem spotkań.

W jednej historii widzimy świat ze złymi nastolatkami, którzy mają wszystko w nosie i nie widzą świata poza swoimi telefonami. Reżyser zrobił z młodzieży istne monstra, które przez „złe telefony” stały się zombie. Nie ma tam nikogo, kto jakkolwiek wyróżniałby się na tym tle. Każdy, kto jest w wieku nastoletnim, jest taki sam. Inna historia opowiada o szkolnych strzelaninach jako o czymś, co jest już całkowicie normalne. A zamordowane dzieci można zamienić na klony, które rodzice traktują jak pupile. Śmieją się z nich i robią żarty. Zupełnie tak, jakby nie pamiętali, iż ich ukochane pociechy zostały brutalnie zabite w szkolnej masakrze… Co więcej, pojawiają się głosy mówiące o tym, iż choćby dzieci odpowiedzialne za strzelaniny otrzymują swoje klony, bo potrzebuje ich rząd.

fot. kadr z filmu

Z początku może to brzmieć jak szalony komentarz do obecnej sytuacji w USA. W rzeczywistości jednak to tani chwyt mający wzbudzić w widzu skrajne emocje. Nie wspominając już choćby o tym, jak stereotypowo zostało to wszystko przedstawione. Ale może właśnie o to chodziło? Może tak AI rozumie świat, w którym w tej chwili żyjemy? Muszę przyznać, iż sam pomysł może nie był zły, ale wykonanie wypadło tragicznie. Wątki te wydają się wrzucone na siłę i stworzone tylko po to, aby posłużyły na koniec filmu jako pewien foreshadowing. Szkoda, bo był potencjał na coś większego.

Baw się dobrze i przeżyj to film wyjątkowo… okropny. Sam pomysł na historię, mimo swojej sztampowości, miał szansę na stanie się czymś wyjątkowym. Niestety Verbinski i Robinson stworzyli gniot, który gwałtownie zniknie z pamięci widzów. Ale może to i lepiej. Dałbym wszystko, żeby zapomnieć o wielkich kocich genitaliach dyndających na tle zachodzącego słońca…


Fot. główna: grafika własna

Idź do oryginalnego materiału