Dowiedzieliśmy się, iż w modzie są aktualnie zbroje (Polska, Austria) i maski (Austria, Szwecja, choć Lordi – goście specjalni jubileuszowej edycji – od lat noszą jedno i drugie). Potwierdzili, iż drogą galę trzeba do bólu sztukować tanimi i tandetnymi wizualizacjami AI. Że wreszcie europejskie osoby śpiewacze mniej świecą golizną, a w Karpatach szczyty osiągnęła niezdrowa fascynacja duszeniem, o czym świadczą utwór „Choke Me” Rumunii i plastikowe maski tancerzy zwycięskiej Bułgarii. I iż podoba się to – co więcej – w całej Europie, dając odpowiednio trzecie i pierwsze miejsce.
Czytaj także: Eurowizja znów zadziwia. Wygrywa Bułgaria, Izrael drugi. Szemplińską docenili jurorzy
Biznes jest ważniejszy niż wartości
Nade wszystko jednak dowiedzieliśmy się jednego: sprawna ochrona i skuteczna praca realizatorów na gali mogą sprawić, iż żadne hasło w stylu „stop genocide” i „free Palestine” nie trafi na antenę. Fizycznie artyści byli w Wiedniu, ale mentalnie gala, sponsorowana przez izraelską firmę kosmetyczną, kreowała atmosferę fałszywej apolityczności, podążając za narracją gabinetu uwielbiającego ten konkurs Beniamina Netanjahu.
Pod nieobecność pięciu ważnych państw (w tym współlidera klasyfikacji wszech czasów, Irlandii) Europejska Unia Nadawców zdecydowała, iż biznes jest ważniejszy niż wartości, a nie każda wojna jest równa. Rosjanie od lat są za burtą, a Izrael nie tylko nie dostał ostrzeżenia, ale demonstracyjnie niemal wygrał konkurs po raz kolejny, jak przed rokiem magicznie windując się dzięki głosowania publiczności na drugie miejsce. Tu trzeba odnotować gest polskiego jury, które przyznało – jako jedyne! – 12 punktów Izraelowi. Niezależnie od wartości artystycznej izraelskiej piosenki trudno się to komentuje.
Gest polskiego jury był prawdopodobnie próbą skompensowania wirala, jakim stała się reakcja polskiej uczestniczki Alicji Szemplińskiej na zadane w kuluarach pytanie „co powie fanom w Izraelu”. Polka w odpowiedzi „zapowietrzyła się” w bardzo naturalny sposób, uśmiechnęła znacząco do kamery i poprosiła o wsparcie swój team. W ten sposób przez zasieki kryzysowego PR-u Eurowizji subtelnie przeniknęło do nas coś z prawdy o tym konkursie: działania Izraela to dla artystów temat co najmniej niewygodny. Nic tego nie przykryje – choćby cztery warstwy realizacyjnego lukru, nieśmieszni prowadzący, ognie i efekty stosowane w nadmiarze, a choćby finałowy występ dawnych gwiazd Eurowizji, które wyglądały razem niczym zlot cosplayerów uniwersum Marvela.
Alicja z tarczą
Muzycznie poziom imprezy pozbawionej pięciu istotnych państw był dość niski. Ale konkurs w swojej 70. edycji pokazał oczywiście eurowizyjne swoje DNA. Bo cała zabawa działała jak algorytm sztucznej inteligencji, zanim spowszedniała AI: jeżeli kołacze nam po głowie pytanie „gdzie ja to już słyszałem?”, to jesteśmy we adekwatnym miejscu, na Eurowizji. Tylko tutaj wymyśla się proch na nowo co roku.
Australia zaprezentowała więc nową Celine Dion, Albania – nowego Bregovicia. Włochy połączyły w jednej osobie Zenka Martyniuka z Jerzym Połomskim („Włochy znowu wysłały człowieka, który najwyraźniej zna każdego restauratora nad Morzem Śródziemnym” – błyszczał komentujący galę Artur Orzech), Rumunia ma nowe Evanescence, a Norwegia odkryła po raz kolejny Måneskin, a Austria wymyśliła Billie Eilish w dyskotekowym remiksie. Cypr promował się córką prezenterki kulinarnej, a widząc ją, polscy widzowie mogli się zastanawiać, czy tą prezenterką nie jest aby Magda Gessler. Mołdawia przysłała piosenkę, która jest de facto coverem „Kokomo” The Beach Boys przeniesionym w realia Europy Wschodniej. A Polka, zagadnięta przez zespół z Chorwacji, iż brzmi jak Beyonce, odpowiedziała z dystansem do samej siebie: „Beyonce z Temu”.
Na koniec warto się zatrzymać na moment właśnie nad przypadkiem Szemplińskiej, której piosenka lokowała ją początkowo w rankingach bukmacherów na dole tabeli, a która wyciągnęła kilka „dwunastek” od jury i po rozczarowujących efektach głosowania publiczności skończyła na 12. miejscu. Przedtem jednak pokazała coś, czego do tej pory zawsze nam brakowało – naturalność i niemały luz. W całym tym stającym na palcach, przekrzykującym się i sztucznie podekscytowany, eurowizyjnym gronie, którego bohaterki i bohaterów, włącznie prawdopodobnie z Darą z Bułgarii śpiewającą zwycięskie „Bangaranga”, zapomnimy dość szybko, Alicja wydaje się jedną z nielicznych postaci wychodzących z tegorocznego kryzysowego konkursu z tarczą. Poza tym, iż w zbroi.












