Bajkał i czterysta trzydzieści siedem dni

polregion.pl 9 godzin temu

Kot mojej siostry umarł w niedzielę, dokładnie wtedy, kiedy Pakosińska z trzeciego piętra wylała mu wrzątek na grzbiet. Widziałam to z okna kuchni, bo akurat odcedzałam makaron. Krzyknęłam tak, iż szklanka z herbatą pękła mi w ręku.

Nazywał się Bajkał. Główny, najdroższy, syberyjski, z rodowodem dłuższym niż moja historia kredytowa. Siostra kupiła go jedenaście lat temu w hodowli pod Wrocławiem, za cztery tysiące osiemset złotych. Mówiła, iż to inwestycja, iż będzie z niego wystawowy ojciec kociąt, iż zwróci się w dwa mioty. Nie zwrócił się nigdy, bo Bajkał okazał się mieć jedną wadę: nie znosił innych kotów. Na wystawie dostał dyskwalifikację, bo wyszarpał sędziemu cały rękaw.

Siostra nie chciała go trzymać. Nie po to kupowała. Oddała go matce, a matka, kiedy wyprowadziła się do domu opieki, oddała go mnie. Z rozpiską. Co je, o której, ile razy dziennie trzeba mu zmieniać wodę w misce, bo pije tylko przegotowaną i tylko z porcelany.

Przez pierwsze trzy miesiące siostra dzwoniła raz w tygodniu i pytała, czy jej „inwestycja" żyje. Potem dzwoniła raz na miesiąc. Potem przestała, bo na horyzoncie pojawił się nowy kot z hodowli w Łodzi i cała uwaga przeszła na niego.

A Bajkał został ze mną.

Nienawidziłam go chyba z pół roku. Darł tapetę w przedpokoju. Wchodził na stół i zrzucał filiżanki, wybierał zawsze tę z wzorkiem w chabry, jedyną po babci. Budził mnie o czwartej nad ranem, siadając na piersi i gapiąc się z odległości dziesięciu centymetrów. Potem przestało mi to przeszkadzać. Przyzwyczaiłam się do darcia tapety. Nauczyłam się spać z jedenastoma kilogramami kota na mostku.

Minęło jedenaście lat. Bajkał zestarzał się, ogłuchł na jedno ucho, a jego syberyjska sierść zrobiła się rzadsza, jak stary wełniany sweter. Siostra w tym czasie wyszła za mąż, rozwiodła się, wyszła ponownie, otworzyła salon kosmetyczny i ani razu nie zapytała, co u kota.

A w niedzielę Pakosińska z trzeciego piętra, emerytowana dyrektorka przedszkola, od dwudziestu lat w stanie wojny z każdym, kto ma zwierzę, wylała na niego garnek wrzątku. Bo Bajkał wszedł na parapet przed jej kuchnią. Bo miała dość sierści na wycieraczce. Bo kot to nie człowiek i nie ma praw.

Zadzwoniłam do weterynarza. Za późno.

Siostra dowiedziała się po trzech dniach. Od sąsiadki z naprzeciwka, która wrzuciła zdjęcie na Facebooka z podpisem „nie żyje Bajkał". Siostra zadzwoniła do mnie w środę wieczorem, akurat kiedy wrzucałam jego miskę do zmywarki.

— Słuchaj — powiedziała. — Mam do ciebie sprawę.

Myślałam, iż chodzi o pogrzeb. Że chce zapłacić, iż chce przyjechać, iż może choćby przeprosi, iż przez te wszystkie lata nie zapytała, jak on się miewa.

— Chcę odszkodowania — usłyszałam. — Kot był zarejestrowany na mnie. W dokumentach hodowlanych figuruję jako właściciel. To zwierzę było warte co najmniej sześć tysięcy. Pakosińska musi zapłacić. Musisz iść na policję i złożyć zawiadomienie.

Zamknęłam zmywarkę. Sięgnęłam po tabletkę, ale ręka znalazła zamiast tego gwizdek, który wciąż wisiał na haku przy lodówce, choć Bajkał od lat na niego nie reagował. Zważyłam go w dłoni. Dziewięć gramów plastiku, tyle z niego zostało.

— Lidka — powiedziałam. — Ty choćby nie wiesz, jaki on był koloru.

— Co?

— Mówię, iż nie wiesz, jaki miał kolor oczu.

— Zielone — odparła bez zastanowienia.

— Miedziane.

Cisza w słuchawce. Taka, w której słychać, jak ktoś czyta z kartki. Bo ona naprawdę miała przed sobą papiery, ja to słyszałam. Szelest. Rodowód, faktura z hodowli, karta szczepień, umowa kupna-sprzedaży. Wszystko, co po nim zostało w jej biurku.

— W każdym razie — podjęła twardo — idziesz na policję. Masz czterdzieści osiem godzin. Ja nie mogę, bo w czwartek mam klientki od ósmej rano. A Pakosińska nie może ujść z tym na sucho.

Odłożyłam telefon w połowie jej zdania, bo akurat mówiła coś o tym, iż czterysta trzydzieści siedem złotych za kremację to rozbój i iż mogłybyśmy zrzucić się na pół. Policzyłam w pamięci: jedenaście lat, czterdzieści osiem godzin, czterysta trzydzieści siedem złotych. Wszystko w tej historii dało się przeliczyć.

Nazajutrz poszłam do Pakosińskiej. Bez policji, bez wezwania. Wzięłam ze sobą papiery, które siostra zostawiła u mnie przy którejś przeprowadzce — żółtą teczkę z napisem „Bajkał. Dokumenty". Zapukałam. Pakosińska otworzyła w fartuchu w koguty, w ręku trzymała szufelkę. Za nią w przedpokoju stał garnek z resztką wody.

— Po coś pani przyszła — powiedziała, bardziej stwierdziła, niż zapytała.

Podałam jej teczkę.

— To dokumenty kota — wyjaśniłam. — Rodowód, umowa, karta szczepień, zaświadczenie o czipowaniu. Wszystko, co właściciel powinien mieć.

Patrzyła na mnie znad okularów, nie brała.

— Ja z policją nie chcę mieć do czynienia.

— Nie trzeba. Mój kot był nieubezpieczony — skłamałam, bo był ubezpieczony, ale Pakosińska nie musiała o tym wiedzieć. — Nie ma żadnej sprawy.

— To po co pani to przynosi?

— Bo właściciel powinien mieć dokumenty.

I wtedy ją zobaczyłam w drzwiach. Siostrę. Wbiegła po schodach, szpilki stukały o posadzkę jak grad. Włosy perfekcyjnie ułożone, w dłoni telefon, w telefonie otwarty kalkulator. Stanęła dwa metry od nas i zaczęła:

— To pani zabiła moje zwierzę, warte co najmniej sześć tysięcy, liczę się z tym, iż mogę dochodzić również kosztów leczenia i utraconych korzyści hodowlanych…

Pakosińska zbladła. Spojrzała na mnie, szukając wsparcia.

— Niech się pani nie kłopocze — powiedziałam do niej zwykłym tonem. — To nie pani kot.

Siostra urwała w pół słowa.

— Co?!

— To nie twój kot, Lidka. Oddałaś go matce, matka oddała go mnie. Jedenaście lat temu przestał być twoją inwestycją.

— Dokumenty mówią co innego!

Wzruszyłam ramionami. Teczka leżała na wycieraczce, między nami, jak martwy kot.

— Dokumenty kłamią. Od jedenastu lat kot mieszkał ze mną, u mnie jadł, u mnie chorował, z moich rąk dostawał tabletki na tarczycę, za moje pieniądze miał operowaną tarczycę, a tobie choćby nie było po drodze zapytać, ile razy weterynarz mówił, iż żyje cudem. Więc daj spokój.

Siostra zrobiła krok w moją stronę. Trzymała telefon tak mocno, iż kostki zrobiły się białe jak serwetka, którą Pakosińska każdą niedzielę wykładała na stół w kuchni.

— Idę na policję — syknęła. — Zgłoszę, iż nie chcesz współpracować.

— Idź. Tylko weź tę teczkę. Jest twoja.

Pochyliła się, podniosła ją, strząsnęła kurz z okładki. Wolała nie zostawiać.

Kiedy zeszła na dół, słyszałam jeszcze, jak w samochodzie wybiera numer i powtarza komuś, iż „wyobraź sobie, ona twierdzi, iż mój kot był jej".

Pakosińska stała w progu, przez cały czas z tą szufelką. W końcu powiedziała:

— Zrobię pani herbaty.

— Nie trzeba.

— To po co pani do mnie naprawdę przyszła?

Zawahałam się, bo prawda była głupia. Przyszłam, żeby stanąć pod tymi drzwiami, gdzie to się wszystko skończyło, i zobaczyć, czy cokolwiek poczuję. I poczułam coś, czego nie umiałam nazwać. Nie był to gniew. Raczej cisza, która robi się w mieszkaniu po tym, jak kot wyjdzie po raz ostatni.

— Niech pani opróżni ten garnek.

Pakosińska zniknęła w kuchni. Słychać było szum wody w zlewie i brzęk garnka o brzeg. Potem wróciła z dwoma kubkami herbaty z malin, bo innej nie miała.

Siedziałyśmy przy jej kuchennym stole. Za oknem, na latarni, siedział obcy dachowiec i mył łapę. Pomyślałam, iż Bajkał nigdy by się tak nie poniżył.

Nie poszłam na policję. Nie złożyłam zawiadomienia. Zamiast tego w piątek rano, dokładnie o dziewiątej siedemnaście, weszłam do urzędu gminy i złożyłam wniosek o wykreślenie kota z ewidencji jako zwierzęcia hodowlanego. Z tytułem, iż od piętnastego października jest kotem domowym, niehodowlanym, zwykłym, bez żadnej wartości rynkowej.

Urzędniczka długo patrzyła na papiery, potem na mnie.

— Zwierzę nie żyje od niedzieli.

— Właśnie dlatego.

Przebiła stempel. Zero złotych, zero groszy, zero złotych za wartość hodowlaną. Bajkał przestał być inwestycją z hodowli pod Wrocławiem. Stał się tym, kim był przez całe życie: kotem domowym, bez ceny.

Tydzień później przyszedł list polecony. Siostra zawiadamiała mnie, iż wytoczy mi sprawę cywilną o odszkodowanie w wysokości czterech tysięcy osiemset złotych, za utracone korzyści hodowlane oraz pogorszenie kondycji zwierzęcia. Załączyła wydruk z kalkulatora zysków z hodowli. Cztery tysiące osiemset złotych, suma jej życia.

Nie otwierałam koperty do wieczora. Potem wzięłam długopis, przekreśliłam kwotę i dopisałam na kopercie: „Bajkał był wart tyle, ile kosztuje puszka pasztetu. Ale i tak go nie sprzedam".

Zaniosłam list z powrotem na pocztę. Nadałam jako zwrot.

Kiedy wracałam, na klatce schodowej pachniało szarlotką, którą piekła Pakosińska z drugiego piętra, i słychać było, jak ćwierka jej papużka. Weszłam do mieszkania, zdjęłam smycz z haczyka przy drzwiach — nigdy jej nie używałam, kot był domowy — i schowałam do szuflady pod zlewozmywakiem, tam gdzie leżała miska po jego ostatniej wodzie, wciąż mokra, bo nie miałam serca jej wytrzeć.

Czterysta trzydzieści siedem złotych za kremację zapłaciłam sama. Siostra nie dołożyła ani złotówki.

Tydzień później znalazłam w skrzynce białą kopertę bez znaczka. W środku była kartka z jednym zdaniem, napisanym manualnie, starannym pismem Pakosińskiej:

„Bajkał był jedynym kotem, którego nie mogłam zdążyć przeprosić. Może policzy pani, ile kosztuje ta herbata."

Nie policzyłam. Zamiast tego wyszłam na balkon i usiadłam na starym kocu, na którym Bajkał lubił spać w niedzielne poranki, kiedy słońce wchodziło do kuchni. Sąsiad z naprzeciwka podlewał pomidory. Gdzieś z daleka leciał samolot do Wrocławia, nisko, tak iż szyby w oknach zamruczały. Pogłaskałam pusty koc i powiedziałam do nikogo:

— Miedziane, kochanie. Miałeś oczy miedziane.

A potem wstałam i przelałam ostatnią wodę z miski do doniczki z paprotką, bo choćby po śmierci kot zasługuje na to, żeby jego woda do czegoś rosła.

Idź do oryginalnego materiału