„Backrooms. Bez wyjścia” – W labiryncie ludzkich spraw [RECENZJA]

filmawka.pl 15 godzin temu

Fraza „obyś żył w ciekawych czasach” to zwykle niewyrażona groźba tego, co nadejdzie, jednak z perspektywy fana niezależnego kina grozy, to najwyraźniej obietnica wspaniałej przyszłości. Dopiero co zachwycaliśmy się Obsesją Curry’ego Bakera, która nie przestaje bić frekwencyjnych i finansowych rekordów, na początku roku dostaliśmy niezależne Iron Lung od Markipliera, a teraz kolejny YouTuber rozbił bank dla studia A24. Post z 4chana, który obrósł własną mitologią, zmieniony w internetowy serial, a teraz w film kinowy. Jakim cudem to zadziałało? Bo Kane Parsons to niezwykle zdolny człowiek. Wiecie, ile ma lat?

Punkt wyjścia Backrooms jest genialny w swojej prostocie. Pod sklepem meblowym prowadzonym przez Clarka (Chiwetel Ejiofor) pojawia się wejście do alternatywnego świata, przypominającego nieskończoną przestrzeń biurową. Mężczyzna postanawia zbadać przestronną anomalię, znajdując szereg przeszkód i gubiąc resztki poczytalności. I już, oto jeden z najciekawszych filmów sezonu. Film Parsonsa stoi na kilku solidnych filarach, które obecne były tu już od czasu oryginalnej serii. Po pierwsze, umiejętne ewokowanie klaustrofobii. Backrooms to ciągła eksploracja przestrzeni pozornie powtarzalnej, jednak wykrzywiającej się z każdym kolejnym krokiem, zakrętem i mrugnięciem jarzeniówki. Jednak gdybym miał szansę, błądziłbym tam jeszcze godzinami. Młody reżyser, przy współpracy z operatorem Jeremym Coxem i montażystą Gregiem Ng, tworzy na naszych oczach pułapkę, z której jednocześnie chce się uciec, ale i zobaczyć, co tym razem stanie się z otoczeniem. Choć niektórym segmentom można zarzucić pewną zachowawczość, surrealizm wielkiego zaplecza jest niesamowicie hipnotyzujący i autentycznie niepokojący. Fani oryginalnego serialu powinni być zachwyceni, ponieważ oryginalny klimat youtubowych produkcji wciąż jest tutaj wszechobecny. Nie liczcie oczywiście wyłącznie na monotonną podróż pośród przybrudzonej żółcią plątaniny pustych ścian, bo im głębiej w „zaplecze”, tym dziwniej.

„Backrooms. Bez wyjścia” / mat. prasowe Monolith Films

Choć pośród tych wypłowiałych korytarzy słyszeć będziemy niewiele, to każdy z audialnych bodźców zasłuży na szczególną pochwałę. Oryginalna muzyka, którą skomponowali Edo Van Breemen i reżyser Kane Parsons, to idealny podkład do postępującej paranoi. A wiem, co mówię, bo zaraz po seansie, w pustej od rana galerii handlowej na Młocinach, ze słuchawkami na uszach, miałem ochotę uciekać ze stolicy jeszcze szybciej niż zwykle. Ambinetowa ścieżka dźwiękowa, przekształcająca buczenie lamp, szuranie wykładzin i dobiegające z drugiego końca piekła stare dżingle reklamowe to na pozór rozpadająca się, ale wciąż harmonijna kompozycja. Szczególnie wyczulone na internetowe fenomeny ucho powinno usłyszeć również pewien lostwave’owy klasyk, wraz z kojącym wszelkie zło utworem the Caretakera. Pozwólcie sobie zatracić się w audialnym szaleństwie, bo tutaj choćby szept głównego bohatera może zapowiadać nadchodzącą zagładę. choćby jeśli, przyzwyczajeni do horrorowych zagrywek, instynktownie uwrażliwiamy się na wszelkie szmery, tak tutaj pełnią rolę kolejnego mylnego tropu.

Przed seansem obawiałem się wątku dramatycznego, bo jeszcze się okaże, iż czyjeś ludzkie problemy będą mi przeszkadzać w popadaniu w liminalny obłęd. Od tego mam przecież swoje własne. Ku mojemu zaskoczeniu, sprzężenie osobistych perypetii antypatycznego sprzedawcy mebli z łamiącym prawa geometrii koszmarem ma bardzo solidne fundamenty. Czyhające pośród korytarzy monstra i anomalie to zmaterializowanie lęków, frustracji i problemów wątpliwego moralnie protagonisty, w ślad za którym dodatkowo wyruszy jego terapeutka (Renate Reinsve). O kunszcie aktorskim tej dwójki nie musimy przekonywać nikogo, kto chociaż wybiórczo śledzi kino amerykańskie i europejskie, a scenariusz Willa Soodika daje do tego kolejną motywację. Oboje nie tylko mają okazję błysnąć występem solowym, ale i konfrontują ze sobą zupełnie inne charaktery, nakładając na przerażające malowidło kolejną warstwę niepokoju. choćby jeżeli ciężko będzie tutaj o pełnoprawne kibicowanie, to z każdą kolejną chwilą potrzeba wyrwania się z labiryntu będzie się wzmagać. Scena przy kolacji prawdopodobnie na długo zostanie w kanonie współczesnego kina grozy, a siedzące przy stole sylwetki przywiodą niejednemu widzowi na myśl obrazy Francisa Bacona. Koszmarny to był posiłek, nie zapomnę go nigdy.

„Backrooms. Bez wyjścia” / mat. prasowe Monolith Films

Ciężko zmusić mi się do formalistycznego szukania negatywów w filmie, który od początku jest tak transparentny ze swoimi intencjami i wizją. Czy można uznać fabułę za pretekstową? adekwatnie tak. Czy całość straciłaby wiele na zredukowaniu do krótkiego metrażu, do jakichś 45 minut? Śmiem wątpić. Czy zapośredniczenie estetyki trzęsącej się kamery (oczywiście takiej sprzed dekad) z ręki pełni wyłącznie rolę ozdobnika? Można tak powiedzieć. Jednak co z tego, kiedy Backrooms oferuje sobą autentyczne doznania, bliskie wizycie w prawdziwym domu strachu albo escape roomie, z którego nie wyciągnie was nikt z obsługi. I przyznam się bez bicia, brakuje mi tak bezpretensjonalnego, żeby nie powiedzieć prostolinijnego, podejścia do kina. Parsons oferuje widzowi sprawnie zrealizowane doświadczenie, z ogromnym zestawem zalet i garścią wad obecnych w pomyśle wyjściowym od samego początku. Jest niezwykle zdolnym filmowcem, który panuje nad materią, tworząc dzieło spójne, angażujące i hipnotyzujące. To będzie wspaniała kariera!

Korekta: Michalina Nowak

Idź do oryginalnego materiału