Dotychczas seria odniosła spektakularny (to wciąż zbyt mało powiedziane) sukces komercyjny – każda z trzech odsłon zarobiła ponad miliard dolarów w kinach, przy czym choćby najsłabiej zarabiający Avatar: Ogień i popiół przyniósł oszałamiające 1,4 miliarda dolarów, o czym przypomniał ScreenRant. Formuła Camerona opierała się dotychczas na monumentalnych, spektakularnych wizualiach w epickim świecie Pandory.
Po raz pierwszy Avatar – w swoim czwartym wydaniu – którego premiera zaplanowana jest na 21 grudnia 2029 roku, ma opowiedzieć zupełnie nową historię wykraczającą poza przygody Jake’a Sully’ego i jego rodziny. Sigourney Weaver ujawniła, iż narratorką filmu będzie jej bohaterka Kiri – po raz pierwszy centralną rolę obejmie ktoś spoza klanu Sullych. Sam Cameron potwierdził, iż wątek fabularny rodziny zakończył się w Ogniu i popiele, a czwarta część skupi się na zupełnie nowym wątku. To fundamentalna zmiana dla serii, której sercem – od przemiany w oryginalnym Avatarze – zawsze były perypetie Jake’a.

Rewolucja może objąć również samą formułę produkcyjną franczyzy. Cameron prowadzi z Disneyem rozmowy o tym, aby Avatar 4 był zarówno krótszy, jak i tańszy od poprzedników, co samo w sobie już jest dosyć szokujące, bo dotychczasowe filmy miały gigantyczne budżety – 237 milionów dolarów za oryginał i po 400 milionów za sequele – oraz przekraczały trzy godziny czasu projekcji. Te liczby uwiarygodniały epicką skalę serii, ale jednocześnie uszczuplały zyski.
Jeśli Avatar 4 rzeczywiście okaże się tańszy i krótszy, będzie to kolejne odejście od dotychczasowego status quo. Cameron wyraźnie obiera nowe podejście do franczyzy, rezygnując z dramatu rodzinnego i silnych związków z ludzkimi elementami historii na rzecz skupienia się na Kiri i świecie Na’vi.
















