"Austin Abrams ma zły dzień" to ostatnio mój ulubiony gatunek filmowy – stwierdziła koleżanka, gdy wychodziłyśmy z pokazu "Upadku wieloryba". Coś jest na rzeczy. Ledwo Zach Cregger przeczołgał go przez tajemnicze i dziwne wydarzenia, jakie rozegrały się w "Zniknięciach", oraz szaloną i krwawą epidemię zombie w "Resident Evil", a już Brian Duffield i Daniel Kraus wysyłają go na wycieczkę po układzie trawiennym kaszalota. Młody aktor nie wydaje się jednak narzekać, ale wykorzystuje sytuację do budowania swojego emploi.
Jay (Abrams) ma kochającą rodzinę, zaczyna studia i nie musi kombinować ani wypruwać sobie żył w niewdzięcznej robocie, by utrzymać się na powierzchni – trafił więc zdecydowanie lepiej niż jego poprzednicy ze "Zniknięć" i "Residenta". Jednocześnie to ten sam typ bohatera co James i Bryan: gość, który chce dobrze, ale wychodzi jak zwykle, a w kłopoty pakuje się adekwatnie na własne życzenie. O ile jednak Cregger stawiał przed nim zadania typu "nie traf do więzienia" lub "zarób pieniądze", o tyle Duffield (scenariusz, reżyseria) oraz Kraus (książkowy oryginał i scenariusz) przygotowali dla niego wyzwanie zupełnie innego kalibru: "pogódź się ze śmiercią ojca".
Trudne się wylosowało – zwłaszcza iż relacje łączące Jaya z Mittem (Josh Brolin) zawsze były dalekie od tego, co moglibyśmy uznać za zdrową więź. Kiedy siostry (Jane Levy i Emily Rudd) z rozrzewnieniem wspominają tatę jako skorego do żartów i zabawy, chłopak pamięta z jego strony jedynie docinki i słowa krytyki. Bolesne tym bardziej, iż wypowiadane z pozycji nie tylko rodzica, ale też powszechnie uwielbianego lokalnego bohatera – doświadczonego nurka bezinteresownie wyciągającego zagubionych amatorów z opresji. Jay, kierowany trochę potrzebą domknięcia, a trochę chęcią udowodnienia staremu, iż się co do niego mylił, (dosłownie) rzuca się na głęboką wodę: postanawia wyłowić z oceanu jego szczątki. Ot, szybka akcja – zanurzamy się i wypływamy z choćby jedną symboliczną kością, a potem wracamy do swojego życia. Co może pójść nie tak?
Jeśli widzieliście choć jeden zwiastun lub choćby plakat "Upadku wieloryba", wiecie, iż bardzo dużo. Wnętrze kaszalota, w którym zostaje uwięziony bohater, równie dobrze mogłoby być obcą planetą – z własną atmosferą, topografią i ekosystemem. Ta organiczna, żywa materia, ze zdradzieckimi, oślizgłymi zakamarkami i toksycznymi wydzielinami, wygląda jak żywcem wyjęta z Cronenbergowskich koszmarów (bycie trawionym żywcem to zresztą doskonały temat na body horror). Twórcy pozwalają jednak Jayowi (oraz nam) wyrwać się z tego dusznego i nieprzyjaznego środowiska. Za sprawą retrospekcji ich dzieło rozszczepia się na dwa filmy: z jednej strony survivalowy thriller, z drugiej rodzinny melodramat.
Jeśli haczykiem, na który daliście się złapać, było "facet próbuje się wydostać z wieloryba", wasze oczekiwania mogą się lekko rozminąć z tym, co dostaniecie. Nie znaczy to oczywiście, iż ten "drugi" film jest gorszy lub niepotrzebny. Wręcz przeciwnie: potrafi mądrze opowiadać o rzeczach Ważnych przez duże W: pokoleniowej przepaści, wynikającej z niej samotności, dramacie komunikacyjnej porażki. Błędne koło "Jay odsuwa się od ojca, bo czuje, iż go zawodzi; ojciec czuje, iż zawodzi, bo Jay odsuwa się od niego" to dla bohaterów pułapka równie zdradziecka jak morskie prądy. Wątek ten w dużej mierze wybrzmiewa dzięki ekranowej charyzmie Brolina. Aktor pokazuje Mitta i jako surowego nauczyciela, i jako gościa nie do końca odnajdującego się we współczesnym świecie, i jako człowieka przytłoczonego odpowiedzialnością za dziecko. Jego rola bez wątpienia należy do najjaśniejszych punktów "Upadku wieloryba".
Gdybym miała porównać do czegoś dzieło Duffielda i Krausa, powiedziałabym, iż jest ono czymś między "Bez końca" a "Pinokiem". Pierwszy film to dokument o ojcu przeczesującym Wisłę w poszukiwaniu zaginionego syna; drugi – klasyczna animacja, w której brzuch wieloryba staje się dla bohatera miejscem spotkania z ojcem (swoją drogą wprowadzające "Upadek…" na ekrany 20th Century Studios należy przecież do Disneya – przypadek?). Przez dwa akty twórcy całkiem dobrze radzą sobie z łączeniem elementów z tych dwóch różnych bajek. Niestety w końcu dopada ich blockbusterowa logika. Każe im ona naginać prawa fizyki i niedoszacowywać rachunku prawdopodobieństwa. W efekcie na ostatniej prostej film zmienia się w nieco kiczowatą baśń. jeżeli jednak wybierzecie się do kina, istnieje duża szansa, iż wasz dzień wciąż będzie lepszy niż to, co spotkało granego przez Abramsa bohatera.
Jay (Abrams) ma kochającą rodzinę, zaczyna studia i nie musi kombinować ani wypruwać sobie żył w niewdzięcznej robocie, by utrzymać się na powierzchni – trafił więc zdecydowanie lepiej niż jego poprzednicy ze "Zniknięć" i "Residenta". Jednocześnie to ten sam typ bohatera co James i Bryan: gość, który chce dobrze, ale wychodzi jak zwykle, a w kłopoty pakuje się adekwatnie na własne życzenie. O ile jednak Cregger stawiał przed nim zadania typu "nie traf do więzienia" lub "zarób pieniądze", o tyle Duffield (scenariusz, reżyseria) oraz Kraus (książkowy oryginał i scenariusz) przygotowali dla niego wyzwanie zupełnie innego kalibru: "pogódź się ze śmiercią ojca".
Trudne się wylosowało – zwłaszcza iż relacje łączące Jaya z Mittem (Josh Brolin) zawsze były dalekie od tego, co moglibyśmy uznać za zdrową więź. Kiedy siostry (Jane Levy i Emily Rudd) z rozrzewnieniem wspominają tatę jako skorego do żartów i zabawy, chłopak pamięta z jego strony jedynie docinki i słowa krytyki. Bolesne tym bardziej, iż wypowiadane z pozycji nie tylko rodzica, ale też powszechnie uwielbianego lokalnego bohatera – doświadczonego nurka bezinteresownie wyciągającego zagubionych amatorów z opresji. Jay, kierowany trochę potrzebą domknięcia, a trochę chęcią udowodnienia staremu, iż się co do niego mylił, (dosłownie) rzuca się na głęboką wodę: postanawia wyłowić z oceanu jego szczątki. Ot, szybka akcja – zanurzamy się i wypływamy z choćby jedną symboliczną kością, a potem wracamy do swojego życia. Co może pójść nie tak?
Jeśli widzieliście choć jeden zwiastun lub choćby plakat "Upadku wieloryba", wiecie, iż bardzo dużo. Wnętrze kaszalota, w którym zostaje uwięziony bohater, równie dobrze mogłoby być obcą planetą – z własną atmosferą, topografią i ekosystemem. Ta organiczna, żywa materia, ze zdradzieckimi, oślizgłymi zakamarkami i toksycznymi wydzielinami, wygląda jak żywcem wyjęta z Cronenbergowskich koszmarów (bycie trawionym żywcem to zresztą doskonały temat na body horror). Twórcy pozwalają jednak Jayowi (oraz nam) wyrwać się z tego dusznego i nieprzyjaznego środowiska. Za sprawą retrospekcji ich dzieło rozszczepia się na dwa filmy: z jednej strony survivalowy thriller, z drugiej rodzinny melodramat.
Jeśli haczykiem, na który daliście się złapać, było "facet próbuje się wydostać z wieloryba", wasze oczekiwania mogą się lekko rozminąć z tym, co dostaniecie. Nie znaczy to oczywiście, iż ten "drugi" film jest gorszy lub niepotrzebny. Wręcz przeciwnie: potrafi mądrze opowiadać o rzeczach Ważnych przez duże W: pokoleniowej przepaści, wynikającej z niej samotności, dramacie komunikacyjnej porażki. Błędne koło "Jay odsuwa się od ojca, bo czuje, iż go zawodzi; ojciec czuje, iż zawodzi, bo Jay odsuwa się od niego" to dla bohaterów pułapka równie zdradziecka jak morskie prądy. Wątek ten w dużej mierze wybrzmiewa dzięki ekranowej charyzmie Brolina. Aktor pokazuje Mitta i jako surowego nauczyciela, i jako gościa nie do końca odnajdującego się we współczesnym świecie, i jako człowieka przytłoczonego odpowiedzialnością za dziecko. Jego rola bez wątpienia należy do najjaśniejszych punktów "Upadku wieloryba".
Gdybym miała porównać do czegoś dzieło Duffielda i Krausa, powiedziałabym, iż jest ono czymś między "Bez końca" a "Pinokiem". Pierwszy film to dokument o ojcu przeczesującym Wisłę w poszukiwaniu zaginionego syna; drugi – klasyczna animacja, w której brzuch wieloryba staje się dla bohatera miejscem spotkania z ojcem (swoją drogą wprowadzające "Upadek…" na ekrany 20th Century Studios należy przecież do Disneya – przypadek?). Przez dwa akty twórcy całkiem dobrze radzą sobie z łączeniem elementów z tych dwóch różnych bajek. Niestety w końcu dopada ich blockbusterowa logika. Każe im ona naginać prawa fizyki i niedoszacowywać rachunku prawdopodobieństwa. W efekcie na ostatniej prostej film zmienia się w nieco kiczowatą baśń. jeżeli jednak wybierzecie się do kina, istnieje duża szansa, iż wasz dzień wciąż będzie lepszy niż to, co spotkało granego przez Abramsa bohatera.

















