W 2016 roku zadebiutował serial The Crown, który pieczołowicie śledzi losy królowej Elżbiety II. Produkcja odbiła się szerokim echem na całym świecie i doskonale przybliżyła życiorys brytyjskiej rodziny królewskiej. Wcześniej twórca serialu, Peter Morgan, napisał spektakl, który stał się punktem wyjścia do netflixowego hitu. Audiencja po raz kolejny znalazła się w repertuarze polskich kin w ramach National Theatre Live.
Wyreżyserowany przez Stephena Daldry’ego spektakl Audiencja został nagrany w czerwcu 2013 roku. Inscenizacja z Gielgud Theatre w Londynie do dziś wzbudza ogromne zainteresowanie. Cotygodniowe spotkania Elżbiety II z kolejnymi premierami Wielkiej Brytanii to nie tylko dokumentalna relacja, ale także studium polityki, monarchii i człowieka u władzy. Choć spektakl z Helen Mirren w roli głównej to dzieło kultowe, nie jest pozbawione mankamentów. Te nie ujmują Audiencji autentyczności i wartości w kulturze brytyjskiej, ale nieznośnie utrudniają odbiór fabuły.
Przede wszystkim Audiencja cierpi na sznyt akademicki, przez co duża część spektaklu wydaje się mało pogłębionym wykładem z historii Zjednoczonego Królestwa. Gdy na scenie staje Koniuszy, a po nim wychodzą kolejne postacie, spektakl przybiera formę wycieczki szkolnej do muzeum. Początkowa prezentacja elementów scenografii jest pełna humoru, jednak błędnie wprowadza szorstki, historyczny komizm. Tego zaczyna prędko brakować wraz z pojawieniem się premiera Johna Majora czy Gordona Browna. W pewien sposób zrozumiała jest mnogość kontekstów politycznych – w końcu to spektakl o rozmowach królowej z przedstawicielami rządu. Pośród obszernej tematyki gubi się jednak natura człowieka. Akt I, pomimo bycia swoistym starciem charakterów, tylko w niektórych miejscach rzeczywiście spełnia swoją rolę.
John Major, którego zagrał Paul Ritter, zasypuje widzów informacjami o sondażach, politycznych sprzeczkach i ówczesnych wydarzeniach. Przy tym presja ciążąca na polityku nie wydaje się adekwatna do jego opowieści, ani do terapeutycznej reakcji królowej. W pewien sposób reżyser Stephen Daldry wykorzystuje tu metanarrację, która pozwoliłaby lepiej zrozumieć Majora. Celowo przytłaczająca ekspozycja zbyt mocno odrywa bohatera od emocjonalnej drogi. Powoduje to zwyczajny dysonans poznawczy i znacznie zwiększony próg wejścia dla zagranicznego widza. Przy znikomej charyzmie bohatera, która jest wpisana w jego biogram, po prostu scena potrafi znudzić. Podobnie dzieje się przy postaci Gordona Browna (Nathaniel Parker), którego depresja i załamanie nerwowe nie wybrzmiewają wystarczająco. Dla rodowitych Brytyjczyków i pasjonatów polityki być może taki scenariusz nie stanowi problemu we wnikliwej analizie psychologii bohaterów. Tylko w tym miejscu należy zadać sobie pytanie, czy spektakl powinien wymagać od każdego aż tak obszernej wiedzy i znajomości zakorzenionych w historii anegdot?
fot. materiały prasoweW Akcie I polityczna i historyczna wiedza scenarzysty wydaje się szersza niż podręcznikowa. Autor Audiencji jednak próbuje nią zbyt imponować. Niemniej sprytnie udaje mu się to zbalansować pozostałymi postaciami. Charyzmatyczny Winston Churchill czy urokliwy Harold Wilson to zdecydowanie najbardziej prominentni bohaterowie sztuki. Edward Fox jako słynny premier z cygarem i kapeluszem to silny, bezlitosny nauczyciel dla Elżbiety II. Aktor precyzyjnie oddaje głos i aparycję kultowej postaci historycznej, choć w spektaklu ma niewielką rolę. Harold Wilson w wykonaniu Richarda McCabe’a to natomiast, obok głównej bohaterki, najbardziej wielowymiarowa rola. To polityk z ludu, który oddaje kwintesencję całej historii – wartości tradycji i statusu quo dla wszystkich człowieka. Mimo iż Wilson jest przeciwny monarchii, znajduje u królowej odpoczynek, zrozumienie i ponadpodziałową przyjaźń. Inni politycy również traktują Pałac Buckingham jak gabinet terapeuty, ale tylko Wilson jest na tyle szczery, aby ujawnić sedno każdej audiencji.
Centrum sceny od początku należy jednak do Helen Mirren. Bohaterowie towarzyszący stanowią tak naprawdę przekrój drogi Elżbiety II jako królowej Zjednoczonego Królestwa. Mirren spina to w jedną całość rozmowami ze swoim dziecięcym „ja”. Świadomość skali wyrzeczeń, jakie niosą ze sobą obowiązki wpajane od dziecka, pozwala nie tylko lepiej poznać królową. To istne uczłowieczenie doniosłej postaci, a także przesłanie o wrażliwości życia i wierności zasadom. Elżbieta II z małej dziewczynki staje się dorosłą damą. Helen Mirren to natomiast synonim perfekcyjnego warsztatu aktorskiego. W I Akcie znakomicie oddaje zagubienie nowej głowy państwa, jej pierwsze kroki i potknięcia. W II Akcie nie zabrakło natomiast siły charakteru i płynności w konwersacjach z kolejnymi premierami. Przy tym wszystkim Mirren jest nieprzesadnie zabawna, sarkastyczna, a w gestykulacji pozostaje kobietą pełną wdzięku i władczej mocy.
fot. materiały prasowePo przerwie międzyaktowej nastaje moment nadzwyczajny – zarówno fabularnie, jak i w odbiorze produkcji. Sesja zdjęciowa Cecila Beatona nie dość, iż jest technicznym majstersztykiem, to zmienia ton opowieści. Do tej pory królowa musiała walczyć o centralną pozycję na scenie, z czym aktorka bez wątpliwości sobie poradziła. W Akcie II wszelkie nauki i doświadczenia zyskują przewodnią rolę i prowadzą bohaterkę przez kolejne spotkania. Przede wszystkim twórcy porzucają nieudany pokaz relacji rządu z monarchią i pełną ekspozycji pierwszą godzinę spektaklu. Następuje przybliżenie widzów do ludzkich dramatów i prawdziwej mikroskali Audiencji.
Gdy ciężar korony spada, na deskach teatru także robi się nieco lżej. Choć fabularnie wkraczamy w jeszcze silniejsze starcia między królową a m.in. Anthonym Edenem czy Margaret Thatcher, wycieczka szkolna nabiera luźniejszych kształtów. W tym momencie znajdujemy odpowiedzi na pytanie o obszerność wiedzy – Audiencja zaczyna idealnie balansować historyczne anegdoty z ludzkimi konfliktami oraz potrzebami. Daldry i Morgan odnajdują ten zagubiony pierwiastek, pozostając wiernymi faktom. Wciąż pojawia się wiele nawiązań do np. imperializmu Brytanii czy rozpadu małżeństwa księcia Karola i Diany. Różnica polega na tym, iż Thatcher grana przez Haydn Gwynne to silna, wręcz onieśmielająca kobieta, u której czuć wagę każdego słowa. Natomiast Eden zostaje obdarty z podręcznikowych zalet i skonfrontowany z własną niedołężnością. Przepiękną klamrę kompozycyjną między tymi wydarzeniami stanowi kwitnąca przyjaźń królowej z Wilsonem. w uproszczeniu – dalsza część historii ma znacznie lepiej zbudowanych bohaterów pobocznych, którzy wystarczająco utrzymują bogactwo wrażeń w ryzach.
fot. materiały prasoweNa osobne uznanie zasługuje warstwa techniczna, która pozostaje na najwyższym poziomie przez cały czas. Od dawna nie widziałem tak precyzyjnej i intrygującej gry świateł, przy jednoczesnym oszczędnym ich użyciu. Szczególne wrażenie robią interludia – rozmowy królowej ze swoją młodszą wersją. Pozwalają poczuć oniryczną konwencję tych scen. Także scenografia czy kostiumy nie tylko oddają realia Pałacu Buckingham i Balmoral, ale są stonowane na tyle, aby pozostawić przestrzeń dla bohaterów. Tu jednak człowiek gra największą rolę i pomimo rozmachu aktorskiego Audiencja pozostaje spektaklem kameralnym. Niewątpliwie Audiencję oglądałoby się lepiej na żywo w teatrze. Realizatorzy zadbali o immersyjne wrażenia, jak słyszalne śmiechy na sali czy minimalny ruch kamer. Niemniej nietrudno odczuć, iż to inscenizacja przeznaczona na scenę.
Spektakl Audiencja to wciąż silna historia o trudzie obowiązków i wysokiej roli najważniejszych osób w państwie. Twórcy w I Akcie przesadzają z edukacyjną funkcją widowiska, a przewodnia rola Johna Majora gwałtownie zaczyna męczyć. Mimo to postacie jak Churchill, Wilson czy Thatcher podnoszą wartość warstwy emocjonalnej spotkań z królową. W Polsce nieczęsto nadarza się okazja, aby zobaczyć to dzieło, dlatego naprawdę warto odwiedzić kino w tym celu. To nie tylko spotkanie z kulturą i historią Wielkiej Brytanii, ale również wartościowa lekcja o polityce i jej przedstawicielach. Oni, tak jak my, są ludźmi, którzy spierają się, przyjaźnią się i czują.
fot. główna: materiały prasowe



