Anulowałam mój ślub.

newsempire24.com 4 dni temu

Zrezygnowałam z wesela. Tak właśnie, dosłownie dwa tygodnie przed terminem, nad którym debatowaliśmy, planowaliśmy i dopináliśmy wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Sala bankietowa w Warszawie już była zarezerwowana, orkiestra ćwiczyła repertuar, fotograf zapisał każdy minutowy plan, a biała suknia wisiała w szafie elegancka, idealna, ta, którą wyobrażałam sobie od pierwszego spojrzenia. Mieliśmy już umówione mieszkanie jasne, niewielkie, ale przytulne, do którego mieliśmy wprowadzić się zaraz po ceremonii i rozpocząć nowe życie.

Dlaczego wszystko odwołałam? Bo pan Młodzieniec nagle postanowił, iż może podnieść na mnie rękę.

Nie pomylcie mnie jesteśmy ludźmi religijnymi. Przestrzegaliśmy zasad skromności, nie dotykaliśmy się ani razu. Nasze spotkania były poprawne, pełne szacunku, w granicach tradycji. Naprawdę wierzyłam, iż przede mną stoi człowiek, który potrafi zbudować rodzinę na fundamencie godności, łagodności i wzajemnego wsparcia.

A tu, w najbardziej zwyczajny dzień, pod naporem stresu związanego z przygotowaniami, on, jakby zerwał się z łańcucha, podniósł głos. Najpierw był to jedynie krzyk ostry, donośny, zupełnie nie przypominający jego zwykle wyważonego tonu. Po chwili nastąpiła głośna, dźwięczna policzka. Prawdziwa. Taka, iż oczy mi się zaciemniły.

Tak, nie pomyliliście się. Ten sam absolwent prestiżowego liceum im. Jana Pawła II, ten przykład do naśladowania, poważny naukowiec, intelektualista, człowiek, o którym wszyscy mówią, wziął i uderzył swoją narzeczoną na dwa tygodnie przed ślubem. Idełko, co tu dużo mówić

Prawdziwa twarz wyszła na jaw. Była chyba tam od zawsze, po prostu dobrze ukryta pod maską porządku, pobożności i szacunku. W chwili gniewu pokazał, kim naprawdę jest. I niestety nie był to mężczyzna, który potrafi chronić i dbać.

Mogę przyznać, iż w pewnym stopniu cieszę się, iż to zdarzyło się? Brzmi strasznie, ale chyba uratowałam się. Lepiej zobaczyć potwora przed małżeństwem, niż żyć z nim przez całe życie, drżąc przy każdym jego oddechu.

A co się teraz dzieje w mojej rodzinie po odwołaniu wesela? Nie zacznę to cały wir emocji, oskarżeń, pytań, niekończących się rozmów sąsiadów i znajomych. Powiem tylko jedno: jest mi niewyobrażalnie ciężko. Jestem załamana. Potrzebuję terapii. Czasem mam wrażenie, iż potrzebuję silnego leku, który może po prostu mnie wyśpi na zawsze, żeby nie czuć tej niekończącej się bólu.

Zamiast wsparcia czuję, iż stałam się hańbą rodziny. Jakby to ja coś zepsułam. Jakby to ja miałam wytrzymać. Jakby to moja wina, rozumiecie?

Moja dusza rozbita jest na tysiące drobnych kawałków. Żyję w jakiejś wewnętrznej mgle, jakby wszystko wokół działo się nie ze mną. Ból sięga najgłębszych warstw, samego sedna mojego ja. Czasem łapię się na myśli, iż chciałabym zniknąć, rozproszyć się w powietrzu, zniknąć z tego świata, w którym tak mało jest współczucia i zrozumienia.

I jednak nie napisałam tego wyznania przypadkowo. Niesie ono istotny przekaz. jeżeli choć na chwilę przed ślubem czujesz, iż wybrany przez ciebie mąż nie potrafi panować nad sobą w kryzysie, jeżeli dostrzegasz u niego skłonność do wybuchów gniewu, jeżeli istnieje choćby najmniejsza szansa, iż podniesie na ciebie rękę wstań i odwołaj wszystko. Po prostu zatrzymaj się. Zrób stop.

Nieważne, ile złotych już wydano. Nieważne, ilu ludzi będzie niezadowolonych, zszokowanych lub rozczarowanych. Nieważne, co powiedzą krewni, sąsiedzi, przyjaciele.

Wydaje mi się, iż rozsądniej jest zatrzymać życie na sekundę, niż później stać się kobietą, którą biją od pierwszego dnia małżeństwa i być może przez całe życie.

A co ze mną? Nie proszę o litość. Będę wdzięczna, jeżeli pomodlicie się, bym mogła się podnieść. Żeby kiedyś znów poczuła się cała. Żeby w przyszłości udało mi się stworzyć rodzinę. Prawdziwą. Taką, o której marzą wszystkie kobiety. Rodzinę, w której miłość to delikatność, nie strach. Gdzie ręka jest wsparciem, nie ciosem.

Może kiedyś znów uwierzę w miłość.

Idź do oryginalnego materiału