Zdesperowany porywacz, zakładnik na muszce i… prezenter radiowy w samym środku dramatu. „Amerykański zakładnik” to niezwykła prawdziwa historia, która przykuje was do ekranów.
W zestawieniach najbardziej niesławnych przestępców rodem ze Stanów Zjednoczonych próżno szukać jego nazwiska, ale historia niejakiego Tony’ego Kiritsisa to gotowy materiał na thriller. W zeszłym roku opowiedział ją już Gus Van Sant w filmie „Desperat” z Billem Skarsgårdem w roli głównej, a teraz temat powraca w serialu „Amerykański zakładnik„. jeżeli wcześniej nie mieliście okazji, to jest dobry moment, żeby poznać tę sensacyjną historię.
Amerykański zakładnik – o czym jest serial?
Fabuła ośmioodcinkowego serialu produkcji MGM+, który w Polsce można oglądać na platformie HBO Max (są już dwa pierwsze odcinki, kolejne co tydzień), powstała w oparciu o podcast o tym samym tytule, ten zaś zainspirowała prawdziwa historia, która rozegrała się w 1977 roku w Indianapolis. Tam właśnie poznajemy wspomnianego Kiritsisa (Giovanni Ribisi, „Sneaky Pete”), gdy w biały dzień uprowadza i przetrzymuje jako zakładnika swojego doradcę kredytowego. Porywacz twierdzi, iż został przez niego oszukany, domaga się przeprosin i odszkodowania, ale rzecz w tym, że… robi to w rozmowie na żywo na radiowej antenie.
„Amerykański zakładnik” (Fot. MGM+)I tu dochodzimy do sedna historii, której głównym bohaterem w serialowym wydaniu nie jest wcale Tony Kiritsis, ale lokalny prezenter Fred Heckman (Jon Hamm, „Mad Men”). Prowadzący popularną audycję w radiu WIBC i cieszący się mianem „najbardziej zaufanego głosu Inadianapolis” radiowiec staje bowiem po telefonie od porywacza w obliczu sytuacji, z jaką nie miał jeszcze do czynienia. Bo jak zachować dziennikarski obiektywizm, gdy po drugiej stronie słuchawki twój rozmówca trzyma człowieka na muszce, a sytuację śledzi na żywo cały kraj?
Amerykański zakładnik, czyli sensacja i dylematy etyczne
Twórcy „Amerykańskiego zakładnika”, pracujący wcześniej wspólnie przy „Nocnym agencie” Shawn Ryan i Eileen Myers, podeszli do elektryzującego tematu w interesujący sposób, nie stawiając w stu procentach na sensację. Historia trzyma oczywiście w napięciu, już w pierwszych odcinkach serwując kilka podnoszących ciśnienie scen, jednak w dużej mierze skupia się również na etycznych dylematach towarzyszących sprawie i udziałowi w niej Heckmana.
„Amerykański zakładnik” (Fot. MGM+)Na pozór dziennikarzowi trafił się los na loterii. Od lat robiący za ulubieńca lokalnej społeczności, ale jednocześnie tęskniący za prawdziwą reporterską robotą, której w Indianapolis ze świecą szukać, tutaj dostał w swoje ręce temat, którym gwałtownie zaczyna żyć Ameryka. Problem w tym, iż równie gwałtownie zmienia się też rola Freda, który z bezstronnego obserwatora staje się aktywnym uczestnikiem wydarzeń.
Zacierając cienką granicę między relacjonowaniem historii i byciem jej częścią, twórcy pytają o dziennikarską etykę Freda m.in. słowami jego współpracownika Bena Hairstona (William Jackson Harper, „Dobre Miejsce”), jego samego stawiając w bardzo trudnym położeniu. Zachować chłodny profesjonalizm, który nakazuje w pierwszej kolejności weryfikować i szukać dziur w historii Tony’ego? Czy może jednak, stojąc w obliczu sytuacji życia i śmierci, gdy wszyscy patrzą ci na ręce, porzucić zawodowe credo?
Amerykański zakładnik nie jest jak typowy thriller
Sami przyznacie, iż tego typu rozterki nie są czymś, czego należałoby się spodziewać po historii porwania zakładnika, więc doceniam twórcze podejście, choćby jeżeli w dalszej części sezonu serial pójdzie w bardziej konwencjonalnym kierunku. A sporo na to wskazuje, choćby zapowiedziane już zaangażowanie FBI w sprawę czy na razie tylko zarysowany kontekst porwania, który z pewnością rzuci więcej światła zarówno na kreującego się na pokrzywdzonego przez zepsuty system desperata Kiritsisa, jak i jego zakładnika.
„Amerykański zakładnik” (Fot. MGM+)O tym jednak dopiero się przekonamy, a póki co warto podkreślić kreatywność, która objawia się nie tylko w warstwie fabularnej „Amerykańskiego zakładnika”. Nie dysponując raczej wielkim budżetem, twórcy zdołali nadać produkcji wyraźny sznyt lat 70., a zarazem znaleźli dla serialu wyróżnik w postaci montażu z podzielonym ekranem. Jego wykorzystanie przy telefonicznych rozmowach Freda z Tonym ma sens, a przy tym jest zwyczajnie efektowne i nadaje scenom dynamiki, której momentami serialowi brakuje.
To zresztą nie jedyny element, który odróżnia „Amerykańskiego zakładnika” od typowych przedstawicieli gatunku. Mimo absolutnie szokującego punktu wyjścia, dalej serial nie próbuje wcale przebijać samego siebie kolejnymi zwrotami akcji. Przeciwnie, bardziej niż na nich, twórcy opierają się na odpowiedniej obudowie fabuły i jej dwóch fundamentach w osobach Hamma i Ribisiego. Dzięki powściągliwości jednego i ekspresyjności drugiego panowie tworzą znakomity duet, choćby (zwłaszcza?) wtedy, gdy nie są razem w scenie.
Amerykański zakładnik – czy warto oglądać serial?
Doceniając stojące za serialem ambicje, mam wątpliwości, czy twórcom udało się zebrać dość treściwego materiału fabularnego, żeby starczyło na osiem odcinków. Już teraz widać wątki doklejone do głównego na siłę (trudno wytłumaczyć obecność żony Freda inaczej niż przez chęć zatrudnienia wnoszącej lekkość do każdej sceny Mireille Enos) albo sceny wypełniacze, jak retrospekcja z porwanym Dickiem Hallem (Kristoffer Polaha, „Landman”) i podrywem na samolot. Choć w jego przypadku liczę, iż wyjaśnienie motywacji stojących za porwaniem nada mu więcej charakteru.
„Amerykański zakładnik” (Fot. MGM+)Swoją drogą, ujawnienie tego, co kieruje Tonym, wyrasta na najważniejszy moment całej historii, który może w dużym stopniu zaważyć choćby na końcowej ocenie serialu. Ten póki co zrobił na mnie naprawdę korzystne wrażenie, ale mam wrażenie, iż może ono równie gwałtownie minąć, jeżeli niosące „Amerykańskiego zakładnika” na początku pomysły ulegną wyczerpaniu lub za chwilę nam spowszednieją.
Jeśli jednak do tego nie dojdzie, a twórcy znajdą sposób choćby na lepsze zagospodarowanie drugiego planu, to nie będę miał absolutnie nic przeciwko regularnym odwiedzinom w Indianapolis przez kolejne kilka tygodni. A kto wie, być może zostaniemy z serialem choćby dłużej, bo plan na przyszłość zakłada, żeby zrobić z niego antologię z nową historią i obsadą wymienianą co sezon. Inspiracji twórcom na pewno nie zabraknie.












