ALL SO VILE, ALL SO COLD

strefamusicart.pl 1 miesiąc temu
Zdjęcie: DSC02327


Cryptopsy + goście, Proxima, Warszawa – 02.02.2026

Warszawa tego wieczoru naprawdę pokazała swój lodowy pazur – temperatura oscylowała w okolicach –700 stopni Celsjusza (odczuwalne –1200), więc samo dotarcie do Proximy było jak przeprawa przez Antarktydę. Ale wiecie jak jest – dla fanów death metalu nie ma złej pogody, są tylko źle dobrane rękawiczki

Zanim poleciały flaki

Jeszcze przed koncertem udało się zrobić wywiad z Mattem McGachym, głosem Cryptopsy. Super wyluzowany, mega wygadany gość, zero gwiazdorzenia – bardziej kumpel, z którym mógłbyś iść na piwo, niż wokalista jednej z najbrutalniejszych kapel na świecie. Takie rozmowy naprawdę nastawiają pozytywnie i sprawiają, iż czekanie na koncert staje się niemal równie ekscytujące, jak sam występ. Od razu było czuć, iż to będzie dobry wieczór.

Oczekiwanie rosło…

Na sam koncert czekałem jak dziecko na Gwiazdkę, bo od dawna brakowało mi takiego brutalnego death metalu z duchem oldschoolu – bez udawania, bez plastiku, bez instagramowych breakdownów pod algorytm. Tu miało boleć. I bolało.

A zanim zaczęło boleć – merch. Tak, koszulka nabyta, bo wiadomo: bez merchu koncert się nie liczy, a pranie w 30 stopniach to i tak więcej niż było na zewnątrz.

Supporty

Corpse Pile

Amerykańska ekipa Corpse Pile otworzyła wieczór mocnym uderzeniem. Ich death/grind był brudny, surowy i bezlitosny, momentami przypominający klasyczne lata 90., ale z nowoczesnym sznytem. Każdy riff walił prosto w klatkę piersiową, a publika gwałtownie poczuła, iż to nie jest zwykła rozgrzewka – to była zapowiedź brutalnej jazdy, która dopiero miała nadejść. Zespół świetnie wprowadził w klimat i ustawił wszystkich mentalnie na tryb „tu nie ma litości”.

Inferi

Inferi podeszli do sprawy bardziej technicznie. Ten amerykański kwartet potrafi wciągnąć w swoje gęste aranżacje i precyzyjne przejścia jak nikt inny. Momentami ich muzyka przypominała zbrojoną chirurgicznie symfonię, gdzie każdy blastbeat i każdy riff miał swoje miejsce i znaczenie. Było tu dużo progresywnego death metalu, a jednocześnie nie brakowało brutalności. Ich set był wymagający dla ucha, ale też nagradzał cierpliwość – doskonała równowaga między techniką a emocją.

200 Stab Wounds

I teraz wstyd się przyznać, ale… nie znałem tej kapeli. Amerykański (Cleveland, Ohio jakby ktoś pytał) kwartet 200 Stab Wounds to prawdziwa petarda. Klimaty wczesnego Death i Autopsy, ale z własnym, świeżym powiewem. Każdy utwór był jak podróż przez mroczne korytarze klasycznego death metalu, momentami powolny, momentami brutalnie szybki, z wyczuwalnym surowym pazurem. Od tego wieczoru nie będę już omijał ich w playliście – wrócę do nich wielokrotnie. Publiczność reagowała żywiołowo, a energia zespołu była zaraźliwa – oooł jee!

CRYPTOPSY

No i w końcu oni. Legenda. Instytucja. None So Vile.
Kanadyjczycy wyszli i od pierwszych sekund było wiadomo, iż nie przyszli tu pogadać. Publiczność od razu została wciągnięta w wir brutalności i technicznej precyzji… no prawie. Set rozpoczął się intro kawałkiem „For Whom the Bell Tolls” Metalliki – nietypowe otwarcie, które jednak świetnie ustawiło atmosferę.

A dalej miazga. „Slit Your Guts” uderzył jak cios młotem w żebra, a potem nastąpiły „Until There’s Nothing Left” i „Serial Messiah” – klasyka, która w Proximie brzmiała jak za dawnych, złotych lat death metalu. Każdy riff były dokładnie tam, gdzie powinien, a Matt prowadził publikę z ogromną charyzmą.

W dalszej części koncertu padły takie hity jak „Dead Eyes Replete”, „Benedictine Convulsions”, „Graves of the Fathers” i „Godless Deceiver”, gdzie brutalność spotykała technikę, a stary duch albumu None So Vile był wyraźnie odczuwalny. „Crown of Horns”, „Phobophile”, „Orgiastic Disembowelment” i na koniec „Malicious Needs” zamknęły wieczór z maksymalną intensywnością – publika wrzała, a scena kipiała energią.

ALE…

Jedno mnie (i nie tylko mnie) mierziłobrzmienie Cryptopsy. Rozumiem brutalność i chaos, ale mimo wszystko selektywność mogłaby być wyższa. Momentami wszystkie instrumenty i wokal zlewały się w jeden soniczny blender gotowy na cocktail deathmetalowy. Na szczęście miałem zatyczki do uszu (ta, “mientka faja” ze mnie), które w tym hałasie były moim superbohaterem – pozwoliły mi słyszeć riffy, a jednocześnie nie wyjść z Proximy z mózgiem przypieczonym jak pizza w piekarniku.

Nowa krew

Ogromnym, pozytywnym zaskoczeniem był widok młodych fanów death metalu. Nowe pokolenie, które przyszło nie dla trendu, ale dla prawdziwej muzyki – i to naprawdę cieszy. Matt też to zauważył i docenił, iż ten rodzaj muzyki ciągle ma swoją przyszłość.

Na koniec

Warszawa mogła być lodowata, ale w Proximie było tak gorąco, iż kurtki mogłyby same się rozebrać. Brutalny death metal z krwi i kości, z oldschoolowym duchem, który wciąż potrafi porwać publikę, naprawdę rozgrzał wszystkich do czerwoności.

Wyszedłem z koncertu wyczerpani, szczęśliwi i jeszcze bardziej spragnieni takich wieczorów. Koszulka na plecach i serce pełne blastów – gotowy na kolejne muzyczne apokalipsy.

Jeśli ktoś jeszcze twierdzi, iż old school death metal umarł, niech przyjdzie pod scenę przy Cryptopsy. Legenda wciąż żyje i ma się wybornie.

Kacper

Idź do oryginalnego materiału