Polska na rezygnację z imprezy się nie zdecydowała, choć w eliminacjach pozostali głównie twórcy z niewielkim dorobkiem, wśród nich 24-letnia Alicja Szemplińska, która pojechała do Wiednia z utworem „Pray”.
Ten – jak pisał w „Polityce” Bartek Chaciński – „bezpieczny, soulowy utwór z wołaniem do modlitwy w tytule i wołaniem o wolność w anglojęzycznym tekście” od początku nie był faworytem wśród bukmacherów, którzy miejsce Polki w konkursie ocenili na koniec trzeciej dziesiątki, a szanse na wejście do finału na nieco ponad 50 proc.
Jej notowania zaczęły rosnąć po udanych próbach, co potwierdziło się w półfinale, gdzie Alicja wyróżniała się wokalnie na tle konkurencji, nadrabiając wykonawczo niedostatki kompozycji. Występ Polki był jednym z bardziej udanych w trakcie wtorkowego wieczoru, a jej udział w finale należy uznać za w pełni zasłużony.
Patos i pitos
Faworyci bukmacherów – reprezentujący Finlandię duet Linda Lampenius i Pete Parkkonen – zaprezentowali odpowiednią dawkę eurowizyjnego patosu w utworze „Liekinheitin”, w którym wrażenie mogła robić efektowna skrzypaczka (wykonująca swoją instrumentalną partię na żywo – to eurowizyjny wyjątek) i odpowiednio przejęty wokalista. Nie zabrakło też ognia, do czego zobowiązuje tytuł – „Liekinheitin” to w końcu „Miotacz ognia”.
O ile u Finów królował patos, o tyle reprezentujący Grecję Akulas, ulubieniec publiczności, postawił akcent na pitos – nie chodzi tu o greckie garnki, ale slangową nazwę pieniędzy. Jego utrzymane w rapowo-imprezowym stylu „Ferto” jest, jak sam to określa, piosenką inspirowaną dorastaniem w czasie greckiego kryzysu finansowego. „To utwór o niedostatku, o pustkach, które wypełnia się zakupami, o pokoleniu, które bało się marzyć, bo nie miało pieniędzy, kontaktów ani możliwości” – tłumaczył. Muzycznie – dobra ilustracja nadmiaru i przebodźcowania.
Emocje, ale innego rodzaju, towarzyszyły występowi reprezentanta Izraela. Noam Bettan przywiózł do Wiednia „Michelle”, śpiewany po francusku, angielsku i hebrajsku potencjalny przebój, pozytywnie wyróżniający się na tle eurowizyjnej stawki, ale także wspomniane już kontrowersje dotyczące samego występu Izraela. Przekonaniu niechętnych mu widzów z pewnością nie pomogło, iż ekipa Bettana tuż przed konkursem zachęcała fanów w mediach społecznościowych, by w półfinale oddawali na niego po dziesięć głosów (tyle przysługuje widzom). Co spotkało się z oficjalnym ostrzeżeniem Europejskiej Unii Nadawców jako wezwanie do łamania regulaminu konkursu. Głosów protestów ze strony publiczności podczas występu jednak nie usłyszeliśmy – przynajmniej w telewizyjnej relacji.
Kosmici z San Remo
Co jeszcze mogło się podobać? Z pewnością delikatna, wyśpiewana na pięć męskich głosów portugalska „Rosa” grupy Bandidos do Cante. Dobre wrażenie robiła też folkpopowa propozycja Chorwatek z grupy Lelek i reprezentujący Litwę Lion Ceccah, imponujący wokalem, ale przede wszystkim scenografią stylizowaną na stare kino science fiction. Emocje, przynajmniej wizualne, mógł budzić również hardrockowy występ odzianych w efektowne zbroje Serbów z grupy Lavina.
Mniej udaną, choć nostalgiczną wycieczką w milenialską przeszłość był z kolei występ estońskiego girlsbandu Vanilla Ninja, na początku lat dwutysięcznych stałych bywalczyń ramówek Vivy i MTV. Powrotem do przeszłości, ale dwie dekady wcześniejszym, był też występ Boya George’a, wokalisty kultowej brytyjskiej grupy Culture Club, wspomagającego wokalnie reprezentującą San Marino włoską piosenkarkę Senhit. Z kolei Włoch Sal Da Vinci przeszczepił na austriacki grunt wibrację italo disco rodem z festiwalu w San Remo.
Wyniki drugiego półfinału poznamy w czwartkowy wieczór, a o tym, kto zostanie tegorocznym zwycięzcą lub zwyciężczynią konkursu – przekonamy się w sobotę. Nadziei na wygraną Polki robić sobie pewnie nie powinniśmy, ale szanse na dobry występ po dzisiejszym występie wydają się zdecydowanie wysokie.








