Czytaj też: „Doda”, czyli wybielanie gwiazdy. Na tym zna się jak nikt
Konkurs kontrowersji
To nie będzie jednak zwykły Konkurs Piosenki Eurowizji. Kontynent jest w tym roku wyjątkowo podzielony w stosunku do tego, co ma się dziać w Wiedniu między 12 a 16 maja. Jeszcze w ubiegłym roku, gdy nie udało się po protestach związanych z interwencją w Gazie wyeliminować z grona uczestników Izraela, zrezygnowało z udziału w konkursie aż pięć krajów: Hiszpania, Holandia, Islandia, Irlandia i Słowenia. Łącznie pozostało jednak w stawce 35 krajów, łącznie o dwa mniej niż przed rokiem – dzięki temu, iż do konkursu powróciły Bułgaria, Mołdawia i Rumunia. Polska nie zdecydowała się na bojkot, ale eliminacje też przebiegały nerwowo. Spośród twórców z dorobkiem, którzy wstępnie zgłaszali udział w rywalizacji, wycofały się Karolina Czarnecka i Mery Spolsky.
Ostatecznie wzięła w nich udział ósemka artystów, w większości młodych, znanych z konkursów wokalnych, ale z niewielkim jeszcze własnym dorobkiem: wspomniana Alicja, Ola Antoniak („Don’t You Try”), Basia Giewont („Zimna woda”), Stasiek Kukulski („This Too Shall Pass”), Anastazja Maciąg („Wild Child”), Jeremi Sikorski („Cienie przeszłości”), Karolina Szczurowska („Nie bój się”) i – to ten jedyny starszy i szeroko znany – aktor Piotr Pręgowski („Parawany tango”). Poziom preselekcji nie był najwyższy, wyróżniała się Basia Giewont z piosenką, która wydawała się czymś pomiędzy „Gają” Steczkowskiej a „Lusterkami” Sw@dy i Niczosa – takie połączenie folkloru i prostej elektronicznej aranżacji to nic odkrywczego, ale daje spore szanse w konkursie, bo głosować mogłyby kraje regionu.
Kicz eksportowy
W krajowym głosowaniu faworytem wydawał się jednak Pręgowski – 72-latek, aktor znany z obsady popularnego serialu „Ranczo”, ale też jako prezenter programu „Disco Relax”, radny z list PSL-u i wykonawca wyborczej piosenki dla Mariana Krzaklewskiego. „Parawany tango”, tanie do bólu, gra na naszej narodowej słabości do disco polo podawanego w komediowej konwencji. Na Eurowizji mogłoby się spotkać z zainteresowaniem jako propozycja dla starszych widzów, jednak co roku pastiszowych lub satyrycznych hitów w stawce jest mnóstwo i szanse na wygraną refrenu „Parawany tango, plażowe gibango/ On ją trzyma mocno i ona trzyma go” trzeba uznać za minimalne.
Z drugiej strony: kicz eksportowaliśmy już wielokrotnie, czasem z namiastką sukcesu – jak w przypadku Ich Troje, których „Keine Grenzen” sprzed lat otwierało preselekcyjny program w tym roku – Artur Orzech przypominał, iż to największy polski sukces eurowizyjny w XXI w. Nic brutalniej nie obnaża trudów naszych zmagań w tym konkursie niż taka informacja, najlepiej w połączeniu z drugą – iż utwór przyniósł nam siódme miejsce, w dodatku aż 23 lata temu. Trudno to nazwać powodzeniem.
Organizująca krajowe preselekcje Telewizja Polska doprowadziła zatem proces do końca, ale się nie spieszyła – byliśmy jednym z ostatnich państw zamykających lokalne eliminacje. Dodatkowo cały blok występów polskich kandydatów nie został choćby wyemitowany na żywo. Program nagrano, odtworzono w gorszym niż zwykle czasie – o godz. 17:35 w sobotę – głosowanie odbywało się w dwóch turach (przed i po emisji), a laureatkę ogłoszono w niedzielnym „Pytaniu na śniadanie”. Wszystko to wyglądało, jakbyśmy wchodzili do eurowizyjnej rywalizacji po cichu, z nadzieją, iż nikt nas tam nie zauważy. Może i słusznie, bo nie wiadomo jeszcze, jak dramatyczny będzie społeczno-polityczny kontekst majowego konkursu. Na typowe beztroskie gibango czasów względnego pokoju nie ma wielkich szans. A cała ta zdystansowana postawa wprawdzie nie gwarantuje sukcesu, ale ogranicza oczekiwania i pozwoli mniej płakać po klęsce.















