Przeważnie w LitRPG obserwujemy ludzi, którzy dopiero co natrafiają na Grę i muszą się do niej dostosować. Co jednak z tymi, którzy rodzą się kilkadziesiąt, kilkaset czy choćby kilka tysięcy lat później? W świecie, gdzie nasza rzeczywistość jest już tylko echem przeszłości, a ta wykreowana przez Grę to jedyna, jaką kiedykolwiek poznali?
Istnieją całe antologie opowieści o tym, jak zachowa się człowiek, gdy do jego świata przeniknie gra… A jeżeli ludzkość już żyje w świecie, w którym gra istnieje od dobrych kilku tysięcy lat? Co, jeżeli ludzie są potomkami ocalałych, którzy w krwawych zmaganiach wywalczyli sobie prawo do pozostania na własnej planecie?
Młodemu Tajlinowi Właszycowi, zwykłemu chłopakowi, nie w głowie wszystkie te wielkie sprawy. Obchodzi go tylko jedno: jak przetrwać w surowym świecie, w którym oprócz Imperatora i zaciekłych wrogów rządzi bezstronny bóg. Bóg, który oczekuje tylko jednego: by wszystko działo się zgodnie z jego wolą.
– opis wydawcy
Alchemik. Tom 1: Miasto Umarłych to początek nowej serii LitRPG od Wasilija Machanienki, znanego już między innymi z Drogi Szamana czy Świata Przeistoczonych. Tym razem trafiamy w trochę inne miejsce na osi czasu niż zwykle – zamiast obserwować sam początek świata sterowanego przez Grę, widzimy uniwersum, gdzie ludzie funkcjonują z jej mechanizmami już od tysiącleci. Poznajemy w nim Tajlina Właszyca, dziesięcioletniego chłopca, który przez znalezienie się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie wikła się w śmiertelnie niebezpieczną, ale i sowicie wynagradzaną przez boga wyprawę.
Fabularnie Miasto Umarłych można podzielić na dwa segmenty – przed utknięciem w „jaskini” i po nim. Ten pierwszy to głównie wprowadzenie. Poznajemy podstawowe mechaniki świata przedstawionego, takie jak „aktywowanie” dzieci (tak, wiem, jak to brzmi), inicjację, klasy czy świątynie. Dostajemy również pierwsze sygnały, iż Tajlin to – oczywiście, iż tak – nie takie znowuż zwykłe, przeciętne dziecko. W drugiej części z kolei przechodzimy do adekwatnego litRPG: klepania się z potworami i zdobywania nowego, niesamowitego lootu.
Segment numer dwa miał zdecydowanie ciekawszy klimat niż ten pierwszy. Zawierał, rzecz jasna, więcej akcji – choć ogólnie cały tom jest nią napakowany – ale też, przede wszystkim, jako iż jesteśmy pod ziemią, w porzuconym tysiąclecia temu metrze, trudno mi było nie przywoływać sobie w głowie obrazków z Metra 2033. Treść jest zupełnie inna, aczkolwiek sama „duchota” starych, sypiących się tuneli pozostaje zbliżona. Fakt, iż jeden z głównych bohaterów to nie człowiek, a jakaś specyficzna abominacja, swego rodzaju mutant, tylko dodatkowo podkreśla tę zbieżność. Nie wiem, czy podobieństwo do innego dzieła popkultury należy traktować jako pełnoprawny plus, ale dla mnie niewątpliwie nim było.
Paradoksalnie jednak miejsce akcji to też dla mnie jeden z dwóch głównych minusów – a adekwatnie choćby nie ono samo, a sposób jego opisywania. Machanienko wyjaśniał wygląd lokalizacji tak, iż nie miałam pojęcia, o co mu chodzi. Kompletnie nie mogłam sobie wyobrazić, jak ta przestrzeń miałaby wyglądać. Podczas gdy ja miałam przed oczami jakiś wielki, przestronny peron – w końcu stoi na nim całe miasto! – pełen potworków, główni bohaterowie nagle magicznie dają radę przejść po nim niezauważeni ot tak, w ciągu chwili. Czyli iż co, jednak nie był taki duży i starczyło kilka kroków? Ten rój przeciwników nagle zniknął? Czy może okazali się oni ślepi i głusi, skoro nie zauważyli dwójki intruzów losowo wyważających płytę w podłodze? Nie wiem, nie potrafiłam sobie zwizualizować tej przestrzeni tak, aby miało to jakiś sens.
Druga rzecz – wiek bohaterów sprawia tu więcej kłopotów niż pożytku. Przede wszystkim, obserwowanie romansu i zaręczyn dziesięciolatków było dla mnie, delikatnie ujmując, odrobinę niekomfortowe. Słuchanie o tym, jaka ta nieletnia dziewczynka jest piękna albo jak przyjemnie im się przytula… no trochę niezręcznie. Inna sprawa natomiast jest taka, iż Tajlin równie dobrze mógłby mieć lat 13 lub 14 i nie byłoby widać żadnej różnicy. Oprócz tego, iż od czasu do czasu sobie popłacze, Właszyc nie ma adekwatnie żadnych zachowań charakterystycznych dla swojego młodego wieku. Przez większość czasu jest takim samym strategicznym terminatorem jak niemal każdy dorosły protag książek litRPG. Może na początku jeszcze prędzej dało się odczuć, iż to dzieciak, ale w podziemiach? Praktycznie wcale. Więc po co to było?
W kwestii okładki – no cóż, widywałam lepsze. Ta wygląda, jakby sklecił ją początkujący pasjonat Photoshopa. Coś tam gdzieś wklejone, coś dorysowane, tu i ówdzie nawalone kreseczek, trochę fade’ów i wymazań na losowych elementach… Z tego, co zdążyłam się zorientować, zapożyczono ją sobie z anglojęzycznej wersji książki – oryginalna, rosyjska, przedstawiała niebieski kryształ i choć niewątpliwie wyglądała estetyczniej, to też prawdopodobnie nie przyciągnęłaby za bardzo wzroku, stojąc na półce w księgarni. Z dwojga złego padło więc na ten wariant. Cóż, dobrze, iż przynajmniej darowaliśmy sobie płonące napisy…
Alchemik. Tom 1: Miasto Umarłych to przyjemna lektura, choć nie bez wad. Jest krótka, napakowana akcją i całkiem wciągająca. Z drugiej jednak strony opisy otoczenia bywają niejasne, wątki romantyczne – niezręczne, a wiek bohaterów nie całkiem adekwatny w stosunku do ich zachowania. Byłoby tutaj co dopracowywać, natomiast w ogólnym rozrachunku wciąż jestem na „tak”. Czas akcji i świat przedstawiony wyróżnia Alchemika na tle standardowych litRPG – i warto przeczytać go choćby choćby tylko dlatego. Zawsze to coś odświeżającego w tym dość utartym już schemacie gatunku.

Autor: Wasilij Machanienko
Tłumaczenie: Monika Jędras
Okładka: Iwan Chiwrenko
Wydawca: Insignis
Premiera: 23 września 2026 r.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Stron: 352
Cena katalogowa: 49,99 zł
Powyższa recenzja powstała w ramach współpracy z wydawnictwem Insignis. Dziękujemy!
Fot. główna: materiały promocyjne – kolaż (Insignis)





