„Twój stary znowu umarł” – takiego SMS-a wysłał mi kumpel i tym czarnym wicem zabił mi ćwieka, ale tylko pókim nie zajrzał do sieci, bo tam już wszędzie czarno na białym stało, iż Jan Frycz nie żyje.
Kiedy widzę portrety pozbawione koloru, to już się boję – jakbym słyszał muzykę klasyczną w komercyjnej radiostacji – a adekwatnie to skąd wiadomo, iż śmierć jest czarno-biała i nie lubi dyskoteki? Wszak niegdyś ją malowano, jak ciągnie swoje ofiary w hołubce totentanzu. Mój stary znowu umarł – konkretnie stary K., za którego filmową wersję Frycz został z górą dwie dekady temu obsypany nagrodami. Być może tak jest, iż jak się pisze rolę pod konkretnego aktora, to jakby się szyło garnitur na miarę – jeżeli propozycji nie odrzuci, jak go raz przymierzy i poczuje, iż dobrze leży, to już potem zapału nie straci.
Rolę ojca w „Pręgach” Magdy Piekorz pisałem dla Jana Frycza, bo w dość jeszcze młodzieńczej bezczelności uznałem, iż w naszym debiutanckim filmie zagrać musi mój ulubiony aktor, zwłaszcza iż pisałem historię swojego dzieciństwa, naonczas kamuflowaną jako „antybiografia”. W filmie ostało się ledwie kilka scen przeniesionych bezpośrednio z powieści „Gnój”, ale były to sceny kluczowe, najmocniejsze, jak ta z pejczem i „karą zaległą”, którą ojciec wymierza zaskoczonemu synkowi poniewczasie, a potem jak gdyby nigdy nic pobitemu chłopcu proponuje wspólne oglądnie meczu. Nie chciałem, żeby tę rolę zagrał aktor płasko, jednowymiarowo – stary K. nie był najstraszniejszy wtedy, gdy wściekle garbował mi skórę, ale wtedy, gdy ze skrajną nieporadnością próbował być czułym tatą. Frycz się w tej roli odnalazł i sprawdził perfekcyjnie, nie mnie dociekać, czy przeniósł tam własne problemy w relacjach z rozlicznym potomstwem.
Był aktorem totalnym, kiedy go spotkałem na planie, miałem wrażenie, iż nie odkłada roli na bok, iż jest w niej całodobowo, także w prywatnych rozmowach, napisałem choćby niedelikatnie w eseju dla miesięcznika „Kino”, iż być może „wybitny aktor już tak ma, iż nie może przestać grać choćby w sraczu, iż oni cierpią na taki zespół maski wrośniętej w twarz”. Żałowałem potem tej nieostrożności, ale takie miałem wrażenie, cóż poradzić – pierwszy raz spotkałem go kilkanaście lat wcześniej w studium aktorskim Doroty Pomykały,
Post Aktor totalny pojawił się poraz pierwszy w Przegląd.

















