Są koncerty, po których wychodzi się z klubu. I są takie, po których człowiek niemal z niego wypada – ogłuszony, przepocony i z szerokim uśmiechem na twarzy. Dokładnie tak było na koncercie Airbourne.
Przez półtorej godziny nie było miejsca na półśrodki. Klasyczny, bezczelny rock’n’roll wypełnił Klub Studio od sceny aż po ostatni rząd na balkonie. Piwo latało nad głowami, pot lał się strumieniami, a Joel O’Keeffe jak zwykle zachowywał się tak, jakby scena była zdecydowanie za mała na jego pomysły. Tego wieczoru rock’n’roll rządził Krakowem.
Airbourne od lat konsekwentnie udowadniają, iż do rock’n’rolla nie potrzeba rewolucji. Wystarczą potężne riffy, głośne wzmacniacze, energia bez hamulców i przekonanie, iż każdy koncert trzeba zagrać tak, jakby miał być ostatnim. Australijczycy czerpią garściami z najlepszych tradycji hard rocka, ale na scenie nie są żadnym muzealnym eksponatem – to żywioł, który najlepiej działa właśnie w takich miejscach jak Klub Studio.
Rock’n’roll podobno umiera od kilkudziesięciu lat. Najwyraźniej nikt nie powiedział o tym Airbourne.
Dziękujemy Live Nation Polska za ten koncert.
Foto: Tomash Photography Tomasz Woźniak
















