Aida Kosojan – Przybysz: obfitość zaczyna się od tego, czym siebie wypełniasz…

ohme.pl 1 miesiąc temu

Aida Kosojan-Przybysz, jasnowidzka i autorka „Potęgi obfitości”, mówi bez patosu: obfitość nie jest ani majątkiem, ani szczęściem „przy okazji”. Jest stanem wewnętrznej harmonii – trójkątem duszy, ciała i rozumu, który trzyma nas w teraźniejszości, pozwala trawić to, co było, i nieść tylko tyle, ile możemy unieść. To droga, która wymaga porządkowania emocji, uwalniania żalu, szacunku do korzeni i gotowości do słuchania niewidzialnego świata. „Jesteśmy domem, naczyniem, które gromadzi wszystko, co przeżyliśmy – jeżeli napełniamy je miłością, możemy nią obdarować świat”.

Czy dla ciebie jest obfitość?

– Dla mnie to totalna wewnętrzna harmonia rozumu duszy i ciała, czyli, jak ja to nazywam, trójkąta mocy. On daje spokój i równowagę. Sam w sobie jest obfitością, oznaką, iż jestem w tu i teraz. Bo najgorzej jest, kiedy człowiek pobiegnie parę kilometrów do przodu a siebie zostawi gdzieś z tyłu. Dysharmonia wewnętrzna jest też wtedy, kiedy człowiek odcina się sam od siebie: od swojego wewnętrznego głosu, od swoich potrzeb, od swojego własnego odbicia w lustrze i od ciała. Dla mnie ciało jest jak dzban wypełniony tym, co ma do powiedzenia dusza. Gromadzimy w nim wszystko, co zbieraliśmy przez całe życie. jeżeli napełnialiśmy je miłością, jesteśmy w stanie dać tę miłość sobie i podzielić się nią ze światem. Ten dzban lubię porównywać do konewki, którą możemy podlewać wszystko, co jest wokół nas i to ożywiać.

Książka „Potęga obfitości” zwiera kilkanaście rozdziałów, które dotyczą m.in. domu, związków, relacji, przodków. Skąd taka kompozycja?

– Po prostu każdy z tych rozdziałów związany jest z naszym życiem, nas dotyczy. Jesteśmy wszędzie, w tych światach widzialnych i niewidzialnych. Człowiek jest miłością, zapachem, czynem, jest myślą i słowem. Dlatego warto pomyśleć o obfitości, którą możemy tworzyć naszym działaniem, budować ją.

Czy Ty zawsze miałaś te obfitość w sobie?

– Hmmm, powiem tak: nie ma ciała, które nie miałoby stanu podgorączkowego, nie przechodziłoby infekcji. Przynajmniej ja takiego nie znam. Też miewałam i miewam sytuacje, w których muszę zmierzyć się z rzeczywistością. Bo żyjemy w procesie, w drodze, od pierwszego wdechu do ostatnio wydechu. Żyjemy czując, oddychając, trawiąc, rodząc, budząc się, żegnając – i czasami są to trudne procesy. Tylko, jak się tak po latach obejrzymy za siebie okazuje się, iż niespodziewanie to one doprowadziły nas do celu. Podam przykład ze swojego życia. Studiowałam w Kijowie i akurat zbliżała się sesje egzaminacyjna. Miałam jeden przedmiot niezaliczony. Podeszłam do tego bardzo osobiście, ambicjonalnie – muszę się nauczyć, zaliczyć, bo jak to by wyglądało, gdyby nie dopuścili mnie do sesji? Ucząc się zapomniałam o jednej książce, po którą musiałam wrócić, żeby się przygotować. Byłam zła, bo to była strata czasu, ale zawróciłam do akademika i wtedy poznałam Adama, mojego przyszłego męża. Można z tego wyciągnąć wniosek, iż każda rzecz w naszym życiu, sprawiająca nam trud w danym momencie, jest tylko początkiem czegoś nowego. Są sytuacje, które nas opancerzają i takie, które wyciągają nas ze skorupy. Patrząc na obfitość – jest z nią jak z pogodą. Czasem jesteśmy pełni energii, patrzymy na słońce, a czasem przeżywamy wewnętrzny sztorm. Wtedy trzeba uważać, by nie utonąć we własnych łzach, zmartwieniach, bo można pójść na dno.

Jak ważne w naszym życiu jest to czym i kim się otaczamy?

– Czasami traktujemy naszą przestrzeń wokół i w sobie jak graciarnię, w której nie ma dla nas miejsca. Wtedy choćby nie widzimy, iż umiejscawiamy się gdzieś na strychu albo w piwnicy. Albo jesteśmy w takim zmartwieniu, które trzyma nas w imadle własnych myśli. Istniejemy fizycznie, ale nie jesteśmy szczęśliwi. W tym przypadku książka „Potęga obfitości” może się stać takim alfabetem, przewodnikiem dla naszych myśli i doświadczeń. Po to by nauczyć się segregować różne rzeczy w swoim życiu. Wiedzieć, które pamiętać, trzymać w sercu, a które puścić wolno. My czasami nie przyjmujemy tego co jest dla nas, tylko dźwigamy ciężar, który ktoś nam włożył na plecy. Choć go wcale nie chcemy. Wtedy łatwo dać się złamać.

Jak żyć, by nie być obciążeniem dla kolejnych pokoleń? Jak pokazywać swoim dzieciom jak należy żyć na tym świecie?

– Są ludzie, którzy pracują na porodówce i są tacy, którzy pracują w kostnicy. Jedno i drugie to jest energia życia i śmierci. My jesteśmy w przestrzeni pomiędzy życiem i śmiercią. Ta przestrzeń i ten czas są wypełniane różnymi emocjami. Ważne, żeby z tego świata wyjść lekko, by nie dźwigać ciężarów na drugą stronę. Wiesz, kiedy tak się dzieje? Kiedy wybaczasz, kiedy żyjesz tu i teraz, kiedy jesz tyle, ile jesteś w stanie strawić, kiedy niesiesz tyle, ile możesz unieść. Po to, by było ci lekko. Kiedyś usłyszałam takie powiedzenie, iż żyje się tylko jeden dzień. To co było wczoraj – może ja to jeszcze „trawię”, ale już tam nie sięgnę, nie mam wpływu na to co się stało. Mogę to przeżywać, mogę wyciągnąć lekcję, ale to już się stało. Przecież choćby kiedy sięgamy po list napisany dwa tygodnie temu – to dziś może być już nieaktualny. Zaś przyszłość dopiero się wydarzy.

W swojej książce jeden rozdział poświęciłaś przodkom, czyli korzeniom, z których wyrośliśmy. Myślę sobie, iż nie mamy wpływu na to, kim są nasi rodzice, dziadkowie, etc. Czasami się ich wstydzimy, niekiedy boimy. Co wtedy?

– Mi zależy na tym, żeby człowiek miał szacunek dla swoich przodków, choćby jeżeli w jego ocenie nie dostają oni szóstki, nie mają wielkich sukcesów. Dla mnie największym osiągnieciem naszych przodków jesteśmy my sami, w tym wydaniu w jakim jesteśmy. Ta książka jest też po to byśmy wiedzieli, iż nie jesteśmy sami. Całe grono naszych przodków jest w każdym kawałeczku naszej skóry, mięśni, krwi, naszego DNA. Oni na nas patrzą, chronią nas, pracują na naszą rzecz cały czas, są naszymi aniołami. Otwartymi drzwiami pomiędzy naszymi przestrzeniami są nasze sny i przebłyski intuicji.

Co ludziom przeszkadza w osiągnieciu pełni, obfitości i dlaczego mamy tendencję do trywializowania sfery duchowej, uważając, iż liczy się tylko to, co mówi nauka?

– Jest takie powiedzenie: jak trwoga to od Boga. Mi się wydaje, iż każdy ma swoją drogę do tego, by ten duchowy i mistyczny świat dotknąć. U każdego człowieka co innego jest przełomem. To jest jedna z takich niewidzialnych drabin, po których człowiek może wyjść z różnych trudnych sytuacji. Nagrywałam dziś podcast. Prowadząca, która sama jest lekarzem, opowiedziała mi niesamowitą historię znajomej lekarki, która przez długi czas odmawiała pacjentowi zabiegu na oko. Uważała, iż z naukowego punktu widzenia to nic nie wniesie, nic nie zmieni. Aż w końcu uległa i powiedziała ok, spróbuję. I trakcie operacji zdarzył się cud. Od strony medycznej nie powinna była pacjenta dotykać w ogóle, ale jak dotknęła, otworzyła oko, to okazało się, iż tam jeszcze jest coś, co było niewidoczne w badaniu i co można było uleczyć. Ta operacja się powiodła. Dlatego o tym mówię, bo wydaje mi się, iż tak naprawdę czasami coś lub ktoś prowadzi nas za rękę. Prościej wierzyć jest w to, co się widzi. Robimy tak, bo boimy się stracić kontrolę nad swoim życiem. Ale mistyczny świat istnieje – w modlitwach naszych matek i babek, w cierpieniu naszego rodu, w obrządkach chrztu czy pogrzebu.

Kiedy następuje przełom?

– Czasem są takie sytuacje, iż człowiekowi otwierają się oczy na ten świat niewidzialny i zaczynamy widzieć, iż on się z nami komunikuje a my odpowiadamy. Często są to sytuacje traumatyczne albo takie, które trudno wytłumaczyć racjonalnie. Z drugiej strony trzeba też dojrzeć do tego. Pomyślmy, dlaczego dzieci się ze sobą komunikują, choćby bez słów? Bo są jeszcze czyste. Są wolne od różnego rodzaju ocen innych ludzi. Dla nich nie jest ważne, co inni powiedzą, co pomyślą. Pamiętam siebie jak byłam małą dziewczynką i mówiłam różne rzeczy nie zastanawiając się nad tym, jak zostaną one odebrane. Dopiero potem rodzice mówili mi: siedź cicho, nie możesz tego mówić. A dziecku się wyrywa, bo dziecko jest szczere! Nie ma w nim bojaźni, by wyrażać to, co czuje, myśli, widzi. Nie zna jeszcze konsekwencji swoich słów. jeżeli chodzi o świat niewidzialny – znam mnóstwo ludzi o rożnym stopniu wykształcenia, łącznie z profesorami, doktorami habilitowanymi, którzy bardzo wierzą w świat mistyczny, ponieważ sami byli świadkami różnych sytuacji. Są takie zawody jak policjant czy lekarz, które nieustannie balansują w pracy na granicy życia i śmierci. Lekarze potrafią operować po kilkanaście godzin wykorzystując swoją wiedzę i umiejętności po to, by zatrzymać pacjenta. Czasem się to udaje czasem nie. Czasem to jest walka, czasem prośba i modlitwa. Słyszałam o takiej sytuacji, kiedy pewna matka urodziła bliźnięta i jedno z nich zmarło. Kobietą poprosiła, żeby pielęgniarki położyły jej oboje dzieci na piersi, to martwe i to żywe. Zaczęła mocno płakać i ten martwy maluszek zaczął oddychać, wrócił do świata żywych bez późniejszych negatywnych konsekwencji dla zdrowia. Czasem tak jest, iż ktoś bardzo nas tu za rękę trzyma, a czasem tak, iż ktoś po drugiej stronie wyciąga po nas rękę, bo nas potrzebuje przy sobie. Jest porozumiewanie się dusz.

Zaciekawiło mnie to, co piszesz o snach, iż nie ma uniwersalnych senników, ale iż są senniki rodowe. Opowiedz o tym.

– Każda rodzina ma swój sposób komunikowania się. Trzeba obserwować swoje sny, zapisywać je. Trzeba też zwracać uwagę na to, w jakim nastroju, z jakim samopoczuciem się budzimy. jeżeli otwieramy oczy i choćby nie pamiętamy swojego snu, ale czujemy się spięci, zdenerwowani – warto obserwować co się wydarzy, być ostrożnym, uważnym. Moja babcia Margo miała kiedyś sen. Śniło jej się, iż wygoniła mojego dziadka ze świeżo pobudowanego drewnianego domu, w którym została sama. Dziadek był wtedy w szpitalu, a babcia, odkąd tam wyjechał, mówiła z przekonaniem: „ja już Joski więcej nie zobaczę”. Sen ewidentnie zwiastował śmierć, bo ten pachnący świeżym drewnem dom to była trumna. Babcia widziała i przeczuwała śmierć. Kilka dni później to ona dostała udaru i zmarła. Nic tego nie zapowiadało, poza tym snem. Dlatego rozmawiajmy z rodzicami, dziadkami, o snach, to będziemy wiedzieli, co nam chcą powiedzieć, kiedy ich nie będzie.

Co jest największą przeszkodą w wejściu na drogę obfitości?

– Żal, długie trwanie w smutku, nieodpuszczanie.

Człowiek, który nie wybacza cały czas karmi swój ból. Sam sobie to robi. Tam, gdzie jest żal – tam jest ból, gdzie jest ból – jest cierpienie, a tam, gdzie jest cierpienie – jest granica. Za nią – jeden cierpi płacząc po cichu, a drugi w cierpieniu zaczyna budzić w sobie nienawiść. Wtedy zaczynają się tworzyć różne procesy w ciele człowieka. Jeden kieruje tę nienawiść przeciwko sobie samemu np. ma żal, iż czego nie zrobił i rani sam siebie, a drugi ma żal do kogoś i ten gniew wylewa na zewnątrz. Czasami cudzymi rękoma. Można wręcz doprowadzić do sytuacji, kiedy to ktoś inny za nasz ból skrzywdzi drugiego człowieka.

Widziałam takie sytuacje, kiedy ból i żal drugiego człowieka przerodził się w tragedię rodzinną. Pamiętam taką historię z moich rodzinnych stron. Pewien młody, dwudziestoparoletni nauczyciel odrzucił zaloty siedemnastoletniej uczennicy. Ona chciała się zemścić wiec skłamała bratu, iż nauczyciel się do niej zalecał. Namówiła, żeby go pobił. Ten brat sobie popił, zawołał kolegów, razem napadli na tego nauczyciela i tak go pobili, iż ten zmarł. I co teraz? Brat siedzi w więzieniu, młody mężczyzna nie żyje, rodzina totalnie rozwalona, a jej sumienie nie jest czyste.

Czy takie ubrudzone sumienie można wyleczyć?

– To jest bardzo indywidualna sprawa. Są tacy, którzy upadną na kolana i będą żałować, pokutować i są tacy, którzy wzruszą ramionami i powiedzą – no i stało się, zasłużył. Pamiętam historię z Lublina, którą – już po fakcie – opowiedziała mi jedna z klientek. Było dwóch szwagrów, prowadzili wspólny biznes. Jeden drugiego oszukał na pieniądze – nie żeby jakieś ogromne, ale nie mogli się dogadać. Doszło do takiej eskalacji żalu, iż podczas kłótni przy stole jakaś butelka poszła w ruch i szwagier szwagra zabił. Ja sobie myślę, iż w takich sytuacjach człowiek nie patrzy swoimi oczami, ma zaćmienie umysłu. Czyimi oczami patrzy? Na pewno nie Boga. Czasami są też różne historie rodowe. Jeden klient mi opowiadał, iż miał wuja, który przegrał pół majątku a teraz, w kolejnym pokoleniu, ma kuzyna, który robi dokładnie to samo.

Może ta rodzina ma do przerobienia relacje z pieniądzem?

– Może tak być, dlatego warto znać historię swojej rodziny. Tej dalszej i tej bliższej, im głębiej w pokolenia tym lepiej. Ta wiedza nas wzbogaci, uzbroi, bo każdy dzień to nowy egzamin. Możemy go zdać, możemy nie – i mieć powtórkę.

Co, kiedy rodzina nas na tyle obciąża, iż nie jesteśmy w stanie przerwać tej sztafety pokoleń, tego łańcucha traum?

– Odpowiem obrazowo: dziecku noga cały czas rośnie, noga jest ta sama, ale trzeba zmieniać buty. W pewnym momencie noga przestaje rosnąć.

Chcę przez to powiedzieć, iż jak człowiek się rozwija, to nosi własne buty, a nie cały czas te maleńkie, dziecięce. I nie cudze tylko swoje. Po prostu to my kreujemy naszą rzeczywistość, bierzemy odpowiedzialność są swoje wybory, swoje życie, nie mamy obowiązku brania na siebie zobowiązań innych osób. To jest jak z długami. Są osoby, które spłacają długi po swoich przodkach i nie tylko fizycznie, ale również metaforycznie. Jedni mówią: taki mój los. Inni mają taki żal do swoich przodków, do swojego nazwiska, iż zmieniają miejsca zamieszkania, czasem właśnie nazwisko.

Uciekają?

– To nie zawsze jest ucieczka. Czasem jest to szukanie własnej tożsamości. Znam takie sytuacje, iż z jednej rodziny pochodził i złodziej, i ksiądz – z tych samych genów. Dzieje się tak, bo są wibracji matki i wibracje ojca. A wiesz, kiedy trauma zaczyna się leczyć? Kiedy przestajemy oceniać, a zaczynamy rozmieć. Nie usprawiedliwić, ale choć próbować zrozumieć.

Jak budować obfitość w rodzinie?

– Słyszeć i słuchać siebie, nie bać się mówić, komunikować pamiętając, iż porozumiewamy się nie tylko słowami, ale też spojrzeniem, dotykiem, myślą, czynem, dbałością o siebie. Ludzie potrafią trwać w toksycznej relacji, nie rozmawiać ze sobą latami. Są martwi za życia i to jest najgorsze. Trzeba pamiętać, iż rodzina to są zarówno więzi jak i węzły. Tak kilka się różnią ta dwa słowa a tak różne mają znaczenie. W ogóle uważam, iż polski język jest bardzo mistyczny. Można się kogoś bać albo o kogoś dbać. Jest przeszłości i przyszłość – też różnią się tylko jedną literą.

Od czego zacząć drogę do obfitości?

– Od porządkowania i oczyszczania. Wszystko nas rozprasza, co nie leży na miejscu, powoduje, iż musimy szukać tego czegoś kilka razy i po co? Przecież to jest strata czasu a najcenniejsze co mamy to czas. Jak jest porządek to nie marnujesz ani chwili. To nie chodzi o to, żeby cały czas być aktywnym i coś robić. Bo ja mogę siedzieć i patrzeć na gwiazdy, ale to nie jest marnowanie czasu. To jest celebrowanie czasu. Choć są sytuacje, iż jest to przeznaczenie i coś celowo próbuje nas w domu zatrzymać. Na przykład dłużej zostać w domu szukając kluczy i nie wziąć udziału w karambolu. Tak też może być. Oczyszczenie powinno być też z emocji, które sprawiają, iż tkwimy w żalu. Znam ludzi, którzy mają po 80 lat i wciąż wspominają, iż jak byli mali babcia czy rodzic czegoś im nie dali albo nie zrobili. Oni dawno już nie żyją, nie mają jak naprawić swojego błędu, a ten ktoś wciąż go przeżywa. Po co tkwić w przeszłości? Żyjemy tu i teraz, trzeba zderzać się z rzeczywistością a nie z przeszłością.

Co chciałabyś, aby czytelniczki naprawdę poczuły, kiedy zamkną ostatnią stronę książki?

– Chciałabym, żeby poczuły więź ze swoimi przodkami i żeby poczuły, iż ich korzenie są mocne. choćby jeżeli pewne kwestie są dla nich trudne – to żeby odnosiły się do nich z szacunkiem. Nie rozpamiętujcie. Jesteście kompletne. Pamiętajcie jednak, iż nie jesteście same, iż jest ten mistyczny świat, w którym są wasi przodkowie. Oni was wspierają i chronią. Ale też nie zapominajcei, jak wiele możecie dokonać własnymi wyborami. Przyszłość jest ruchoma, to jest droga, na której jest wiele niewidzialnych znaków. Możecie je odczytywać dzięki temu, iż wasi przodkowie obdarzają was swoją bezwarunkową miłością. Mam nadzieję, iż ta książka pomoże Wam w drodze do siebie.

Idź do oryginalnego materiału