AGATA KULESZA: – Na konferencji prasowej „Lalki” Maciek Kawalski użył tego sformułowania, nawiązując do efektu Kuleszowa. Radziecki reżyser Lew Kuleszow zorientował się, iż jak zmontuje obok siebie ujęcia okruszków i smutnego aktora, to widz pomyśli, iż ten człowiek jest głodny. Natomiast wniosek Kawalskiego był taki, iż kiedy ja się pojawiam w kadrze, rośnie temperatura i dzięki mojej energii film zaczyna pędzić.
Staje się lepszy.
Bardzo miły komplement. Nie każdy pamięta z powieści Prusa graną przez mnie panią Meliton. W książce to postać mało istotna, a w scenariuszu została skonstruowana tak, jakby to ona pociągała za sznurki i kierowała Wokulskim. Obejrzawszy jedną z pierwszych wersji filmu, sama się uśmiechałam do siebie, iż z takim dystansem ją zagrałam. W recenzjach, które czytałam, też zostało to zauważone, co mnie ucieszyło.
Jak się kradnie sceny innym aktorom?
Nie nazwałabym siebie złodziejką scen. Nie można wejść na plan i przyćmić wszystkich. To nie miałoby sensu. Dobra scena powstaje dzięki wzajemnej akceptacji, kiedy aktorzy ze sobą współpracują i choćby głupich pomysłów nie wstydzą się sprawdzać przed sobą.
Na mieście krążył taki dowcip, iż aktorów nie pyta się, czy grają w „Lalce”, tylko w której. Miałaś wybór?
Nie miałam. Któregoś dnia zadzwoniła agentka. Jest taka nieduża rola z Marcinem – zagaduje. W kostiumie? Tak, będziesz jeździła dorożką. Biorę! Kocham filmy kostiumowe, a nie mam zbyt dużego doświadczenia w tym gatunku. Jako aktorka raczej jestem przypisana do współcześnie cierpiących kobiet.











