Uchwała nie oznaczała, iż cała Polska będzie świętować jubileusz – to zdarzyło się w Poznaniu i tylko w październiku, w bliskim sąsiedztwie daty wyznaczającej początek życia, która 19 lat temu została wyryta na tablicy w kolumbarium na Junikowie, gdzie umieszczono urnę z prochami Artysty. Nikomu nie wręczono więc okolicznościowego medalu, ani orderu, jedynie zapalono znicze na cmentarzu, położono świeże kwiaty – bez państwowej celebry i chyba choćby bez obecności kogokolwiek z magistratu, bo 14 października, dzień urodzin Conrada Drzewieckiego, to też Dzień Edukacji Narodowej, więc urzędnicy mieli na głowie sporo innych spotkań.
Za to my, miłośnicy talentu Artysty, dostaliśmy w prezencie kilka specjalnie przygotowanych wydarzeń i możemy uważać się za szczęściarzy – nie po raz pierwszy zresztą – iż mieszkamy akurat w stolicy Wielkopolski. Nie tylko dlatego, iż właśnie tu urodził się Drzewiecki, ale iż to miasto jakoś ukochał szczególnie i zawsze do niego wracał, a w końcu został w nim do końca życia, tu pracował i tu spełnił swoje marzenie o samodzielnej instytucji baletowej, niezależnej od opery – teatrze tańca.
Tu również, w Poznaniu, powstawały jego najważniejsze kreacje sceniczne, tu stworzył swoje nieśmiertelne choreografie i tu zarażał „tańcem modern” kolejne pokolenia uczniów szkoły baletowej, w której zresztą pracował nie tylko jako pedagog, ale i dyrektor artystyczny w latach 1971 – 1980.
Tu w końcu byli ludzie, od których decyzji wiele zależało w tym ciągu zdarzeń: Robert Satanowski, który jako dyrektor Teatru Wielkiego zaproponował Drzewieckiemu w 1963 roku kierowanie baletem i później umożliwiał liczne peregrynacje po kraju oraz poza jego granicami, Stanisław Cozaś, prezydent Poznania, którego upór miał najważniejsze znaczenie przy tworzeniu w 1973 roku Polskiego Teatru Tańca, pierwszej takiej instytucji w obozie państw socjalistycznych, tu wiele lat spędził wreszcie Wincenty Kraśko, który już jako sekretarz KC PZPR poparł poznańskie starania i jednym telefonem załatwił zgodę, wcześniej wstrzymywaną w ministerstwie kultury, na utworzenie osobnej sceny dla zespołu Conrada.

fot. Materiały prasowe
Szczęśliwie większość pomocnych osób, jeżeli choćby nie do końca rozumiała to, co robił Drzewiecki, przeczuwała, iż ma do czynienia z fenomenem i nie wolno im zmarnować nierozsądnymi decyzjami szansy, by się on przez cały czas rozwijał i materializował na swój specyficzny sposób, jednocześnie umacniając pozycję stolicy Wielkopolski na mapie kulturalnej świata.
Wkrótce przyniosło to spodziewane efekty: każda premiera stawała się wydarzeniem, każda przyciągała widzów także spoza Polski – o PTT pisano w najważniejszych pismach branżowych w całej Europie i zapraszano na festiwale lub gościnne występy.
Drzewiecki i Drajewski
Szczęśliwie też, ileś lat temu, tu, w Poznaniu, przecięły się drogi Conrada Drzewieckiego z drogami Stefana Drajewskiego, wówczas dziennikarza „Głosu Wielkopolskiego”. To był naprawdę dobry zbieg okoliczności. Drajewski, co wyznał po latach, uczył się od Drzewieckiego, jak oglądać spektakle baletowe, Drzewiecki natomiast znalazł w Drajewskim wdzięcznego słuchacza.
Zaowocowało to nie tylko wnikliwymi recenzjami, ale i trzema książkami – rzec można: pomnikowymi – poświęconymi Wielkiemu Choreografowi.
Najpierw, w 2014 roku, nakładem Wydawnictwa Rebis, ukazała się monografia „Conrad Drzewiecki – reformator polskiego baletu”, trzy lata później „Ekfraza dzieła muzycznego w choreografiach Conrada Drzewieckiego”, wydana przez Akademię Muzyczną im. Ignacego Jana Paderewskiego w Poznaniu, i teraz, dokładnie w setną rocznicę urodzin – „Conrad Drzewiecki. Choreograf ponad granicami”, przygotowana przez Wydawnictwo Miejskie Posnania.
A dodać do tego trzeba jeszcze jedną pozycję, monumentalną, napisaną przez Drajewskiego wespół z Jagodą Ignaczak, z 2023 roku – „Polski Teatr Tańca. 1973 – 2023. Historia – ludzie – idee” (Wydawnictwo Miejskie Posnania).
Conrad
Tak się też szczęśliwie złożyło (znowu!), iż prezentacja najnowszej książki zbiegła się z premierą Teatru Wielkiego w Poznaniu, gdzie z wielką pieczołowitością, korzystając z pomocy dawnych tancerzy Drzewieckiego, zrekonstruowano cztery jego balety, zamykając je w jednym spektaklu, zatytułowanym „Conrad”.
Po raz kolejny (choć niektórzy po raz pierwszy) mogliśmy się przekonać, na czym polegała wielkość tego artysty; z czterech tytułów trzy zdecydowanie oparły się upływowi czasu, „Adagio na smyczki i organy” Albinoniego zachwycało swym pomysłem i ulotnością, „Krzesany” Kilara sprawiał, iż ciarki czuło się na plecach – subtelność i wdzięk z jednej strony, nieokiełznana energia i siła z drugiej.
A przecież były jeszcze „Odwieczne pieśni” Karłowicza i „Etiuda b-moll” Szymanowskiego. Piękne! Różnorodność materii, różnorodność stylów i myśli tak wielka, iż aż trudno uwierzyć, iż zrodzona w jednej głowie…
Powrót do tematu
W pierwszej książce, tej z 2014 roku, Drajewski porządkował wiedzę o Drzewieckim. Opowiadał jego losy, w Polsce i poza nią, próbował wniknąć w strukturę dzieł, które powstawały, przybliżyć ideę Polskiego Teatru Tańca, zrozumieć liczne odejścia tancerzy z zespołu, ukazać kontekst historyczny – niezwykle istotny dla zrozumienia tych wszystkich zdarzeń. Książkę czytało się, jak to się mówi, „na jednym oddechu”. Brakowało w niej jednak recepcji dokonań Drzewieckiego i jego teatru poza Polską.

fot. Materiały prasowe
A wyjazdów było sporo. Najpierw z baletem Opery Poznańskiej, a potem z zespołem Polskiego Teatru Tańca. Drzewiecki wyjeżdżał też sam i realizował spektakle w nowych wersjach z zespołami szwedzkimi, holenderskimi, bułgarskimi czy z Kuby.
Niewiele o nich wiedzieliśmy. Nie wszystkie informacje przedostawały się do kraju. Z różnych powodów. A dotrzeć do nich na własną rękę też było trudno. Wtedy, w czasie poprzedzającym wydanie pierwszej monografii, Drajewskiemu udało się to w okrojonej formie. adekwatnie więc kwestią czasu był powrót do tematu, uzupełnienie go o materiały zagraniczne. I tak się w końcu stało.
Tytaniczna robota, powiedzmy otwarcie. Dziesiątki listów, maili, rozmów telefonicznych, by zaangażować w ten projekt archiwistów w różnych miejscach na świecie. Czasami przypadkowe spotkanie z kimś, kto pamiętał Drzewieckiego z dawnych czasów, albo prywatnie zachował jakieś wycinki. Sprawdzanie każdego tropu, każdej wzmianki. W kilku źródłach najlepiej. Żeby mieć pewność, iż coś się zdarzyło rzeczywiście.
Cierpliwość i ogromny upór autora. I dobrze, że… mamy internet, zdygitalizowane materiały – jest trochę łatwiej, można wędrować po świecie wirtualnie.
Czas wielkich przemian
Efekt tej benedyktyńskiej pracy to nie tylko przypomnienie drogi twórczej Drzewieckiego i fragmenty recenzji czy opisy wędrówek, ale i statystyka – zestawienie w tabelkach (!) wszystkich podróży z zespołami tanecznymi i bez nich. I kontekst. Opis świata baletu z czasów, kiedy tworzył swoje choreografie Wielki Conrad. Opis nie lukrowany, nie wygładzany, bez manipulacji. Wyziera z niego artysta nietuzinkowy, ale i trudny we współpracy, wymagający, totalny, kapryśny, któremu nie zawsze wszystko wychodziło zgodnie z zamierzeniami, który na swoim koncie miał nie tylko sukcesy, ale i porażki.

fot. Materiały prasowe
Niezmiernie ważne było to, iż po pierwszym zachłyśnięciu się świata zachodniego faktem, iż taki tancerz, taki choreograf mógł się narodzić za „żelazną kurtyną”, zaczęto go oceniać na tych samych zasadach jak innych – tych wielkich mu współczesnych, jak chociażby Maurice’a Béjarta czy Pinę Bausch.
Był jednym z nich. Stawianym obok, na równi. Choć oni mieli więcej szczęścia i zdecydowanie lepsze możliwości, by realizować swoje pomysły, urzeczywistniać idee. To czas wielkich przemian w teatrze i sztuce tańca.
Teatr bez twórcy
Ta książka w sposób istotny uzupełnia wiedzę dotąd posiadaną, staje się więc książką z gatunku must have dla wszystkich interesujących się współczesną sztuką. Ale nie tylko dla nich, bo to też opowieść o pewnym czasie i o kulturze rozwijanej w specyficznych warunkach, socjalistycznych. I o człowieku, który uparcie dążył do realizacji marzeń, poświęcając temu absolutnie wszystko.
Czy było warto? Wiadomo, odpowiedź jest zawsze skomplikowana, ambiwalentna. Zależy, jaką perspektywę przyjąć.
Na pewno był u Drzewieckiego taki czas, kiedy myślał o tym wszystkim z goryczą – wtedy, kiedy władze miasta postanowiły utrzymać Polski Teatr Tańca po jego odejściu w 1987 roku; nie mieściło mu się w głowie, by autorski teatr mógł trwać bez jego twórcy, ale z biegiem lat chyba dostrzegł sens w tym pomyśle i choćby zaprzyjaźnił się ze swoją następczynią, Ewą Wycichowską.
Najnowsza książka Stefana Drajewskiego dopełnia portret, a napisana jest z prawdziwie pisarskim polotem, pięknym językiem, potoczystym stylem. Ja mam nadzieję, iż powstanie jeszcze jedna, zbudowana ze wspomnień tych, którzy wcielali w życie pomysły swego Mistrza, byli bezpośrednio zaangażowani w realizację fenomenu, jakim stał się jego Teatr Tańca.
Trochę tych opowieści pomieszcza Drajewski w książce, ale chce się tego po prostu więcej. Bo to inny wektor, inna skala patrzenia, inne relacje i inne światło rzucane na sztukę.
Zatem… panie Drajewski, sięgnij po notatki i pióro raz jeszcze!
Stefan Drajewski „Conrad Drzewiecki. Choreograf ponad granicami”, Wydawnictwo Miejskie Posnania, 2026






