Zapisy wspomnień
Tych w ostatnich latach pojawiło się sporo – ukazały się, już pośmiertnie, rozmowy Jacka Głomba z Lechem Raczakiem; „historia subiektywna” Teatru Provisorium spisana przez jednego z jego aktorów – Jacka Brzezińskiego; dwie książki Juliusza Tyszki zawierające rozmowy z twórcami Teatru Ósmego Dnia z przestrzeni dziesięcioleci; pod koniec lutego natomiast wyszła księga podsumowująca 60 lat Teatru STU, w której znalazły się zapisy rozmów twórców, artystów i badaczy towarzyszących temu teatrowi w różnych okresach jego dziejów.
W grudniu 2025 roku ukazała się z kolei książka napisana przez Ewę Wójciak z Teatru Ósmego Dnia, zatytułowana „Więcej niż teatr”. Osobom zajmującym się teatrem z lat 80. ubiegłego wieku tytuł może wydawać się znajomy – tak nazywała się wydana w 1988 roku książka wybitnej socjolog kultury Aldony Jawłowskiej.
Badaczka tak przedstawiała cel swojej pracy:
„Moim zamiarem było przedstawienie teatru studenckiego jako wielowymiarowego zjawiska, które nie mieści się ani w granicach działalności społecznej, ani w granicach sztuki. To więcej niż ruch i więcej niż teatr. To także instytucja, miejsce do życia, zabawa, swoisty azyl dla nieprzystosowanych. ale przede wszystkim to próba przeciwstawienia kulturze zastanej – odmiennej kulturowej całości. Nie w postaci werbalnego opisu, ale w doświadczeniu realizującym się jako poszukiwanie własnych form życia i twórczości”.
Opis ten jako żywo pasuje do Ewy Wójciak i teatru, jaki wtedy współtworzyła. Nic w tym zresztą dziwnego, w książce Jawłowskiej znajdują się analizy dwóch spektakli Teatru Ósmego Dnia:
„Musimy poprzestać na tym, co tu nazwano rajem na ziemi?” oraz „Ach, jakże godnie żyliśmy”.
Cudzy tytuł
Dziwne natomiast, przynajmniej dla mnie, iż Wójciak w żaden sposób nie odniosła się do pożyczenia tytułu od Aldony Jawłowskiej, bo trudno uwierzyć, iż o istnieniu książki nie wiedziała lub zapomniała. Może jednak to wykorzystanie cudzego tytułu było działaniem świadomym i celowym wpisaniem się w opowieści o teatrach alternatywnych.
Naprowadziła mnie na tę myśl okładka książki, która z kolei wygląda niemal tak samo jak wydana ponad 20 lat temu pierwsza publikacja poświęcona teatrowi Strefa Ciszy: ten sam jednolity kolor stanowiący podkład dla zdjęcia, z tym iż zamiast czarno-białego Adama Wojdy siedzącego na latarni i białego liternictwa mamy tu czarne litery i czarno-białe zdjęcie Ewy Wójciak.
Alternatywna historia teatru
Za punkt wyjścia aktorka-autorka podaje taką konstatację:
„Bardzo późno dotarło do mnie, iż w męskich wspomnieniach o losach naszej grupy ledwie mnie widać albo nie widać wcale. Że ta opowieść snuje się gdzieś nad moją głową, a sam Teatr istnieje w niej adekwatnie tylko do momentu, kiedy pracował z nami Lech Raczak. Jest więc to również opowieść kobiety w bardzo męskim świecie, bez której jednak nie byłoby tego Teatru”.

fot. Cyryl
Równocześnie Wójciak na wstępie zaznacza, iż nie pisze historii Teatru Ósmego Dnia:
„To moja osobista opowieść o pięćdziesięciu latach życia z Teatrem i całkowitym oddaniu się temu szalonemu przedsięwzięciu (staram się̨ ocalić pamięć o istocie mojego życia i teatralnej wspólnoty widzianej ze środka, tak jak ja to pamiętam”.
Rzeczywiście, z jednej strony nie jest to „historia teatru” – czytelnik zaznajomiony z wcześniejszymi opisami dziejów nie odkryje tam niczego, czego by już w nich nie było. Z drugiej strony nie można wspomnień Wójciak nie traktować jak próby napisania własnej historii tego teatru, szczególnie w tych miejscach, w których przedstawia własne oceny innych osób związanych na przestrzeni lat z zespołem oraz ich postępowania, czy też zdolności twórczych.
W tym sensie Wójciak tworzy jednak alternatywną historię Teatru Ósmego Dnia, dla której podstawą jest ona sama i jej pamięć.
Zapis minionych zdarzeń
Historię z pamięcią łączy pewna ważna cecha – obie nie są neutralnym zapisem minionych zdarzeń – zawsze tworzone są z punktu widzenia jakiejś teraźniejszości i celu, jakiemu mają służyć.
Neuronauka sugeruje wręcz, iż ludzka pamięć działa jak „ministerstwo prawdy”; nasze mózgi modyfikują wspomnienia, byśmy mogli zachować poczucie ciągłości i jedności własnej osoby.
Ponieważ jest to normalne, fizjologiczne zjawisko, wspomnienia trudno odbierać jako zapis faktów i z tego Wójciak zdaje sobie sprawę, pisząc:
„Moi przyjaciele będą prawdopodobnie pamiętać niektóre rzeczy inaczej niż ja”.
Czy to fałszywe wspomnienia?
Takimi rzucającymi się w oczy lukami pamięci, które dzięki innym źródłom łatwo można zweryfikować, są dwa wspomnienia.
Kiedy autorka pisze o tak zwanych „dzieciach Teatru Ósmego Dnia” (czyli zespole młodych ludzi, którzy dołączyli do spektakli plenerowych), zaznacza:
„W teatrze został tylko jeden z nich – Robert Wyród, który skończył szkołę teatralną. Zajmuje się teraz interwencjami artystycznymi w placówkach opiekuńczo-wychowawczych, pracuje z dziećmi”.
Pomija natomiast Pawła Kamzę, który również skończył szkołę teatralną i jest cenionym reżyserem.
Drugie takie wytworzone wspomnienie to jedna z wielu prób udokumentowania, iż po swoim odejściu Raczak miał na ich punkcie „fiksację” i usiłował cały czas zaszkodzić teatrowi (moje wspomnienia oraz weryfikowalne źródła podpowiadają mi jednak coś zgoła odwrotnego).
Wójciak pisze o premierze „Ceglorza” z 2013 roku, która miała miejsce na festiwalu Malta:
„Nie zostaliśmy w ogóle uwzględnieni w głównym programie festiwalu, choć byliśmy prawdopodobnie jedynym teatrem odpowiadającym na ten temat. Zagraliśmy, owszem, ale jako wydarzenie towarzyszące z cyklu «Poznań na Malcie»”.
W tym czasie nie istniał już nurt „Poznań na Malcie”, a premiera została umieszczona w programie po prostu w nurcie „Teatr”, a nie w „Idiomie” odwołującym się do hasła „Człowiek – maszyna”. Lech Raczak natomiast w tym czasie nie współpracował już z festiwalem.
„Ja”, czyli „my”
Wójciak decyduje się spisywać własne wspomnienia w pierwszej osobie liczby mnogiej, jak deklaruje:
„Świadomie zrezygnowałam z «ja» na rzecz «my».

fot. Teatr Ósmego Dnia
Taką decyzję podjęłam na początku. Tak się umówiłam sama ze sobą”. Stąd to „my” w książce Wójciak przypomina bardziej pluralis maiestatis niż pluralis modestiae.
Ujawnia się to z całą mocą, kiedy autorka opisuje metodę pracy nad spektaklami, która przez lata charakteryzowała Ósemki.
„Wydaje mi się, iż miałam umiejętność dzielenia się swoimi pomysłami w taki sposób, iż nabierały one adekwatności «kreacji zespołowej». Czasem też działo się tak z tekstami, które podsuwałam do «dalszego wykorzystania», z tematami do improwizacji. Mój wkład w pracę był dość zasadniczy. Przynosiłam pomysły na tematy przedstawień, formułowałam hasła do improwizacji, pisałam wiele tekstów i wymyślałam różne sceny plastyczne, czasem choćby proponowałam do nich rozwiązania techniczne”.
Czy jednak oznacza to, iż była jedyna?
O etapie współpracy z Lechem Raczakiem pisze w imieniu jakichś „my”, nie wiadomo jednak, kogo to „my” obejmuje: ją i trzech kolegów, którzy do dziś tworzą Teatr Ósmego Dnia (pojawiają się oni w ostatniej części opisani jako towarzysze), czy również tych, którzy wtedy pracowali w teatrze, a którzy w tej chwili są z nim skonfliktowani?
Taka forma narracji powoduje, iż po przeczytaniu książki Wójciak trudno mi utrzymywać obraz Ósemek jako wspólnoty, skoro co jakiś czas z narracji wynika, iż poza „nami”, byli też w zespole jacyś „oni”.
Opisując swoje wejście do zespołu, Wójciak wspomina:
„Oni wszyscy byli ode mnie starsi, właśnie kończyli studia. Nie podobało mi się, iż dla nich teatr nie był wszystkim, iż byli mało radykalni. (…) Chciałam teatru, który będzie wspólnotą ludzi, gdzie wszyscy są ze sobą na zawsze, razem realizują tę ideę. Taka utopia społeczna była dla mnie od początku najważniejsza”.
Dalej autorka pisze:
„Ta wymiana ludzi trwała do 1973 roku. Zostali ci, którzy myśleli o teatrze jako wspólnocie”.
Czytając to, nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż zostali ci, którzy byli w stanie realizować marzenie jednej osoby. Nie jestem chyba jedyna, skoro Wójciak zaznacza:
„Niektórzy z tych, którzy wtedy odeszli z Teatru, uważali, iż zrobiłam przewrót z powodu słabości Raczaka do mnie. To było uwłaczające. Może to był przewrót, ale nie ja go zrobiłam”.
Potem jako „oni” w zespole pojawiają się np. zachodnie aktorki, które zdecydowały się poślubić członków zespołu, by mogli oni dostać paszporty i wyjechać za granicę – Michelle Kramers (a nie Michèle Kramers, jak jej imię zapisano w książce) i Barbara Theobald, a szczególnie Daria Anfeli, która wyszła za mąż za Raczaka, bo byli zakochani i aż do jego śmierci pozostali małżeństwem. Jest to również ten moment, kiedy Wójciak zaczyna traktować Raczaka także jako nieprzynależącego do „my”.
Z uwag, doboru słów, jakich autorka używa, wyłania się obraz osoby, która dla podtrzymania jej wyobrażonej wspólnoty jest skłonna odrzucić tych, którzy chcieliby móc znaleźć w niej inne niż wyznaczone przez nią miejsce.
Werbalizuje na przykład pretensje, iż Lechu i Daria czasem chcieli we Włoszech pomieszkać osobno, a nie z resztą zespołu, „korzystali z każdej okazji, gdy ktoś ze znajomych z Ferrary wyjeżdżał na trochę i zwalniał mieszkanie, i przeprowadzali się tam”.
Powrót do „ja”
Pierwsza osoba liczby pojedynczej natomiast pojawia się wtedy, kiedy Wójciak przechodzi do wspominania czasów bliższych współczesności, tych już bez Raczaka.

Fot. Cyryl
Wtedy „my” okazuje się być figurą ciążącą jej: „To ciągłe «my, my, my» bywa męczące”.
Dlatego w opisach pracy nad kolejnymi spektaklami dominuje „ja”:
„Po «Sabacie» zdecydowałam, iż w następnych spektaklach musimy odejść od słów”; o „Osadzonych” – „Sam pomysł spektaklu był mój”; o „Teczkach” – „W tamtym czasie uznałam, iż metody związane z improwizacją wyczerpały się”; „są spektaklem, którego temat wymyśliłam. Na początku pomysł spotkał się krytyką kolegów, długo byli wobec niego nieufni. Natomiast kiedy spektakl powstał i miał bardzo dobry odbiór, to stał się «naszym» spektaklem, «my» go zrobiliśmy. W tym konkretnym przypadku chcę powiedzieć: nie, stop, to był mój pomysł”; o „Czasie matek” – „Nie wszyscy koledzy powitali te pomysły z entuzjazmem. Może zabrakło im wyobraźni i zaufania, iż Jacek [Chmaj] wie, co robi”.
Ze wspomnień Wójciak wynika więc, iż ostatnie kilkanaście lat to ona samotnie (ze wsparciem Jacka Chmaja – jej życiowego partnera, któremu poświęca w ostatnich rozdziałach dużo miejsca) ciągnęła na swoich barkach cały teatr, a dotychczasowi „my” przedstawiani są jako hamulcowi, którzy nie rozumieją jej pomysłów. Czyżby „wymiana zespołu” z 1973 roku właśnie się definitywnie dokonała?
Duch feminizmu
Czytając książkę Wójciak, miałam wrażenie, iż służy ona przede wszystkim jej własnej autokreacji, jako kobiety, która przełamała męski monopol tworzenia i zgodnie z duchem feminizmu wybiła się na przywódcę.
Każdy, kto kiedykolwiek spotkał się z Ewą Wójciak, wie, jak silną jest osobowością, jak wiele wcześniej wypowiadała się o teatrze, formując o nim narrację (np. poprzez rozmowę z Pawłem Smoleńskim w wywiadzie w „Gazecie Wyborczej” z 23 października 2021, gdzie opowiadając o początkach Teatru Ósmego Dnia, choćby nie wymienia nazwiska Raczaka), więc próby ukazania samej siebie jako „zdominowanej” przez kolegów wyglądają mało wiarygodnie. Tym bardziej, iż o innych aktorkach z Ósemek nie pisze niemal wcale (np. na żadnym ze zdjęć ze spektakli nie ma innej kobiety) albo pisze źle, jakby zapominając, iż feminizm to także możliwość wyboru, co się chce robić, a czego nie (np. prowadzić samochodu wypełnionego ludźmi i sprzętami lub opiekować się dziećmi Wójciak).
Z tych procesów wspomnieniowo-autokreacyjnych w moich oczach wyłania się obraz kobiety-aktorki stworzony jej własnymi słowami, będącej w zespole kimś między królową matką z roju pszczół a waderą (Ewa Wójciak lubi mocne słowa, więc mam nadzieję, iż tych też nie odbierze źle).
Nie polubiłam tej postaci z książki, o wiele bardziej wolę tę znaną na żywo.
Jej wspomnienia znalazły się w związku z tym dla mnie w grupie książek, których wolałabym nie przeczytać. Mówi się trudno i żyje się dalej. Jestem jednak przekonana, iż wiele osób powinno sięgnąć po jej książkę i na własną rękę poznać wspomnienia Ewy Wójciak pisane z perspektywy Anno Domini 2025.






