A mogła zagrać u Tarantino! Nie była "wystarczająco ładna"?

film.interia.pl 1 dzień temu
Zdjęcie: INTERIA.PL


Kariera Jennifer Lawrence rozwinęła się błyskawicznie po pierwszej nominacji do Oscara. Mimo sukcesów, napotkała na zamknięte drzwi w Hollywood – według niej ze względu na wygląd.


Wielka kariera Lawrence rozpoczęła się w 2010 roku, gdy zachwyciła wszystkich swą rolą w "Do szpiku kości" Debry Granik. Rola dziewczyny, która poszukuje zaginionego ojca, przyniosła jej pierwszą nominację do Oscara. Kolejne lata były pasmem sukcesów: "Igrzyska śmierci", "X-Meni", "Poradnik pozytywnego myślenia". W tamtych latach trudno było znaleźć aktorkę, która byłaby równie rozchwytywana i która odbierałaby nagrody wszędzie, gdzie się pojawiła.
Dlatego aż trudno uwierzyć, iż ktoś mógłby jej nie zatrudnić, twierdząc, iż "nie jest wystarczająco ładna"! Reklama


Jennifer Lawrence: wygryzła ją inna blondynka


Podczas jednego z niedawnych wywiadów, aktor opowiedziała o współpracy, która nigdy nie doszła do skutku. Jak się okazuje, miała wystąpić w filmie "Pewnego razu w Hollywood" w reżyserii Quentina Tarantino, jednak do współpracy nie doszło.
Aktorka w rozmowie z Joshem Horowitzem stwierdziła, iż jest przekonana, iż osoby związane z produkcją miały twierdzić, iż nie spełnia podstawowego warunku.

"Cóż, rzeczywiście tak było, a potem wszyscy mówili: ‘Ona nie jest wystarczająco ładna, żeby zagrać Sharon Tate’. Jestem prawie pewna, iż to jest prawda. Chyba iż to sytuacja, w której przedstawiam historię w ten sposób już tak długo, iż zaczęłam w nią wierzyć. Ale jestem praktycznie pewna, iż to się wydarzyło" - stwierdziła.
Ostatecznie rolę żony Romana Polańskiego otrzymała Margot Robbie.
"Pewnego razu... w Hollywood" to film, który przenosi widzów do końca lat 60. w Los Angeles. Historia koncentruje się na losach Ricka Daltona (Leonardo DiCaprio), niegdyś popularnego aktora westernów, oraz jego przyjaciela i kaskadera, Cliffa Bootha (Brad Pitt). Obaj próbują odnaleźć się w zmieniającym się przemyśle filmowym. W tle obserwujemy czasy kontestacji, ruch hipisów i zmierzch złotej ery Hollywood.
Sam Tarantino uznał, iż ta produkcja jest jego najlepszym dziełem.
"Od lat ludzie pytają mnie o coś takiego. A ja odpowiadam coś w stylu: 'Ojej, wszystkie są moimi dziećmi. Ale naprawdę myślę, iż 'Pewnego razu... w Hollywood' jest moim najlepszym filmem" - stwierdził w programie Howarda Sterna.
Idź do oryginalnego materiału