6 tematów #58, premiera 11.05.2026 w Radio Kapitał
Audycja 6 tematów powstaje jako dźwiękowa wersja czasopisma NN6T.
Notes na 6 tygodni jest – jak sama nazwa wskazuje – o sprawach bieżących, ale też o takiej teraźniejszości, która widzi przyszłość.
Zapraszamy na spotkania z osobami działającymi na styku sztuki, dizajnu, architektury i szeroko rozumianych badań życia społecznego.
NN6T czyli N jak nasłuch, N jak nadawanie, 6 jak sześć, T jak temat.
W tym odcinku:
Języki z wody – Ewa Chomicka i Jolanta Woszczenko
Jutra do czytania – Grzegorz Słącz
Koloroganizm – Seiner
Podarunek malarstwa – Kasia Muskała
Cykl wyburzeń – Krzysztof Koszewski
Ruchomy fundament – Aga Kilian
Zapraszamy!
TEMAT 1: Języki z wody
Wystawa w Pawilonie Polskim na 61. Międzynarodowej Wystawie Sztuki w Wenecji to prezentacja wspólnej pracy Bogny Burskiej i Daniela Kotowskiego. Języki z wody to instalacja audio-wideo, w której społeczny Chór w Ruchu tworzony przez osoby słyszące i Głuche interpretuje pieśni wielorybów oraz różne kody komunikacyjne – jednocześnie w języku fonicznym i języku migowym. Film rozgrywa się w dwóch środowiskach – pod wodą i na powierzchni i właśnie ta zmiana perspektywy – przechodzenie między światem nad i pod wodą – pokazuje, iż to, co uznajemy za główny sposób komunikacji, w odmiennych warunkach może okazać się nietrwałe. O założeniach przyjętej z dużym zainteresowaniem wystawy rozmawialiśmy z jej kuratorkami Ewą Chomicką i Jolantą Woszczenko.
Ewa Chomicka: [Chodzi o] budowanie wspólnot pomimo ograniczeń komunikacyjnych, wbrew ograniczeniom komunikacyjnym i w poszukiwaniu alternatywnych form komunikacji, które będą możliwie łączyły światy. W naszym przypadku, w naszym projekcie, tym miejscem, z którego wychodzimy, są światy osób słyszących, światy osób głuchych i jednocześnie poszukiwanie inspiracji i próba upodmiotowienia języków nieludzkich – w tym przypadku języków wielorybów.
Jolanta Woszczenko: Myślę, iż oprócz tej warstwy zaangażowania społecznego i ważności tego projektu, jeżeli chodzi o poszukiwanie nowych form komunikacji alternatywnych, jest też warstwa wizualna. Myślę, iż to może oddziaływać na emocje i wrażenia osób, które odwiedzą pawilon.
Języki z wody… Bardzo długo pracowaliśmy nad tytułem i jego wersjami. Zakładając jednak, iż wystawa będzie miała miejsce w Wenecji, bardzo zależało nam na tym, aby tytuł angielski jak najbardziej oddawał ten projekt. Jest to Liquid Tongues, który dodaje kolejne znaczenia tego tytułu, mówi o płynności samego języka, bo język nie jest nigdy stałą rzeczą. My go kreujemy, my go tworzymy, także wielopłaszczyznowość patrzenia na język. To nie są tylko wieloryby, nie tylko są to ludzie, ale również są głusi, którzy wchodząc do wody próbują stworzyć nową narrację, stworzyć nowy język. Ta płynność przemawia do nas właśnie tym elementem pozytywnej narracji, która może się wytworzyć, kiedy my jako ludzie i jako nieludzie możemy poszukiwać nowych sposobów komunikacji.
Ewa Chomicka: Ja bym chciała dodać, bo lubię ten wątek, iż dla mnie te języki z wody są głównie o płynnościach i przepływach między językami, bo o tym de facto jest też ten projekt. Wyruszamy z różnych domów: osoby słyszące, osoby głuche. Chcemy spotkać się ze sposobami komunikacji wielorybów i temu służą nasze researche naukowe i przygotowania, pozyskiwanie nagrań i tym podobne. Natomiast to, co się wytwarza, to są te światy pomiędzy, bo one są też o próbach tłumaczenia i o próbach interpretacji, o przekładalnościach, nieprzekładalnościach, o możliwości doświadczania, o jakimś zaburzonym doświadczeniu i to bycie stale in between jest dla mnie ważnym elementem tego projektu. Tym bardziej, iż mamy za sobą już doświadczenie pracy z Danielem Katowskim, Bogną Burską i Chórem w Ruchu w projekcie Bunt głuchych od nowa, gdzie tworzyliśmy wspólnotę osób słyszących i głuchych, śpiewających i wypowiadających się ze sceny wspólnie. To też było o tym, jak osoby słyszące mogą wspierać w komunikacji czy próbować doświadczyć świata komunikacji osób głuchych, a jak osoby głuche mogą próbować dać sobie prawo do spróbowania i zauczestniczenia w świecie komunikacji ludzkiej. To też jest o otwarciu na eksperymenty, o próbie jakiegoś przekroczenia i poszukiwania, więc te światy poszukiwań i bycia w pozycji in between i otwartości na spotkanie z językiem i ze sposobem komunikacji drugiej czy drugiego jest dla mnie sednem tego projektu.
TEMAT 2: Jutra do czytania
W Krakowie powstało czasopismo, które w całości poświęcone jest wizjom przyszłości. „Kwartalnik JUTRA” ukazuje się wyłącznie w formie papierowej, wydawany jest przez Krakowskie Biuro Festiwalowe, jest bezpłatny i oczywiście jest dostępny w Bęc Księgarni. O założeniach tego interesującego przedsięwzięcia rozmawiamy z redaktorem naczelnym pisma, Grzegorzem Słączem.
Grzegorz Słącz: W pierwszym numerze stawiamy bardzo konkretne pytanie, które jest jednocześnie pytaniem bardzo przewrotnym, ponieważ przyjęło się mówienie, iż żyjemy w epoce obrazu, obrazków. Tymczasem nasze pytanie brzmi: czy tak naprawdę epoka obrazów jeszcze trwa? Czy ona się nie skończyła, lub czy się nie kończy? Czym jest obraz? Czy jest nośnikiem informacji, czy już tylko ilustracją? A może tylko projekcją naszych wyobrażeń, tak naprawdę niewchodzącą już w skład komunikacji międzyludzkiej. Mamy tutaj taki wielogłos bardzo różnych postaw wobec tego tematu, bardzo różnych odpowiedzi: od bardzo konkretnych, które pokazują, jak obraz działa w różnych sytuacjach, w naszych wspomnieniach, w naszej rzeczywistości, także kulturalnej. Pamiętajmy, iż odnosimy się cały czas do instytucji kultury i tego, co dzieje się w tej sferze. Z drugiej strony mamy bardzo interesujące głosy, które mówią, iż obraz zanika także przez nieprawdopodobną duplikację, reduplikację, przetworzenia i w gruncie rzeczy on może być dla nas czymś zupełnie kilka mówiącym. W sytuacji, gdy robimy dziennie miliardy fotografii, te obrazki tak naprawdę niczemu już nie służą – są tylko przechowywane na kartach naszych telefonów, komputerów i wystarczy jedna solidna eksplozja na słońcu, żeby to wszystko się znalazło gdzieś w kosmosie.
W samej nazwie „Kwartalnik JUTRA” mamy już pewną dwuznaczność. Staramy się traktować nasze tematy w sposób bardzo otwarty, dopuszczając bardzo wiele głosów, osób, różnych punktów widzenia i perspektyw. Tytuł „Kwartalnik JUTRA” można rozumieć dwojako. Albo jest to kwartalnik jutra, gdzie jutro jest dopełniaczem liczby pojedynczej, czyli kwartalnik najbliższej przyszłości, albo kwartalnik jutra, kiedy to słowo jest mianownikiem liczby mnogiej, czyli różne jutra, takie jutra, jakie sobie wymyślimy, wyobrazimy, antycypujemy i zaprojektujemy i zaprototypujemy.
A zatem jest tutaj pewna dowolność. Możemy oczekiwać bardzo różnych sytuacji i perspektyw. Możemy oczekiwać esejów o wysokim poziomie abstrakcji, jak i odniesienia do bardzo konkretnych zjawisk i sytuacji, nie tylko krakowskich i nie tylko polskich. Im dalej wczytujemy się w kwartalnik, tym różne perspektywy odkrywają się przed nami coraz bardziej. Różne zasoby, również słownictwa. Zaczynamy w końcu od eseju Moniki Boryckiej, a kończymy na brawurowym opowiadaniu science fiction Łukasza Orbitowskiego. Na samym końcu mamy jeszcze krzyżówkę, która jest perfidna – aby ją rozwiązać, tak naprawdę nie trzeba być z tej branży, nie trzeba być intelektualistą, nie trzeba być oczytanym, natomiast trzeba przeczytać „Kwartalnik JUTRA”, bo dopiero tam znajdziecie odpowiedzi na różne hasła, które pojawiają się w krzyżówce. Uwaga: w kolejnych numerach proponujemy różne formy. To nie będzie tylko krzyżówka, ale na pewno takie formy, które pomogą nam po pierwsze dobrze przebrnąć przez kwartalnik, a po drugie trochę sobie umilić czas, czy to w pociągu, czy to w domu, czy w przerwie w pracy.
TEMAT 3: Koloroganizm
Przemysław Blejzyk szerzej znany jako Sainer to multidyscyplinarny artysta łączący malarstwo, sztukę cyfrową i generatywną. Jego murale można oglądać w wielu przestrzeniach miejskich – od jego rodzinnej Łodzi przez największe miasta na całym świecie. Głównym tematem jego twórczości jest pejzaż i natura; funkcjonowanie koloru w krajobrazie; relacja między punktem-pikselem a linią oraz płaszczyzną. Jego wystawa Kolorganism for Warsaw w galerii Brain Damage w Warszawie to bardzo szeroka prezentacja prac artrysty: od plenerowych szkiców i studiów kolorystycznych, przez pikselowe redukcje, po abstrakcyjne płótna i obrazy kinetyczne. Ekspozycję, czynną do 7 czerwca, uzupełniają spotkania, rozmowy i oprowadzania z udziałem artysty, kuratorów i krytyków. A nam udało się porozmawiać z artystą o początkach jego działań w przestrzeni miejskiej.
Przemysław Blejzyk: Od momentu, kiedy zobaczyłem pierwsze graffiti pod koniec lat 90-tych i początek 2000-tych, nagle po prostu gdzieś w głowie coś się przestawiło i zobaczyłem coś, co w ogóle nie pasowało do wszystkiego, co widziałem wcześniej. Jestem z Łodzi, więc scena która się tam tworzyła dla mnie była bardzo wyjątkowa. Zresztą pierwsze Meeting of Styles były w Łodzi. Wtedy nie było relacji w internecie, którą można było od razu zobaczyć, więc będąc w gimnazjum codziennie jeździłem z kolegami z klasy pokazując: chodźcie, musicie to zobaczyć, to jest coś niesamowitego. Śmieję się, iż zacząłem malować graffiti po prostu w środku dnia, bo choćby nie wiedziałem, iż to jest nielegalne. Wydawało mi się, iż skoro to już jest w mieście, to jest to naturalne działanie. W dzisiejszym czasach zawsze mówię w rozmowach, iż dla mnie, z racji tego, iż uwielbiam muzykę, to możliwość pracy na tak dużym formacie, na kilkunastu albo kilkudziesięciu metrach wysokości, słysząc tylko muzykę, będąc odciętym od świata zewnętrznego i mogąc kreować tak olbrzymią rzecz, to coś, o czym nigdy nie marzyłem.
Więc chyba ta wolność formowania przestrzeni, bo udało mi się przez lata wypracować taką formę współpracy, iż nigdy tak naprawdę nie wchodzę w tematy, co tam ktoś by chciał, żeby było namalowane. Wydaje mi się, iż po to jako artyści spędzamy tyle czasu w pracowniach czy w innych przestrzeniach, iż mamy jasno określone kierunki działań i często wchodzenie w jakąś dyskusję na temat, co by ktoś chciał, to jest taka niekończąca się rozmowa prowadząca donikąd. Ale to bycie na górze, na podnośniku, mogąc robić coś, o czym nigdy nie marzyłem w skali kilkudziesięciokrotnie większej niż to, co gdzieś tam sobie szkicowałem zaczynając, to jest naprawdę, jak to często nazywam, błogosławieństwo i najlepsza gratyfikacja za czas poświęcony w pracowni.
TEMAT 4: Podarunek malarstwa
Był jedynym polskim artystą uhonorowanym prestiżową nagrodą Fundacji Winstona Churchilla za wkład w rozwój współczesnej plastyki brytyjskiej. Krytycy sztuki na wyspach pisali, iż podarował malarstwo architekturze. Jego dzieła zdobią przestrzenie publiczne miast na całym świecie. Stworzył m.in.: siedemnaście realizacji dla lotniska Heathrow oraz dekoracje dla wielu budynków użyteczności publicznej, firm i uniwersytetów w Europie i obu Amerykach. W CSW Znaki Czasu w Toruniu do końca maja można oglądać ponad 110 prac Stefana Knappa, bo o nim mowa, m.in.: obrazy na płótnie, gobelin, emalie na stalowych płytach, rzeźby z brązu i aluminium, lampy akrylowe i z korzeni drzew. O największej od 1974 roku prezentacji twórczości Stefana Knappa w Polsce w roku obchodów 80-lecia Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu rozmawiamy z kuratorką wystawy Kasią Muskałą z Muzeum Uniwersyteckiego w Toruniu.
Kasia Muskała: Sukcesów tak naprawdę można wymieniać, co nie miara. Odniósł wielki sukces w Wielkiej Brytanii, jeszcze większy chyba w Stanach Zjednoczonych. Eksperymenty z emalią zaczął w latach 50. 1954 rok to już była pierwsza wystawa w Nowym Jorku, którą zachwycił Stany Zjednoczone. Wystawa w Matisse Galerie skończyła się wielkim sukcesem, pokazał tam swoje rzeźby brązowe i właśnie po raz pierwszy emalie. Amerykanie zwrócili uwagę na tego szalonego artystę.
George Farkas, właściciel sieci handlowej Alexander’s, zaproponował Stefanowi, żeby przygotował wielki mural, który ozdobi zewnętrzną ścianę jednego z największych sklepów sieci handlowej w New Jersey. Powiedział Stefanowi: możesz zrobić co chcesz, tak jak chcesz. Po prostu dał totalnie wolną rękę, więc dla artysty jest to cudowna sprawa, bez ograniczeń, ogromne nakłady finansowe. Stefan wówczas uczynił największy na świecie emaliowany mural, właśnie tam, w Paramus w New Jersey. Mural miał 60 metrów na 20 i ważył 250 ton. Żeby przygotować to wielkie dzieło sztuki, Stefan wynajął hangar lotniczy. Przez 8 miesięcy stworzył to największe emaliowane dzieło – bodajże rodzina zgłosiła do Księgi Rekordów Guinnessa, chyba czekają teraz na wpisanie tego rekordu. Kiedy George Farkas zobaczył ukończone dzieło, był absolutnie zachwycony, więc zlecił Stefanowi wykonanie jeszcze większej ilości emaliowanych prac w różnych swoich sklepach i miejscach.
Sukcesem na pewno jest też to, iż Mies van der Rohe zaprosił go do stworzenia pracy dla Seagrama, tego budynku, który jest kultowym amerykańskim budynkiem. We wszystkich możliwych filmach i serialach zawsze widzimy Seagram, prawda? Tam też swoje prace robili Pablo Picasso, Paul Klee. Przez wiele lat 18 jego murali emaliowanych zdobiło trzeci terminal na lotnisku Heathrow, więc to jest tego formatu artysta. W końcu lat 90. centrum handlowe Farkasa upadło, ale mieszkańcy Paramus byli bardzo związani z tym muralem i nie pozwolili, żeby tak po prostu zdjąć to dzieło sztuki i coś tam z nim zrobić, więc oni pieczołowicie te panele, których było bardzo dużo, zabezpieczyli, schowali do skrzyń, wynajęto specjalny magazyn. Proszę sobie wyobrazić, iż 4 lata temu został zbudowany właśnie w Paramus nowoczesny, wielki szpital. To dzieło zostało wyciągnięte i dostało drugie życie. Panele znajdują się i w środku, i na zewnątrz – ozdobiono nimi wielki ogród. jeżeli chodzi o lotnisko Heathrow, terminal trzeci został zmieniony z pasażerskiego na jakiś inny, obudowany innymi terminalami, więc te prace przestały być widoczne. Ściągnięto je i wystawiono na aukcji, także one się po prostu sprzedały do prywatnych kolekcji.
Znani londyńscy krytycy mówili, iż Stefan Knapp był tym artystą, który zasłużył się dla historii sztuki światowej tym, iż podarował malarstwo architekturze.
TEMAT 5: Cykl wyburzeń
„NowHere” to fotograficzno-tekstowa opowieść o londyńskim osiedlu Heygate, które w latach 70. XX wieku miało być nowoczesną odpowiedzią na potrzeby mieszkaniowe południowego Londynu. Z czasem – na fali krytyki urbanistyki późnego modernizmu – został uznany za porażkę społeczną i architektoniczną. Książka ukazuje historię jego powstania, społecznej degradacji, polityki mieszkaniowej kolejnych brytyjskich rządów oraz ostatecznego wyburzenia. Zdjęcia z 2012 roku, przedstawiające opustoszałe osiedle, są pretekstem do refleksji nad utopijną wizją modernizmu i nostalgią estetyzującą ruiny. O książce i o czynniku ludzkim w słynnych wyburzeniach osiedli mieszkaniowych rozmawiamy – w przeddzień Kongresu Architektury Polskiej – z autorem książki wydanej przez Narodowy Instytut Architektury i Urbanistyki, Krzysztofem Koszewskim, dziekanem Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej.
Krzysztof Koszewski: Jestem wdzięczny Agnieszce Prus, która tę książkę zaprojektowała, bo to był jej pomysł, żeby część zdjęć, które pokazują ślady bytności człowieka na tym osiedlu, wydzielić i zrobić z tego rodzaj postscriptum na zielonkawym papierze. Chociaż wydaje mi się, iż zielony nie jest tu kolorem nadziei, bo to postscriptum to raczej rekwiem dla tego osiedla i przestrzeni. To, co widzimy na zdjęciach, to rzeczywiście ślady bytności ludzi, ale to były ostatnie 4 czy 5 rodzin, które nie chciały się stamtąd wyprowadzić i z tego, co wiem, wyprowadzono je stamtąd siłą. Na jednym ze zdjęć widać taki napis: zachowaj szacunek, ludzie przez cały czas tu mieszkają. I rzeczywiście, to było dosłownie parę rodzin. Widać jakieś pomidory, które rosną w oponie i wystawę, która tak naprawdę była wystawą pokazującą dzieje tego osiedla, ale też protestem, jakimś elementem strategii społecznego oporu przeciwko temu, co tam chciano zafundować.
Mieszkańcy, przynajmniej część z nich, byli świadomi tego, iż dzieje się rzecz z ich punktu widzenia niedobra, iż to miejsce, mimo odium złej sławy, to jest ich miejsce i chcieli go bronić. Stąd te wrażenia takiego życia, ta wystawa i opowieść, która się tam znalazła. To wszystko nie pomogło. Niestety niedługo później te rodziny stamtąd zniknęły, osiedle też zostało zburzone. W serwisach streamingowych można znaleźć taki film, który opowiada o ostatnich dwóch latach Heygate i o mieszkańcach, którzy chcieli pomysł na zburzenie osiedla odwrócić. Myślę, iż wiązało się to nie tylko z identyfikacją z miejscem, ale może z nieco bardziej prozaicznymi powodami, które zresztą zostały pokazane w badaniu, do którego dotarłem. Wszyscy, którzy musieli się stamtąd wyprowadzić, a którzy wcześniej na podstawie przepisów right to buy, czyli prawa do zakupu mieszkań, wykupili swoje mieszkania, czyli de facto była to ich własność, otrzymali odszkodowania, przy czym te odszkodowania nie wystarczyły na to, żeby mieszkać w Londynie. Jest taki wykres, który pokazuje, iż większość z tych mieszkańców musiała się wyprowadzić poza Londyn, bo tylko tam mogli sobie kupić mieszkania z tego, co dostali. Nie mówiąc już o mieszkaniach wybudowanych w miejscu Heygate, na tym osiedlu, gdzie ceny były kilkukrotnie wyższe.
Ten zielony papier pod koniec książki to takie smutne zakończenie i generalnie z tych zdjęć tchnie rodzajem dystopijnej melancholii. Natomiast staram się zachować pewną równowagę, bo bardzo łatwo popaść w dość jednostronny ton, niemalże rozpacz nad tym, co tam się stało. Ale o ile spojrzymy na to też z innej strony, że, no dobrze: twierdzimy, iż zburzenie tego osiedla, które było w całkiem niezłym stanie, to błąd. Natomiast popatrzmy, co było wcześniej. Wspomniałem oczywiście, iż teren podlegał bombardowaniom i dużo budynków jeszcze z czasów wojennych było zniszczonych, ale dotarłem dzięki sprawnie działającym serwisom mapowym do map inwentaryzacji zniszczeń wojennych w Londynie tuż po wojnie i jednak okazuje się, iż spora liczba budynków na tym terenie, na którym wybudowano Heygate, istniała i była według tego kodu kolorystycznego w całkiem niezłym stanie technicznym. W związku z tym samo Haygate też postawiono na miejscu czegoś, co wyburzono, więc jakiś tam grzech pierworodny też był wbudowany w to osiedle, co przydaje tej opowieści kolejnej perspektywy i pojawia się kolejny wątek, który pozwala na to spojrzeć z innej strony.
TEMAT 6: Ruchomy fundament
Bałtycka Galeria Sztuki Współczesnej, instytucja powstała pięćdziesiąt lat temu i świętująca w interesujący sposób swój jubileusz, proponuje zamiast tradycyjnych obchodów niechronologiczne podsumowanie swojej historii oraz – zamiast tradycyjnego programu rocznicowego – opowieść bazującą na działaniach i relacjach, inspirowaną przez oryginalne postaci i ich dokonania. A jakie? O tym rozmawiamy z Agnieszką Kilian, dyrektorką instytucji.
Agnieszka Kilian: Édouard Glissant jest bliski mojemu myśleniu kuratorskiemu i z tą postacią pracowałam już od jakiegoś czasu. Chciałam zaproponować jego myślenie, myślenie poprzez pejzaż, krajobraz, myślenie archipelagiem. Bardzo mocną pozycją, którą on wprowadził, jest też dyskurs karaibski i poetyka relacji. To są jego dwa główne traktaty można powiedzieć, w których myśli o tożsamości, która jest bardziej kompozytowa, rozbita, ale też nieustająco przeobrażająca się.
To myślenie jest dla nas, jako dla BGSW, fundamentem, ale właśnie ruchomym fundamentem, trochę ruchomymi piaskami, bo jesteśmy bardzo blisko Wydmy Czołpińskiej. To właśnie jest inspirowane spojrzeniem glissantowskim. W naszym jubileuszu on pobrzmiewa w sposobie programowania, to jest dla mnie ważne. Mam problem z zamkniętymi formułami wystawy. Program jubileuszowy, jakkolwiek on się do pewnych dalekich i głębokich pojęć glissantowskich, jak języka czy relacji, odwołuje, to sam w sobie o nim nie mówi wprost. Mieliśmy w zeszłym roku taką wystawę, w której też pokazaliśmy relacyjność, pokazywaliśmy film Manthii Diawary, który wprost mówi o poetyce relacji i relacyjności w jego rozumieniu. Prezentowaliśmy troszeczkę zapomnianą poprzedniczkę Glissanta, pisarkę i filozofkę z Martyniki, Suzanne Roussi-Césaire, która była żoną Aimé’a Césaire’a, który może jest w Polsce bardziej znany, niż właśnie Suzanne Roussi, czy sam Édouard Glissant.
Wracając jeszcze do formuły jubileuszu, to ma ona raczej charakter wystawy czy programu wystawy, aniżeli pojedynczych, konkretnych, zamkniętych wydarzeń. Nie jest to program, który idzie w kierunku dat, punktów zwrotnych, takich myślanych z naszej ludzkiej perspektywy, czyli: uchwała o powołaniu (wówczas) BWA Słupsk została przyjęta 26 stycznia 1976 roku i od tego czasu były osoby dyrektorskie, dochodziły kolejne miejsca, kolejne budynki, były przełomowe wystawy, powstanie Rybiego Oka. My od tego wszystkiego uciekamy. Dlatego, iż po pierwsze, co to znaczy punkt zwrotny dla galerii? Bo czym jest galeria? o ile spojrzymy na galerię jako budynek i dzieje tego budynku i dzieje wystaw, to rzeczywiście, mamy taką historię i pokazujemy najważniejsze prace, które są w naszej kolekcji, mówimy o momentach, w których te budynki były przebudowane, zmieniono im funkcje i tak dalej. My od tego uciekliśmy w stronę bardziej alinearną, bo myślenie jednoliniowe jest nam trochę dalekie, bliższe są nam te kultury – i tutaj wracamy też do Glissanta – takiej krzywoliniowości, w której tak jak na okręgu, nie możemy wskazać, który punkt jest początkiem, a który z końcem.
Ta krzywoliniowość wraca w wystawie Splatając to, co wciąż się staje, którą poniekąd, no właśnie, otworzyliśmy bądź nie otworzyliśmy, bo tydzień wcześniej mieliśmy otwarcie wystawy Agnieszki Brzeżańskiej pod bardzo znaczącym tytułem Przeszłość i przyszłość przybywają jednocześnie, dokładnie w momencie równonocy. Kuratorem tej wystawy jest Romuald Demidenko, fantastyczna wystawa, przyjedźcie! No i właśnie, ona mogła być początkiem, a być może Splatając to, co wciąż się staje w Ustce, którą otworzyliśmy 28 marca. Wystawa, która właśnie – nie wiem, czy to jest wystawa, bo ona pokazuje galerię jako organizm i to organizm, którego narządy czy organy niekoniecznie są ludzkie. Bardzo istotną częścią jest sam budynek.
Nie wiem, czy wiecie, jeżeli u nas jeszcze nie byliście, to koniecznie przyjedźcie – w okresie sztormowym na plażach między Ustką a Orzechowem zachodzi taki fenomen: mineralne pierwiastki, a konkretnie jod, wychodzi z ziemi, przebija się, i piasek nabiera barwy fioletowej, mieniącej się, to są bardzo różne odcienie fioletu. Takie są ściany naszego budynku w środku. Za tą architekturą stoi Roberto Uribe Castro – kolumbijski artysta, który mieszkał długie lata w Amsterdamie. Teraz mieszka na stałe w Europie, ale często jeździ do Kolumbii i myślenie i estetyka dekolonialna jest mu bardzo bliska. To nie jest przypadek, iż tę osobę zaprosiliśmy do stworzenia tej przestrzeni. Tak, żebyśmy wszyscy mogli będąc w tej przestrzeni chłonąć otoczenie, chłonąć ten budynek, ale jako część. To znaczy, iż w zasadzie my jesteśmy częścią tego pejzażu, a niekoniecznie pejzaż jest częścią nas.
~~
W tym odcinku to już wszystko!
Pełne wersje rozmów znajdziecie w naszym kanale podkastowym Bęc Radio oraz w drukowanym i elektronicznym wydaniu czasopisma NN6T. Wydań papierowych szukajcie w instytucjach kultury, w galeriach, miejscach spotkań, uczelniach twórczych i oczywiście w Bęc Księgarni przy Mokotowskiej 65 w Warszawie.
Rozmowy: Bogna Świątkowska
Oprawa muzyczno-dźwiękowa: Julia Szostek
Transkrypcje: Olka Dąbrowska
To tyle.
Tymczasem! Do następnego razu!
Tracklista: TV, OK… – The Riddle! (GTTRDMMRNG Version)
Simi Fyda – lily (Mlody Kotek remix)
Ewa Sad – Na mieście
Anatol – Tło
Hage-o – Dwa psy młode
Hage-o – Lustro
Lonker See – Infinite Garden
Miki Tkacz – FM Ambient
Miki Tkacz – FM Bit
Powstawanie audycji 6 TEMATÓW jest w tym roku dofinansowane ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.



