To było w zeszłym roku 25 lat czekania na jeden wieczór. Godsmack, Berlin 4.4.2025. Wspomnienia wracają właśnie dziś 7 lutego w urodziny Salvatore Paul Erna — dla świata SULLY ERNA — skończył 58 lat. Nazwisko, które brzmi jak wyjęte prosto z sycylijskiej uliczki, niesie w sobie coś więcej niż tylko pochodzenie. Niesie historię. Muzykę wpisaną w DNA. Rytm, który najwyraźniej przechodzi z pokolenia na pokolenie.
I właśnie z okazji jego urodzin wracają do mnie emocje sprzed roku. Emocje, które dojrzewały… 26 lat.
To nie był „jeden z koncertów”. To było domknięcie pewnej muzycznej podróży, która zaczęła się jeszcze przed rokiem 2000, kiedy hard rock był dla mnie czymś więcej niż gatunkiem. Był światem. Azylem. Tłem codzienności. Godsmack towarzyszył mi w wielu momentach życia, ale na żywo — nigdy. Aż do tego koncertu.
Columbiahalle. Moje ukochane miejsce koncertowe. Surowe, prawdziwe, bez nadęcia. Idealne dla muzyki, która nie udaje niczego.
Kiedy ogłosili trasę po wydaniu Lighting Up The Sky, decyzja była natychmiastowa. Bilety kupione bez zastanowienia, jakby ciało wiedziało szybciej niż głowa: „To jest ten moment. Teraz albo nigdy”.
I w końcu nadszedł ten wieczór.
Koncert nie zaczyna się od pierwszego riffu. Zaczyna się od video. Podgląd na Backstage. Artyści siedzą, witają się, idą korytarzem w stronę sceny. Widzisz tę drogę razem z nimi. Ten moment przejścia z ciszy do huku. Z prywatności do żywiołu. I nagle — są. Wychodzą. Uśmiechy. Gesty. I zaczyna się!
Na początku stoję pod samą sceną. Tak blisko, iż czuję niemal oddech muzyki. Ta więź z artystą, która na koncertach jest nie do podrobienia — surowa, bez filtrów, prawdziwa. Po drugim utworze chłopacy obok mówią: „Uciekaj stąd, zaraz będzie mosh pit!”. Jestem mała. Rozsądek wygrywa. Zmywam się.
I to była najlepsza decyzja wieczoru.
Wciąż byłam blisko. Wciąż czułam każdy dźwięk, ale mogłam już nie walczyć o przestrzeń, tylko… kontemplować. Słuchać. Przeżywać.
Setlista była jak podróż przez całe lata twórczości Godsmack. Najważniejsze utwory. Te, które zna się na pamięć, i te, które odpalają wspomnienia szybciej niż zdjęcia w telefonie. A wokal Sully’ego? Niesamowity. Nasycony emocjami, autentyczny, momentami wręcz surowy. Widać było, ile z siebie daje na scenie. Nie gra koncertu. On go przeżywa.
I ja razem z nim.
To był jeden z najlepszych koncertów, na jakich byłam. Ale nie dlatego, iż wszystko było perfekcyjne. Tylko dlatego, iż wszystko było prawdziwe.
Warto było czekać 26 lat na ten jeden wieczór.
Dlatego dziś, z okazji urodzin Salvatore Erny, dziękuję. Za muzykę. Za podróż w hardrockowy świat, która zaczęła się dawno temu. Za emocje, które wracają choćby po roku. I za to, iż czasem marzenia nie mają terminu ważności.
Czasem po prostu cierpliwie czekają na swoją kolej.




























