
Grafika: Zuzanna Prusiewicz Opis: W „Autach” wykorzystany został motyw drogi. Dosłownie i w przenośni
Zygzak McQueen całym sercem pragnął zdobyć Złoty Tłok. Za to film, którym zadebiutował na wielkim ekranie, zdobył Złoty Glob. W rajdowym tempie powiększył dorobek o kolejny tuzin nagród, nominację do Oscara i podbił serca tysięcy widzów. „Auta” polska publiczność po raz pierwszy obejrzała dokładnie 20 lat temu. Jak produkcja Pixara i Walt Disney Pictures znosi upływ czasu?
Pierwsze chwile animacji, na ekranie zupełna ciemność. Pośród niej padają słowa: „skupienie”, „szybkość, jestem szybki”, czy też „jestem syn burzy…” – to młody, dosłownie zmotoryzowany sportowiec dokonuje automotywacji. Jego pozbawiony jeszcze kontekstu monolog skupia uwagę widza, zaalarmowaną dodatkowo nagłymi, dynamicznymi przebitkami z pędzącymi wyścigówkami. W końcu opada klapa naczepy, „syn burzy” jest gotowy i wynurza się z jej wnętrza, gazując silnikiem. Chwila dla fotoreporterów i w oka mgnieniu Zygzak McQueen pędzi już po torze a widz rzucony zostaje w sam środek barwnego i głośnego wyścigu wieńczącego sezon zmagań o prestiżowy Złoty Tłok przy porywających dźwiękach „Real Gone”. Po takim starcie trudno jest pozostać obojętnym, sekwencja jest wręcz spektakularna!
Reżyser, a zarazem jeden ze scenarzystów, John Lasseter, zaprasza widza do zmotoryzowanego świata, zamieszkanego przez antropomorficzne samochody i inne pojazdy, także morskie i powietrzne. Jak wskazuje sam tytuł, najważniejsze są tu jednak auta. Poznajemy Zygzaka McQueena, ambitnego młodego zawodnika, który przez własne ego i brawurę traci zwycięstwo w wyścigu i remisuje z dwoma weteranami dyscypliny. W drodze na dogrywkę, przypadkiem trafia do malutkiej Chłodnicy Górskiej, gdzie przez dokonane zniszczenia naraża się lokalnej społeczności. By móc powrócić do walki o własny sukces, egocentryczny McQueen musi naprawić szkody. I choć to jedynie wstęp do historii, już na tym etapie ogląda się ją z błyskiem w oku. Bo istotnie trudno od „Aut” oderwać oko i to na długo przed tym, nim zacznie się zwracać uwagę na kwestie fabularne i scenariuszowe.
Skrupulatność animatorów, zwłaszcza z perspektywy lat, bywa fascynująca. Dzięki ich pracy antropomorficzne pojazdy nabierają indywidualności. Bohaterowie na kółkach są w stanie wyrażać emocje. Płaczą, śmieją się, mrugają. choćby gestykulują! Naprawdę wiekowe, można rzec muzealne egzemplarze mają problemy z poruszaniem się, niedosłyszą. Kibicie na meczach robią fale z reflektorów, na antenkach trzymają chorągiewki i banery. Trzeba przyznać, bardzo pomysłowe. Co robi jednak równie wielkie wrażenie, to starania, by wszystko prezentowało się przy tym jak najbardziej wiarygodnie. Z rur wydechowych kolejnych pojazdów wydobywają się dym i sadza, bohaterowie korzystają ze stacji benzynowych i diagnostycznych. Używają kierunkowskazów, klaksonów, lusterek i świateł. Nie zapomniano choćby o ich lakierze! W pierwszych scenach, w blasku flashy oraz na torze McQueen dosłownie się błyszczy. Z kolei podczas pobytu na obszarach pustynnych otaczających Chłodnicę Górską on i inni bohaterowie pokrywają się kurzem. Pył unosi się spod kół, barwne karoserie bez dłuższego mycia matowieją. Na uwagę zasługuje też samo kadrowanie i dobór perspektyw. Piękne, spokojne panoramy terenów pustynno-górskich budzą zachwyt, a zbliżenia, najazdy i ujęcia zza kół w przypadku scen wyścigów przyprawiają o wypieki na twarzy. Wrażenia te uzupełnia świetnie skomponowana ścieżka dźwiękowa. „Auta” wyglądają więc i brzmią po prostu świetnie, a upływający czas zupełnie im w tym nie przeszkadza. Szczęśliwie, pod tą zadbaną maską nie kryje się gubiący olej silnik.
Fabularne śrubki twórcy dokręcili równie starannie, co subtelnie. I sprytnie. W historii, co dla produkcji o samochodach wydaje się tak naturalne, iż aż zaskakuje pomysłowością, wykorzystano motyw drogi. W jego dosłownym i symbolicznym znaczeniu. Wszak do odległej Chłodnicy Górskiej McQueena doprowadza szosa 66, a w samym miasteczku Zyzgzak zmuszony naprawić jest drogę, którą sam zniszczył. Przy tym przemierza on również drogę wewnętrzną. Wraz z kolejnymi minutami seansu, interakcjami z miejscowymi i metrami naprawionej drogi Zygzak przechodzi przemianę. Zaczyna spoglądać poza czubek własnej maski i dostrzega kilka ważnych, życiowych prawd. Że warto myśleć o innych, iż w życiu dobrze jest czasem zwolnić, iż relacje, przyjaźnie i zaufanie należy szanować, aż w końcu iż istnieją rzeczy ważniejsze od zwycięstwa. Co w tym filmie jest jednak kluczowe, twórcy nie prowadzą widza na zderzenie czołowe z morałem. Zamiast tego podrzucają mu wskazówki – w dialogach, retrospekcjach i przede wszystkim czynach – a interesująca i oryginalna realizacja zachęca do ich samodzielnego poszukiwania. Tego brakuje niestety wielu powstającym współcześnie produkcjom dla najmłodszych.
„Auta” wciąż wygrywają również za sprawą kreacji kluczowych bohaterów. Na czele pędzi oczywiście Zyzgak, który sympatię wzbudza z miejsca, choćby mimo początkowo przerośniętego ego, a odmieniony ostatecznie trafia do serc. Złomek czaruje z kolei prostodusznością, serdecznością i humorem. Sally, szybka i stanowcza, potrafi stylowo zdominować sceny ze swoim udziałem. Również całe grono drugoplanowe jest barwne, zabawnie zestawione pod względem różnic charakterologicznych i światopoglądowych. Na specjalne wyróżnienie zasługuje jednak wójt Hudson, Hudson Huragan Hornet. Wóz, za którego opryskliowścią kryje się kawał historii. Początkowo niechętny, wręcz wrogi Zygzakowi, stopniowo staje się jednym z najlepszych mentorów animowanego świata. On również przemierza własną drogę – od odcięcia się od trudnej przeszłości, przez ponowne jej przeżywanie za sprawą pojawienia się Zygzaka, aż po powrót do sportowego świata w roli mentora. I to jednego z lepszych spośród tych wywodzących się z filmów animowanych. Scena, w której ponownie zakłada on sportowe opony i daje widzowi popis swoich umiejętności po dziś dzień budzi wiele satysfakcji, podobnie jak jego niespodziewane pojawienie się podczas wyścigu finałowego.
„Auta” wciąż mają w sobie sporo gazu, w wyścigu jakościowym wyprzedziłyby wiele znacznie młodszych od siebie produkcji. Rewatch z okazji dwudziestolecia polskiej premiery filmu, która miejsce miała dokładnie 23 czerwca 2006 roku, to bez dwóch zdań świetny plan na popołudnie. Powinien ucieszyć nie tylko tych, którzy fenomen Zygzaka pamiętają z dzieciństwa. Jest spora szansa, iż i wielu nowym, młodym widzom skradną oczy i serca. Przy tym subtelnie nauczą ich tego i owego. Ja będę oglądać!
Marcin KLONOWSKI















