W styczniu 1958 roku, na pół roku przed śmiercią inż.Józefa Marka, w tygodniku „Świat” ukazał się artykuł opisujący są niezwykłą postać.


Reporter z racji swego zawodu nieraz styka się z takimi ludźmi, co nie oznacza wcale, by i jego życie musiało być zaraz równie interesujące i niezwykle. Nie, reporter jest raczej cieniem ludzi niezwykłych, i to cieciem zmuszonym do przenikania przez ściany, przez szczeliny w zamkniętych drzwiach.
Ale choćby cieniom rzadko się zdarza, by na spotkanie swego bohatera musiały brodzić przez na wpół zamarzniętą, lodowatą rzekę, odpychając kijem płynące kawałki kry. A to właśnie przydarzyło mi się, gdy szedłem na spotkanie z jednym z najciekawszych ludzi w mej dziennikarskiej praktyce.
Nie, to nie było w czasie wojny, a rzeka, którą mi przyszło forsować zdjąwszy buty i podwinąwszy wysoko nogawki u spodni, nie była ani Wisłą, ani Bugiem, ani Oką. Nie dostałem więc za to orderu, ale i bez niego nie żałowałem później zmarzniętych nóg.
Człowieka tego szukałem przez wiele dni. Z każdym dniem wiedziałem o nim więcej i rósł mój dla niego szacunek. Na pięknej, górzysto-lesistej ziemi limanowskiej znali go doprawdy wszyscy. Wszyscy mówili o nim przyjaźnie i z podziwem. Wszyscy go chwalili. A jednak nie mogłem go znaleźć.
Nazywał się inżynier Józef Marek. W małym, niegdyś królewskim miasteczku Tymbarku on właśnie był duszą spółdzielni, która sprawiła, iż limanowszczyzna zazieleniła się licznymi drzewkami owocowymi. Wysiłki Marka spowodowały, iż rozdano chłopom za darmo wiele tysięcy drzewek. Inżynier chodził pieszo po limanowskich wsiach ukrytych wśród gór o kilkadziesiąt kilometrów od kolei. Rozmawiał z chłopami i tłumaczył im co robić, by wydobyć się z nędzy. Z tych właśnie wsi szły niegdyś w szeroki świat setki i setki ludzi rocznie, a nikt z nich prawie do tych wiosek nie wracał. Zdawało się, iż wśród limanowskich wzgórz i dolin nie ma nadziei choćby za dwa grosze. A Marek przyniósł ludziom nadzieję. Było to jeszcze przed wojną. Kłaniali mu się za to ludzie z szacunkiem, gdy szedł ulicą w Limanowej i w Tymbarku, kłaniali pod Turbaczem czy koło Lubania.
Wiedziano, iż żył w przyjaźni z pisarzem tej ziemi, z Orkanem. Mówiono, iż uważa się za wykonawcę jego testamentu.
Każdy tu wiedział, kim jest inżynier Marek.
A mimo to, gdy chciałem w roku 1955 napisać o nim reportaż, długo nie mogłem go znaleźć. Nie było go w założonej przez niego spółdzielczej fabryce w Tymbarku. Nie było w Mszanie Dolnej, gdzie rozrastał się państwowy kombinat ogrodniczy, który powstał dzięki temu, iż Marek tuż po zakończeniu wojny ściągnął z zachodu za wydobyte nie wiedzieć skąd pieniądze potrzebne do tego urządzenia. Własnoręcznie ładował je na wagony chroniąc przed zniszczeniem, a pomagali mu chłopi z Mszany. Zapewnił w ten sposób pracę dla wielu ludzi, a sam nie wszedł choćby do zarządu. Z tego co stworzył nie czerpał nigdy osobistych korzyści.
W latach, które dziś nazywamy dyskretnie „ubiegłymi”, znaleźli się ludzie, którzy w podstępny sposób używając gróźb i szantażu zmusili go do odsunięcia się od wszelkiej działalności publicznej. Byli to ludzie z klasycznej kliki powiatowej bojącej się popularności tego człowieka, która była wśród chłopów równie wielka, jak wielką była niechęć i pogarda dla owej kliki. Ale nie ma co o tym wspominać, bowiem – jak się rzekło – działo się to w latach ubiegłych.
Inżynier Marek zaszył się na skrawku ziemi gdzieś, w którejś z wiosek limanowskiego powiatu. Tylko nieliczni znali jego adres, ale nie chcieli nic na ten temat powiedzieć,
W końcu jednak zdobyłem adres inżyniera. Do wsi, w której zamieszkał, trzeba było brnąć ze stacji w Łososinie przez zaśnieżone pola. Trzeba było sforsować ledwie odtajałą rzekę. Odnalazłem Józefa Marka w nędznej chałupie. Dzieci, żona, bieda. Odsunięty od wszystkiego co stworzył, starszy już człowiek o dobrym spojrzeniu nie chciał, by o nim pisano. Nie chciał bronić się przeciw swej krzywdzie.
Jego sąsiedzi powiedzieli mi, iż ubiegłego roku brał fabryki w Tymbarku niepotrzebne jej wytłoki, płukał je w rzece, potem suszył na słońcu, a uzyskane w ten sposób nasiona sprzedał. Dostał z nie 12 tysięcy złotych. W jego domu była bieda, ale Marek oddał zarobione pieniądze na budowę przystanku kolejowego, który bardzo był potrzebny ludziom z Kisielówki i okolicznych wiosek.
Napisałem wtedy reportaż wbrew woli jego bohatera. Nie przypisuję sobie zasługi za to co się potem stało. O wszystkim zadecydowało całe życie inżyniera Marka i ogromna wdzięczność, na jaką sobie zasłużył wśród ludzi, a także zmiany, które zaszły w naszym kraju.
Reportaż był zaledwie kamyczkiem. A tu raptem ruszyła lawina. Ośmielona faktem, iż prasa staje w obronie Marka, ludność powiatu zażądała wielkim głosem umożliwienia mu dalszej działalności. Powołano go do rozmaitych władz i instytucji, zaczęto zasięgać jego zdania w rozmaitych sprawach.
W październikowych wyborach wybrano go posłem na sejm Rzeczypospolitej. Dziś Marek organizuje wielką wyprawę chłopów z powiatu limanowskiego w Bieszczady, by i tam założyć wielkie spółdzielcze plantacje drzew owocowych.
Gdy wspominam historię mego reportażu wydaje mi się, iż woda w tamtej rzece nie była aż tak zimna i wydaje mi się, iż choć reporter jest tylko cieniem niezwykłych ludzi, których spotyka na swej drodze, to jednak cień też może mieć swoją satysfakcję.
KAZIMIERZ DZIEWANOWSKI

Informacja o autorze artykułu (źródło: Wikipedia):
Kazimierz Dziewanowski (1930-1998) – polski pisarz, dziennikarz, reportażysta, podróżnik i dyplomata.
Od 1955 do 1967 r. członek redakcji tygodnika „Świat”. W 1961 r., wespół z Lechem Pijanowskim był współautorem scenariusza filmu fabularnego pt. Droga na Zachód (reż. Bohdan Poręba, Ryszard Ber), jednak wycofał swe nazwisko z czołówki filmu po nieuzgodnionych ingerencjach w ostateczną wersję scenariusza. W latach 1964–1970 pisywał recenzje do miesięcznika „Nowe Książki”. Od 1968 do 1974 r. pracował w dziale zagranicznym „Życia Warszawy”. W latach 1971–1972 publikował też reportaże zagraniczne w „Dookoła świata”. Od 1973 do 1981 członek redakcji pisma „Literatura”. W latach 1980–1981 działacz Komitetu Porozumiewawczego Środowisk Twórczych i Naukowych oraz Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”.
1980 roku podpisał apel 64 uczonych, pisarzy i publicystów do władz komunistycznych o podjęcie dialogu ze strajkującymi robotnikami. W sierpniu 1980 r. przebywał w Stoczni Gdańskiej podczas strajków robotniczych. W 1981 r. zastępca redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność”. Był także rzecznikiem prasowym Komitetu Organizacyjnego Kongresu Kultury Polskiej (jego obrady przerwało ogłoszenie stanu wojennego w Polsce 13 grudnia 1981 r.). Współredagował opozycyjne pismo drugoobiegowe „21”. Od 1983 r. współpracował z „Przeglądem Powszechnym”. Pod koniec lat 80. uczestniczył w pracach Komitetu Kultury Niezależnej.
Był członkiem komisji reform politycznych Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie. W 1989 r. brał udział w obradach „Okrągłego Stołu” po stronie opozycji demokratycznej (podzespół do spraw środków masowego przekazu). Autor słynnego w Polsce i Stanach Zjednoczonych, rozpoczynającego się od słów „My, Naród” (z pierwszych słów preambuły Konstytucji USA „We, The People”) tekstu wystąpienia Lecha Wałęsy w dniu 15 listopada 1989 roku w Kongresie USA.
Od 1990 do listopada 1993 r. był ambasadorem Polski w Stanach Zjednoczonych.
Od 1993 do 1998 r. współpracował, jako komentator, z dziennikiem „Rzeczpospolita” (m.in. rubryka „Zawsze w sobotę”).
Od 2002 r. w Stanach Zjednoczonych przyznawana jest (przez Polish Institute of Arts and Sciences of America oraz ambasadę polską w Waszyngtonie) Nagroda im. Kazimierza Dziewanowskiego.














